Marketingowcy z Wydawnictwa Literackiego powinni organizować szkolenia odnośnie do promocji i sprzedaży na polskim rynku książki, gdyż są nie byle jakimi fachowcami. Ukazaniu się tej pozycji towarzyszyła tak umiejętnie zorganizowana kampania reklamowa, że moje nastoletnie ja w te pędy poleciało do księgarni by wydać ciężko uciułane pieniądze. Zupełnie insza inszość dotyczy tego, że po zakupie Virginia Woolf w diarystycznej odsłonie przeleżała na półce i odczekała swoje w kolejce, ale najważniejszy ruch sprzedażowy, tj. zachęcenie konsumenta do kupna, został jak najbardziej zrealizowany.
Ta pozycja, mimo posiadania „dziennik” w tytule, jest tak naprawdę wyborem z dziennika pisarki dokonanym przez red. Anne Olivier Bell, będącą jednocześnie kimś w rodzaju kustosza spuścizny Woolf. Bardzo kibicuję książkom takim, jak ta, bo któż z nas miałby czas (i pieniądze!) na przebrnięcie przez całość diariusza autorki Pani Dalloway, w szczególności mając na uwadze jego obszerność, wszak pisarka prowadziła go przez większość swojego życia. Dlatego z korzyścią dla czytelnika jest odredaktorski wybór crème de la crème z tego dziennika, choć zarazem szkoda, że w posłowiu redaktorka nie przybliżyła szerzej klucza, którym kierowała się w wyborze.
Jeśli to, co finalnie znalazło się w tej pozycji stanowi w istocie crème de la crème z diariusza Virginii Woolf, to należy obawiać się, co skrywa jego pozostała część, gdyż mówiąc najdelikatniej jego treść nie powala. Zresztą sam fakt, że czytałem go niemal rok w moim przekonaniu mówi sam za siebie. Zapiski zawarte w tym tomie prowadzone są od 1915 roku i mniej więcej do lat 20. składają się głównie z odnotowywania przez pisarkę pogody, więc czyta się je z wypiekami równymi tym, jakie towarzyszą lekturze pogodowej prognozy. Niewiele w nich samej Virginii mimo że jest to czas, w którym dochodzi do siebie po załamaniu nerwowym i drugiej poważnej próbie samobójczej. Jeżeli więc kogoś ciekawi, jaka aura nad Tamizą towarzyszyła zakończeniu I wojny światowej, to dzienniki Woolf stanowić będą cenny materiał źródłowy.
Sytuacja polepsza się zdecydowanie od lat 20., lecz zapiski z tego okresu – często sprowadzające się do krótkich, lapidarnych, kilkuzdaniowych not pod określoną datą – przedstawiają w gruncie rzeczy kalendarz towarzyski pisarki: odnotowanie, gdzie była, z kim się widziała, z kim zjadła obiad, czyją dłoń uścisnęła i kto naprzykrzał się jej towarzystwem i zanudzał banalną konwersacją. Ci, którzy liczyli na wgląd w życie duchowe pisarki, obcowanie z jej poglądami, na prowadzony na kartkach dziennika dialog z samą sobą, poczują się srodze rozczarowani. „Duchem” Virginia jest prawie nieobecna w tych zapiskach. Owszem, odnotowuje, że czyjeś poglądy były pretensjonalne albo że z kimś poróżniła ją zasadnicza różnica zdań, ale na czym konkretnie one polegały, tego nie zdradza. Mimo że jest świadkiem niektórych przełomowych wydarzeń i zdaje sprawozdanie z tego w swym dzienniku, próżno szukać w tej pozycji jej przemyśleń na temat m.in. narastającego w sile ruchu sufrażystek czy przyznaniu kobiet biernego i czynnego prawa wyborczego. Virginia sporo czyta i sporo o tym pisze, ale co czyta i jakie wrażenia z lektury budzą w niej te pozycje – tego również nie dowiecie się z tej pozycji.
Jaki obraz Virginii Woolf wyłania się z tych zapisków? Z pewnością obalający niektóre z mitów i stereotypów, jakie zdążyły się utrwalić w popkulturze. Moją uwagę zwróciła jej ponadprzeciętna labilność emocjonalna. Zdanie o T.S. Eliocie zmienia kilkukrotnie na kartach dziennika, od jawnej i nieskrywanej antypatii, przez chłodny dystans aż po gorące uwielbienie. Podobna amplituda uczuć towarzyszy relacjom pisarki z koleżanką po fachu, Katherine Mansfield. Mimo sukcesu wydawniczego i ciepłych słów krytyki, co pozwala Virginii i jej mężowi pod koniec lat 20. ustabilizować ich sytuację finansową, autorka Fal przez całe życie szargana jest wątpliwościami na temat jakości swej twórczości, co nie przeszkadza jej ze śmiertelną powagą brać słów męża, który każdą jej powieść recenzuje tymi samymi słowami cyt. „To arcydzieło”… W ocenach towarzyskich pisarka jest złośliwa i niestety niekiedy niesprawiedliwa. Tyczy się to przede wszystkim jej uwag pod adresem Ottoline Morrell i jej męża, mimo że dzięki ich pieniądzom sporej męskiej części grupy Bloomsbury oszczędzony został widok francuskich okopów w czasach I wojny. Sporo miejsca rozpisuje się o twórczości malarskiej siostry czy pisarstwu Rogera Fry’a, choć ani jedna ani drugi nie zapisali się w pamięci potomnych jako koryfeusze angielskiej kultury. Piszę to w kontekście chłodnych uwag pisarki o „Ulissesie” Joyce’a.
Najwięcej rys dziennik dostarcza obrazowi pisarki jako matki feminizmu, apelującej o „własny pokój”. Pod datą 31 maja 1929 roku notuje ona bowiem cyt. „Wygrywamy – powiedziała przy herbacie Nelly. Byłam zaszokowana myślą, że oto obie życzmy sobie zwycięstwa Partii Pracy – dlaczego? Częściowo z tego powodu, że nie mam ochoty, żeby rządziła mną Nelly. Myślę, że rządy Nelly i Lottie to byłaby katastrofa”. Wprawdzie Woolf nie odmawia swym służącym prawa wyborczego, ale wzdraga się na użycie przez swą kucharkę 1 osoby liczby mnogiej, na stawianie siebie i jej obok siebie. Feminizm Woolf, przynajmniej taki, jaki wyłania się z tego wpisu, ma mieć charakter klasistowski, elitarny, zarezerwowany dla oświeconych przedstawicielek burżuazji, takich jak ona czy jej siostra. Rządy niewykształconych, nieokrzesanych proletariuszek wiodą w przekonaniu Woolf do katastrofy. Nie czuje więc siostrzanej więzi ze swymi służącymi, mimo że wraz z nimi oddała głos na partię, która parła do wyborów pod hasłami socjalnymi. Feminizm – a i owszem – zdaje się mówić Woolf, ale nie zapominajmy, że w sferze kobiet są różne klasy, które nie są sobie równe…
Na okładce Wydawnictwo Literackie obwieszcza, że dziennik Woolf należy zaliczyć to jej najlepszych powieści. Otóż nic bardziej mylnego. Powieści i dziennik to dwa różne światy. Tym pierwszym światem można się zachwycać. Drugim, moim skromnym zdaniem, już niekoniecznie.