Ze stawu w wiosce na Podlasiu policja wyławia zwłoki bez twarzy. Wygląda to na porachunki mafijne, szybko się jednak okazuje, że sprawa jest poważniejsza. To dopiero początek serii morderstw i dziwnych wydarzeń sięgających szczytów władzy. Toczy się gra, w której każdy ma coś do ukrycia i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Gra o bezpieczeństwo państwa. Czy dziennikarz z problemami i policjant przed emeryturą, którzy wszczynają własne śledztwo, mają w niej jakieś szanse?
Jeśli autor już na kilkunastej stronie książki postanawia wrzucić nawiązania do perwersyjnego lesbijskiego seksu, to ja mogę tylko bezradnie rozłożyć ręce. Nie za bardzo wiem, czemu to miało służyć. Albo był to zgrabny chwyt marketingowy, albo dziennikarz rozpaczliwie próbował czymś przyciągnąć czytelnika, bo sam nie wierzył w swoje możliwości literackie. Niesłusznie, zupełnie niesłusznie…
„Sejf” nie jest może perfekcyjnym „elektryzującym thrillerem”, jak to szumnie ogłosił wydawca, ale naprawdę jest rewelacyjny. Minusy? Nieznaczne, ale są. Momentami gubiłam się już w tym gąszczu nazwisk. Kolejne sceny są jednak przedstawione tak, że czytelnik bez problemu zaczyna kojarzyć daną postać, chociażby po prowadzonym przez nią dialogu. Książka jest też miejscami do bólu oczywista. Jeśli któraś z postaci wyda Wam się podejrzana na początku, to na pewno nie okaże się na końcu aniołem. Do tego „koszarowy” dowcip. Ja rozumiem, że thriller, że wielki świat wielkich pieniędzy, że buzujący testosteron. Momentami tego typu żarty były jednak dość żenujące. I to by było na tyle, jeśli o wady książki chodzi. Reszta to prawie same plusy.
Fajna fabuła. Wciąga, jest spójna i opowiada o czymś konkretnym. Naprawdę nie spodziewałam się, że będę się tak dobrze bawić przy lekturze. Usatysfakcjonowało mnie nawet samo zakończenie. Sprytny splot kilku wątków – i jest. Bez cukierkowych scen, bez przekombinowania, bez wodotrysków. Super. Postacie i miejsca. Albo autentyczne, albo stylizowane na faktycznie istniejące. Świetnie się bawiłam, zastanawiając się, czy inicjały L.T. jednego z dziennikarzy są przypadkowe, czy może jednak nie. Podobnie z nazwami partii. Ogromny plus dla autora. Stylizacja językowa. Niby prosty zabieg, ale wyszedł bardzo sympatycznie. Dzięki temu nawet postacie drugoplanowe nie wydają się być papierowe. Mała rzecz a cieszy. A „na deser” dostajemy świetne wydanie. Estetyczna okładka, czytelny tytuł. Aż się chce wziąć egzemplarz do ręki.
Mam nadzieję, że kolejne thrillery pana Sekielskiego będą wyglądać na mojej półce równie zachęcająco - czego sobie i samemu autorowi życzę.
Tomasz Sekielski był do niedawna kojarzony głównie jako dziennikarz radiowy i telewizyjny oraz publicysta tygodnika Wprost. Obecnie daje się poznać jako pisarz. Powieść Sejf, jego debiut w tej branży, była lekturą września rawskiego Dyskusyjnego Klubu Książki.
Ze stawu w wiosce na Podlasiu policja wyławia zwłoki bez twarzy. Wygląda to na porachunki mafijne, szybko się jednak okazuje, że sprawa jest poważniejsza. To dopiero początek serii morderstw i dziwnych wydarzeń sięgających szczytów władzy. Toczy się gra, w której każdy ma coś do ukrycia i nic nie jest takie, jakie się wydaje. Gra o bezpieczeństwo państwa. Czy dziennikarz z problemami i policjant przed emeryturą, którzy wszczynają własne śledztwo, mają w niej jakieś szanse?
Tyle notka na okładce pierwszego wydania i myślę, że to wystarczy, jeśli chodzi o zapowiedź fabuły. Nie jest ona skomplikowana a pomysł szczerze mówiąc też nie jest zbyt oryginalny i kojarzy się choćby z pewnym znanym hitem filmowym. Przy okazji tego filmu mam zresztą pewne skojarzenia – w języku angielskim słowo przebój od słowa gówno odróżnia tylko jedna litera i wiele filmów pokazuje, że może być i jednym i drugim jednocześnie. No, ale to tylko taka dygresja, wracajmy do książki.
Warsztatowo powieść napisana jest bardzo sprawnie. Zdarzyły się naprawdę pojedyncze wpadki, których nie warto wytykać. Całość czyta się łatwo i szybko. Choć bardzo poprawnie napisana, nie jest to książka, która porusza odbiorcę, ani która niesie w sobie jakieś nadzwyczajne wartości. Świetna rzecz dla kogoś poszukującego dość płytkiej, ale zajmującej lektury dla zabicia czasu. Jedyne, co jest zagadką dla czytelnika, to czy wygra dobra, czy zła strona mocy. Dokładnie jak w hollywoodzkich produkcjach. Być może powyższa prostota, przypominająca pierwszy odcinek serialu z pogranicza sensacji, szpiegostwa i kryminału oraz thrillera sprawiła, że dyskusji w klubie prawie nad tą pozycją nie było. Rzecz absolutnie do poczytania, ale jednocześnie bez szans na trwały ślad w historii literatury. A jednak, jak to często bywa, moje odczucia gdzieś tam w głębi były nieco inne.
Sejf jest kolejnym dowodem potwierdzającym moją tezę, że prawdy o danym kraju prędzej dowiesz się z kryminałów i innej beletrystyki niż z wydawnictw naukowych, dokumentów czy Wielkiej Literatury. W drugiej grupie autorzy mają świadomość celu – ukazania danego kraju z określonej perspektywy i, co oczywiste, determinuje ona obraz, który zostanie objawiony czytelnikom. W pierwszej grupie odwrotnie - ważna jest fabuła i akcja przekładające się na wyniki sprzedażowe, przez co autorzy nie przykładają wagi do szczegółów tła. Przedstawiają je oczywiście subiektywnie, ale tak je sami widzą, a nie jak według nich chcieliby je widzieć sponsorzy. Z tego też powodu najprędzej dowiesz się o tym, co sądzą za granicą o nas, sądzą naprawdę, z powieści, a nie z oficjalnych wypowiedzi, sond ulicznych czy innych podobnych produkcji.
Na tej płaszczyźnie Sejf jest powieścią doskonałą. Bezkompromisowo pokazuje polskie elity, które w rzeczywistości za nic mają dobro ojczyzny. Służby, które są gotowe popełnić każdą zbrodnię dla swojego dobra, bo przecież ojczyzna to one. Coraz większa liczba ludzi stojących ponad prawem w stopniu za komuny wręcz niewyobrażalnym. Demokracja, która stała się karykaturą samej siebie – totalna inwigilacja, kpina z praw jednostki, a wszystko to z powodu zagrożenia terroryzmem.
Swoją drogą terrorysta to ciekawy wynalazek. Niby mamy wojnę z terroryzmem, ale nie stosujemy się do prawa międzynarodowego z tej dziedziny. Nawet zbrodniarzom hitlerowskim nie odmawiano prawa do sądu, a teraz wystarczy, że ktoś komuś przylepi łatkę terrorysty, i już można go torturować, zabić bez sądu, i tak dalej. Można nawet pozabijać cywilów, którzy będą w pobliżu, byle tylko dopiąć swego. Kuriozum zaś to Polska wołająca o odszkodowania od Niemców, ale jednocześnie uważająca za powód do chwały, że pomagała Stanom w najechaniu suwerennego Iraku z powodów równie prawdziwych, jak przedwojenne hitlerowskie prowokacje wobec nas. Dygresja? Nie tak do końca; takie właśnie refleksje wzbudziła we mnie lektura Sejfu i dlatego nie była to dla mnie rozrywka łatwa i przyjemna. Tym bardziej, że realizm posunięty do granic dotyka prawie wszystkich aspektów powieści. Poza osią fabuły niestety, która wprost wywodzi się z pięknych kart historii naszej propagandy – kiedyś mieliśmy najlepszą kawalerię, a teraz mamy najlepsze służby.
Wątek o największym rażeniu to dla mnie pokazanie tego, czego nikt zdaje się nie zauważać – w kraju, w którym wciąż wałkuje się temat komunistycznych polskich agentów, nie mówi się niczego o agentach radzieckich i rosyjskich. Nawet agentami Stasi*, których chciano nam podać na talerzu, nie byliśmy zainteresowani. Niestety, cały ten realizm niejako przepada, gdyż brak do niego jakiegokolwiek komentarza, wskazania, co dobre, a co złe. Ta książka nikomu oczu nie otworzy – ci którzy pewnych rzeczy nie zauważają, ci którzy już się przyzwyczaili zła nie widzieć, na pewno go nie dostrzegą. A tych, którzy je widzą, książka tylko zdołuje, gdyż zobaczą bez osłonek prawdę o tym, co się dzieje w kraju nad Wisłą.
Dlatego, choć dla większości będzie to bardzo fajne czytadło (te dwa słowa, których unikam, tym razem uważam za najbardziej adekwatne, w dodatku w jak najbardziej pozytywnym ich znaczeniu), dla mnie jest to lektura dołująca i przypuszczam, że ci, którzy mają podobnie jak ja, wiedzą o co mi chodzi.
* Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej (niem. Ministerium für Staatssicherheit (MfS)
Szybki skok na książkę i błyskawiczne czytanie. Prosty język znakomicie do mnie trafia i ułatwia czytanie. Na chwilę pojawia się takie porozumienie autor ~ czytelnik, ale już za chwilę znika i pewna prostota języka zaczyna wręcz irytować. Dziwne. I tak dalej cały czas naprzemiennie.
Nie jest to jeszcze wielka literatura, ani jakieś mega-poważne, większe pisarstwo, muszę to powiedzieć, choć pana Tomasza Sekielskiego bardzo cenię jako osobę, dziennikarza i publicystę. Dlatego dalej doczytam tę książkę z ogromną uwagą.
Na razie mogę stwierdzić, że jak na początki autorskie-pisarskie jest nieźle, całkiem dobrze.
Książka zdradza zdrowe liźnięcie tematu autora, pewną umiejętność posługiwania się językiem, zastosowania, które jedynie musi on dopracować, doszlifować do książkowego pisania.
Tomasz Sekielski posiada dużą wiedzę ogólną, spore zainteresowania i ciekawość świata, która zapewne wynika z jego osobowości oraz dorobku życiowego-zawodowego. Lektura "Sejfu" jest wyraźnie o to wzbogacona.
Książka nie jest w moim mniemaniu gorsza od niezłych, udanych i popularnych amerykańskich powieści sensacyjnych pełnych teorii spiskowych, które swój rozkwit przeżyły w latach 80' i 90'.
Przyjemna lektura, aczkolwiek zaskoczenie w finale jak dla mnie zbyt grubymi nićmi szyte. I warsztatowo jednak jeszcze trochę braków, w którymś momencie miałem wrażenie jakby to była gra RPG, bohater idzie w jakieś miejsce, dowiaduje się czegoś, idzie w inne, dowiaduje czegoś innego, wstawka z przeszłości, kolejne miejsce, podsumowanie zdobytej wiedzy i niespodzianka na koniec.
Doskonała, chyba pierwsza od bardzo dawna polska książka, od której nie byłem w stanie się oderwać. Każdy element jest świetny, może trochę moce tajnych służb wydumane, ale można przymknąć oko. ★★★★★★
Nieźle napisana książka z szybkim tempem i dobrze przemyślaną akcją. Nie jest to może szczyt sensacji, trzymający w napięciu do końca, ale pewnie i nie o to tu chodziło. Jeśli momentami za dużo było o jedzeniu, czy mieszania ze sobą wątków, to nie zaszkodziło to ogólnemu pozytywnemu wrażeniu.
Z początku akcja rozkręca się powoli (żeby nie powiedzieć, że się ciągnie jak "Moda na sukces"), by mniej więcej po 2/3 książki "zaskoczyć" i wreszcie nabrać tępa. Niezłe, jak na debiut.