W latach 70. kawałek Teksasu mógł trafić w polskie ręce. W oczekiwaniu na spadek po bohaterze poległym w Ameryce „za wolność naszą i waszą” przyszło nam budować Teksas na miarę swoich możliwości, po tej stronie żelaznej kurtyny.
Małgorzata Szejnert opowiada o sklepowych z Supersamu, robotnikach z Ursusa, głównym architekcie „wyspy szczęścia” i wielu innych zwyczajnych niezwyczajnych bohaterach PRL-u. Snuje historie o marzeniach i ambicjach, codziennych zmaganiach i ciężkiej pracy. Dziennikarka przedstawia ludzi, którzy nie rezygnowali ze swoich dążeń nawet w najmniej sprzyjających okolicznościach. Z niepozornych wydarzeń i drobnych sytuacji kreśli wielowymiarową panoramę PRL-u.
My, właściciele Teksasu przyłapuje na gorącym uczynku polską rzeczywistość poprzedniej epoki, bez współczesnych ocen i stereotypów. Czy tamtej rzeczywistości bliżej do "Misia", "Przesłuchania" czy "Człowieka z marmuru"? Czytane dzisiaj, reportaże Małgorzaty Szejnert przynoszą zaskakujące odpowiedzi.
Zbior bardzo rozny i tematycznie i jakosciowo. Niektore z zamieszczonych tu reportazy sa swietne, inne takie sobie, ale z calosci jednak wylania sie pewien obraz PRL-u. Ciekawa lektura.
Zbiór reportaży Małgorzaty Szejnert o życiu, a przede wszystkim ludziach PRL-u. Tematyka jest dość zróżnicowana, jakkolwiek zestawienie akurat tych treści ze sobą nie do końca mi pasowało. Innymi słowy: niektóre rozdziały wydawały mi się nieco od czapy.
Ciekawe przedstawienie typowego dnia pracy robotników Ursusa. Ten reportaż pokazuje, jak bardzo zmieniło się współcześnie podejście do pracy. Przyjemny w odbiorze, bo oddający klimat tamtych lat był również reportaż o funkcjonowaniu pracowników, a w zasadzie głównie pracowniczek Supersamu. Nieco przygnębiający z kolei był ten o dziwacznym wakacyjnym eksperymencie na dzieciach z domu dziecka i bezdzietnych małżeństwach.
Dla kilku perełek warto przeczytać, jednocześnie całość nie zachwyciła mnie tak, jak by pewnie mogła.
Niektóre świetne — tak pięknie napisane, tak pięknie ludzie się wysławiali, takie piękne mieli marzenia (pani marzy, żeby mieć Wyspiańskiego, no luudzie! 🖤), inne szejnertowskie w tym gorszym znaczeniu (zaczyna się dobrze, a potem gdzieś się gubi ta początkowa dynamika, rozmywa i albo nie kończę — Czarny ogród — albo przerzucam strony do kolejnego rozdziału, jak często tu).