Niech o poziomie tego dzieła, świadczy fakt, iż w godzinę po lekturze nie pamiętam jak się nazywa główny bohater poza tym, że jest tytułowym Alfą...
A wszystko to z winy Petera Parkera(częściowej. Tak, widziałem jak jakiś okularnik przekręca wajchę) i otrzymujemy chłopca, który praktycznie potrafi wszystko. Cóż, potrafił, bo odebrano mu te moce(chwilowo) ze względu na młody wiek i lekkomyślność, jako doprowadziła do tragedii.
Nie od wczoraj wiadomo, że i tak w końcu musiał odzyskać swoją moc. Co umie nasz protegowany? Absorbuje ogień? Proszę. Wyczuwa mentalnie z oddali zagrożenie? Nie ma sprawy. O lataniu czy promieniach wystrzeliwanych z rąk już nie wspomnę. No i broi nieźle. Na tyle poważnie, że musi naprawiać to do czego się przyczynił. Tylko czy w takiej sytuacji można go nazywać herosem?
Brakowało mu tylko dobrego przeciwnika, ale takowego nie ma. Na moment w ramach mentora pojawia się ten lepszy Superior Spider-man, który zresztą przyczynia się do tego, że nasz bohater odzyskał cześć mocy, to i tak nie jest w stanie ożywić przedstawianą nam historię. Wiało nudą i utartymi schematami. Jedynym wartym elementem był ten nieszczęsny element romantyczny.
I jeszcze ta nieszczęsna kreska. Alpha: Big Time wypada traktować jaką ciekawostkę. Niby zapewnia jakąś rozrywkę, ale nie jest ona warta zapamiętania.