Rychu Zwierzchowski wiedzie żywot pasożyta-luzaka – sex drugs and rock n’roll. Pije, pali, gra na streecie i usilnie stara się nie znaleźć poważnej, regularnej pracy. Utrzymuje go córka, która co jakiś czas dba o uzupełnienie jego finansowych potrzeb.
Całe życie „Dreszcza” to koncerty i AC/DC ponad wszystko.
Są przyjaciele i wrogowie, choć tych drugich rzecz jasna więcej. Aż pewnego dnia „Dreszcz” obrywa piorunem i… zyskuje nowe super moce. Tylko czy to coś zmienia?
Jak to u Ćwieka bywa – muza głośno ryczy, a każda strona wali po uszach siłą decybeli. Tak było w „Kłamcy”, tak jest w „Dreszczu”. I dobrze.
Człowiek, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Pisarz, komik stand-upowy, publicysta, podróżnik. Autor ponad dwudziestu książek, a także licznych opowiadań, słuchowisk, artykułów, sztuk teatralnych i scenariuszy.
Odsłuchałem czysto rozrywkowo, zachęcony dobrą ostatnio passą Ćwieka ("Drelich"). Samej książki nie kupowałem - była w cenie subskrypcji.
Napiszę od razu - z trudem dotrwałem do końca ;/ Pomysł niby ciekawy, swojskie tło również dobrze na mnie działa, a sam pomysł wstawienia tego w superbohaterskie klimaty - czemu by nie? No właśnie, chyba jednak nie ...
Co mi się w tej książce nie podobało (a jest tego dużo).
1. Sam Zwierz/Dreszcz jest postacią mało ciekawą - rozumiem, że nie musi być sympatyczny, nie musi mieć za sobą niesamowitej historii, ani cechować się unikalną osobowością, ale ... w zamyśle autora miał być prześmiewczy - nie wyszło. Miał być rockowym indywidualistą - efekt jest karykaturalny ;/ Nie to że on budzi negatywne emocje: to by bylo coś. On nie budzi emocji i to jest problem.
2. Postacie poboczne? W praktyce są tylko 2. Jedna zupełnie bez wyrazu, druga tak nierzeczywista i abstrakcyjna (z tak nierealnymi motywacjami), że generuje efekt "awkwardness". Ja wiem - to ciągle jest fantastyka, a konkretnie: urban fantasy. Więc niby ciężko tu mówić o realizmie, ale jest jednak jakieś "credibility" historii (spójność, to jak elementy do siebie pasują, jak realnie to wygląda biorąc pod uwagę skrzywienie logiki świata).
3. Sama historia? No właściwie nawet nie ma dramatu, kilka indywidualnych pomysłów nawet się broni. Tylko całość rozwala jakiś taki brak wyczucia (widać, że Ćwiek napisał tę książkę parę lat temu) - np. totalnie rozwalające flow dialogi (Dreszcz vs młode przedstawicielki płci pięknej). Co ciekawe, niektóre dialogi powodowały, że zadawałem sobie pytanie - czy to książka dla dorosłych czy dla młodzieży. Niby naiwność i poziom dowcipu raczej sugeruje YA, ale bezpośredniość pewnych scen raczej to wyklucza.
Nie bawiłem się dobrze czytając Dreszcz(a). Sam pomysł na postać i tło - daje radę, ale zabrakło scenariusza, fajnej historii, no i tego pierwiastka geniuszu przy kreowaniu bohatera, który spowodowałby, że trzymałbym za niego kciuki, albo chociaż interesował się czy na końcu "mu się uda".
2.1-2.3 na 5 możliwych. Pewnie byloby 0.2 gwiazdki więcej, ale zakończenie słabsze niż sama książka ;/
Opis z tyłu książki zdecydowanie zachęca. Nie przepadam za polską literaturą, ale Ci polscy fantaści mają takie książki... ten ostry język i nie przejmowanie się szokowaniem czytelnika, że nie sposób nie spróbować. I spróbowałam. Nie umiem chyba w żadnej książce nie znaleźć choć jednej dobrej/ciekawej rzeczy, ale przy tej pozycji powtórzę się już nie drugi raz - Fabryka słów ma świetne ilustracje. Zilustrowana walka na końcu książki zapadnie mi w pamięć na długo. Poza tym nie zapamiętałam z całej tej króciuteńkiej książki zbyt wiele poza czasem dobry humorem po tekstach Alojza i jakimś cudem wyczekiwanie dialogów z nim oraz tego, że nic mnie nie zainteresowało. Ale spróbowałam. Coś jeszcze pióra Pana Ćwieka kiedyś spróbuję, ale może coś zupełnie innego. Dreszcza dało się skończyć choć szybko zauważyłam, że uda mi się to zmuszając się do czytania w podróży autobusowej doświadczanej niemal codziennie. Gdyby nie to chyba bym nie skończyła. Nie jestem pewna czy już wyrosłam z wieku kiedy emerycki rock'n'roll by mnie interesował czy może nie zrozumiałam treści przez swój młody wiek właśnie i brak doświadczenia w byciu starym.
Mam wrażenie, że książka „Dreszcz” została napisana za wcześnie. Dlaczego? W dwa tysiące trzynastym roku nie panował jeszcze wśród pisarzy trend na dołączanie do swoich powieści dedykowanych playlist - a żadna historia nie posiadałaby równie epickiej ścieżki dźwiękowej, jak właśnie opowieść o perypetiach starego rockmana o nadprzyrodzonych mocach. Jednak muzyka to jedno, a książka - drugie. Jakie są moje wrażenia po lekturze? Krótko mówiąc: mieszane.
Zacznijmy od pozytywów:
Bardzo charakterystyczne (i charakterne) „pióro”. Litry alkoholu, setki jointów, rzucanie mięsem, erotyczne podteksty - jednym słowem: mocna, „męska” lektura. A przy tym: mnóstwo inteligentnego, chamskiego humoru, sarkazmu i ironii, a także - starych, rockowych przebojów, w których chyba tkwi cały urok tej niezwykłej historii.
Zwroty akcji. „Dreszcz” jest przewidywalny i nieprzewidywalny jednocześnie. Inaczej mówiąc: akcja zmierza z punktu A do punktu B przez punkt Ą - można domyśleć się zakończenia lektury, ale nie sposób wpaść na to, jakie perypetie czekają bohaterów po drodze.
Ślunsko godka. Alojz, kompan Dreszcza i rodowity mieszkaniec Śląska, porozumiewa się głównie charakterystycznym dla tego rejonu dialektem - na tyle bliskim polskiemu językowi, by móc go zrozumieć bez dodatkowych przypisów, i jednocześnie: na tyle egzotycznym dla nie-Ślązaków, by musieli czasem przerwać czytanie i poświęcić chwilę na odgadnięcie, o czym właściwie bohater w danym fragmencie mówi.
Jakie są mankamenty tej książki?
Lektura to laurka dla stereotypowo postrzeganej męskości. A może raczej: mokry sen niespełnionego rockmana - życie pełne używek, wierni przyjaciele, niesamowite moce, gigantyczny talent muzyczny i seksowne małolaty klejące się do starego, zapijaczonego i wulgarnego chudzielca, jak gdyby był bardziej seksowny od Henry’ego Cavilla. Kobiety w tej książce można przyporządkować do jednej z trzech grup: albo są ledwie pełnoletnie, niesamowicie piękne, wyuzdane i zwykle spragnione zbliżeń z Ryśkiem, albo rozmodlone - jak Janice, córka Ryszarda i żona amerykańskiego pastora, lub siostry zakonne w Czerwonym Słoneczku, albo należą do antagonistów głównych bohaterów. Żadna żeńska postać nie gra tu na tyle istotnej roli, by nie dało się jej wyrzucić z fabuły bez większych szkód dla powieści. Moja feministyczna dusza momentami naprawdę cierpiała przy lekturze.
Akcja jest źle zbalansowana. Mam wrażenie, że gdyby książka skończyła się tuż po pewnym koncercie, czułabym się usatysfakcjonowana tą lekturą; natomiast przez to, że trwała ona dłużej, wprowadzała w środku powieści nowe postaci i przygody, prawie kompletnie nie związane z wcześniejszymi wydarzeniami, zaczęłam czuć znużenie i zmęczenie zbyt dużą ilością niecodziennych, groteskowych wątków. Moim zdaniem część historii można było spokojnie przenieść do kolejnego tomu powieści o przygodach Ryśka, dzięki czemu książka nabrałaby czytelnego wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Warto wspomnieć, że sama powieść jest naprawdę krótka - liczy nieco ponad dwieście stron, z czego ostatnich sześćdziesiąt to wspomniane wyżej zbędne rozbudowanie fabuły. Należę do czytelników, którym żadna grubość książki niestraszna, więc doprowadzenie mnie do zmęczenia lekturą przy ledwie dwóch setkach stron to naprawdę rzadkie zjawisko.
Alojz i Benjamin to świetne chłopaki, ale Ryszarda, samolubnego, wulgarnego, seksualnie niewyżytego oraz uzależnionego od alkoholu i skrętów rockmana, mającego cudze dobro gdzieś nie ze względu na żadne ciężkie wydarzenia czy traumy z przeszłości, tylko przez swój własny, niebotyczny egoizm, po prostu nie potrafię przetrawić. Wampir energetyczny - w dosłownym i przysłowiowym znaczeniu, którego ratuje tylko sarkastyczne poczucie humoru i delikatna metamorfoza osobowości w miarę rozwoju akcji. Jeśli kiedyś sięgnę po kolejne książki o przygodach Zwierza, na pewno nie zrobię tego z sympatii do tytułowego bohatera.
Po więcej takich recenzji zapraszam na lg: @wwiercona_w_ksiazki
Książkę zakupiłam spontanicznie na spotkaniu z autorem. Pan Jakub Ćwiek to niezwykle pozytywna osoba i tego samego oczekiwałam po Dreszczu. Poznajemy Ryśka, który nijak nie jest wzorem do naśladowania w prawdziwym życiu. Beztroski facet mający wiele nałogów. Kto powiedział, że główny bohater ma być ideałem? Jednak pomimo wad nie da się nie darzyć choć odrobiną sympatii naszego bohatera. Pewnego dnia zwykłe życie dla niego się kończy. Po oberwaniu piorunem nasz Rysiek otrzymuje super moce. Jak je wykorzysta i z czym będzie musiał się zmierzyć musicie przekonać się sami. A jest zabawnie. Pełna humoru opowieść, która nie byłaby tym samym gdyby nie dwójka "pobocznych" postaci. Alojz, górnik na emeryturze a równocześnie prawdziwy przyjaciel Ryśka oraz Benjamin, którego marzeniem jest być pomocnikiem i lokajem superbohatera. Taka mieszanka może oznaczać tylko jedno - dobrą zabawę, a o to chodzi w życiu Ryśka i tego oczekiwałam od tej książki.
Książka ma być rozrywką i tym właśnie jest. Spełnia całkowicie swoje zadanie. Jednak ostrzegam tak jak i mnie ostrzegł autor na 1 stronie. Po przewróceniu kartki przekraczasz strefę ochronną. Rock'n'Roll! Ja polecam
Już na wstępie poczułem pewien sceptycyzm, widząc wszędzie (praktycznie na każdym kroku) cytaty z tak popularnych i szmirowatych zespołów rockowych jak AC/DC czy GnR. Niestety, główny bohater okazał się postacią wyjątkowo trudną w odbiorze - odpychający i mało sympatyczny. Jego teksty i zachowanie (dziaderskie, spermiarskie, stulejarskie) to wypadkowa Titusa z Acid Drinkers i zwykłego żula spod Żabki.
Mimo że historia ma swój potencjał (stąd całe 2 gwiazdki), finał jest niesatysfakcjonujący. Jasnymi punktami są postacie drugoplanowe: kolega Ślązak i młody kamerdyner. Reszta do zapomnienia.
Jeśli opierasz książkę na uwielbieniu dla AC/DC, to nie może być dobra rzecz.
Zaiskrzyło dopiero około środka książki, ale nie na tyle, by rzucać się na poszukiwania drugiego tomu. Zdecydowanie pozostaję w swym uwielbieniu dla Chłopców i sympatii dla Kłamcy, jednak Dreszcz – jakkolwiek mający w sobie wiele specyficznego uroku – raczej nie dołączy do ich grona. Ot, dość przyjemna, lekka historia utrzymana w fajnej konwencji i z nietuzinkowym bohaterem. Niestety, zabrakło w niej tego „czegoś”; jest dobrze, ale mogło być zdecydowanie lepiej.
3.75/5 Dreszcz jest bohaterem odpychającym swoim byciem, na początku wręcz nie mogłam go znieść, bardzo mocno mi przypominał, którego znam co było dla mnie jeszcze bardziej przerażające. Jednak im dalej w las, im bardziej bohater się zmieniał tym bardziej zmieniało nie moje zdanie o książce. Nie jest to jakoś wybitny utwór ale jako lekka lektura ujdzie. No i moje kolejne udane spotkanie z Ćwiekiem.
To moje drugie spotkanie z Ćwiekiem w tym roku i w życiu. Książka niezła, pomysł fajny, ale nie na tyle, żebym chciała sięgnąć po część drugą. Ciężko czytało mi się śląskie dialogi, generalnie nie każdy musi je rozumieć...natomiast nie zniechęciło mnie to do samego autora, bo talent ma niewątpliwy. Spróbuję inny tytuł.
Z pewnością książki tej nie można zaliczyć do ambitnych dzieł ale mi to pasuje. Lubię czarny humor Ćwieka i ta wszechobecna szydere. Daje 4 nie dlatego że uważam to za wybitne dzieło ale sam jestem ze śląska i nieźle uśmiałem się czytając ;) książka zabawna dla ludzi z dystansem i miła odmiana po książkach w cięższych klimatach.
Było okej, ale to jednak nie to. Dwie gwiazdki, daje za dość nie typową tematykę, oraz dość zabawne momenty. No ale, liczyłam, że dam chociaż, trzy albo cztery, no ale, jednak nie. Przez większość książki się wynudziłam, brakowało mi tej akcji. Ale trudno, raczej nie będę kontynuować, chodzi szkoda, bo serio liczyłam na coś dobrego.