Główna zasada Marvela: "Snikt!!!" i wiedź, że masz prze... chlapane. Tym bardziej, gdy gdzieś tam zza winkla paczy na Was ten perwersyjny jajogłowy, niejaki The Watcher, który lubi sobie zerknąć to tu to tam, zwłaszcza gdy ma to diametralne znaczenie dla istnienia Ziemi.
Zaczyna się od razu w środku samej akcji, gdzie widzimy Logana dość poturbowanego, a nad nim jakiegoś tatusia w okularach, który dzierży jakąś broń, wyglądającą na obcą technologicznie i anihilują nią do kości jakichś zakładników. Sytuacja szybko się rozwiązuje i pałeczkę po ojcu przejmuje syn, a my już zaczynamy się domyślać, że coś tu nie gra i chyba mamy do czynienia z jakimś obcym organizmem, który przejmuje ciała jak w "Inwazji porywaczy ciał". Zaczyna być nastrojowo, ale... wszystko siada, bowiem zamiast postawić na atmosferkę zaszczucia to mamy tutaj rzeźnię.
Wolverine zaczyna polowanie, a do duetu dodano mu Nicka Fury'iego i SHIELD. Już tylko czekałem, aż się okaże że nawet najlepszy szpieg Marvela zostanie "opętany" i się nie zawiodłem. W sensie, to się zawiodłem. Był tu jeden moment, który naprawdę mnie zaskoczył, w końcówce, ale to nie będzie słynne utracenie czynnika regeneracji Logana. Jest inny "mniejszy" dotyczący tej obcej broni. Reszta tego tomu to ciągła gonitwa, walka, brak jakiegokolwiek przestoju. Słabo, bo wygląda to też średnio.
Tym bardziej, że i kreska Davisa czy Pierfederici'ego nie była niczym wystrzałowym. Przeciwnie, miałem wrażenie, że przenosi wygląd Logana jeszcze z zamierzchłych czasów TM-Semic, wydawanych w latach 90. w Polsce. Nie mam nostalgii do tamtych czasów, więc nie zrobiło to na mnie wrażenia.