Zapuść Twój sierp i żniwa dokonaj, bo przyszła już pora, by nadszedł Wielki Dzień gniewu. A któż tedy zdoła się ostać?
Czas końca jest blisko, a Święte Officjum szykuje się do decydującej bitwy. Tym razem batalia toczyć się będzie nie tylko o mistyczne tajemnice i nie ukryje się przed wzrokiem zwykłych ludzi. Teraz w płomieniach wojny i dymach śmiercionośnej zarazy ma się wykuć całkiem nowy chrześcijański porządek. A za decyzje podjęte przez inkwizytorów zapłacą wszyscy mieszkańcy Cesarstwa. Stare sekrety i nowe tajemnice, starzy przyjaciele i nowi wrogowie. Wybory, które przeorają świat. Złowrogie cienie powstające z otchłani przeszłości. W świecie, w którym nic nie jest jednoznaczne, inkwizytor Arnold Lowefell staje przed decyzjami, w których podjęciu pomaga mu niezłomna wiara w Boga i w wieczne życie w Jego światłości.
Od lat zajmuje się multimediami i szeroko pojmowaną popkulturą. Pracował jako zastępca redaktora naczelnego pism „Click” i „Game Ranking” oraz naczelny magazynu „Fantasy”. Prowadził programy autorskie w Radiu WAWA. Reżyserował dubbingi. Tworzył i tłumaczył scenariusze gier komputerowych. Od kwietnia 2008 – szczęśliwy tata małego Kacperka. Jeden z najpopularniejszych pisarzy fantastycznych. Prowokujący. Zaskakujący. Potrafi rozbawić, zbulwersować, dotknąć do żywego. Wymyka się oczekiwaniom. Ledwie okrzepł w szatach inkwizytora, niespodzianie wdział żupan.
Jak autor w tym cyklu trochę nie szanuje fanów serii i nie ma świadomości że ludzie lubią zagłębiać się w fajne uniwersum i czytać z niego niezliczone ilości książek, to tutaj napluł na nich albo gorzej. Połowa książki to powtórka z równoległej serii, gdzie widzieliśmy już wcześniej co się działo z pewnym inkwizytorem, to tutaj ktoś opowiada dokładnie to, następna osoba krytykuje parafrazując to co było powiedziane, a na koniec główny bohater ma na ten temat przemyślenia. Więc kończymy z tym że informacje potrafią w tylko tej książce być nam trzy razy w kółko przekazywane. Motyw jednego pokoju/budynku jest fajny, ale ani trochę nie trafiony tutaj. Ciekawe jest to w nienawistnej ósemce gdzie poznajemy nową historię i jest prowadzona intryga. Tutaj druga część książki jest dalej też nudna, prowadzona bez żadnej akcji i rewelacji. W całej książce poznajemy może z 4-5 nowych informacji i zapada jedna kluczowa decyzja. Wszystko co ciekawe można by zmieścić w max 50 stron. Słuchałem audiobooka na przyspieszeniu 1.5 , ale śmiało można słuchać jeszcze szybciej, bo lektor czyta wyraźnie i bardzo powoli. Cieszę się że nie wydałem na tą książkę ani złotówki.
Moje ostatnie spotkania z Cykl Inkwizytorskim Jacka Piekary nie należały do najbardziej udanych. Mimo to, z sentymentu postanowiłam dać serii kolejną szansę i sięgnęłam po Płomień i krzyż tom IV, licząc na „odbicie się od dna”. W końcu Arnold Löwefell do tej pory mnie nie zawodził.
Wielki Dzień gniewu Czas końca jest blisko, a Święte Officjum szykuje się do decydującej bitwy. Tym razem batalia toczyć się będzie nie tylko o mistyczne tajemnice i nie ukryje się przed wzrokiem zwykłych ludzi. Teraz w płomieniach wojny i dymach śmiercionośnej zarazy ma się wykuć całkiem nowy chrześcijański porządek. A za decyzje podjęte przez inkwizytorów zapłacą wszyscy mieszkańcy Cesarstwa.
Stare sekrety i nowe tajemnice, starzy przyjaciele i nowi wrogowie. Wybory, które przeorają świat. Złowrogie cienie powstające z otchłani przeszłości. W świecie, w którym nic nie jest jednoznaczne, inkwizytor Arnold Löwefell staje przed decyzjami, w których podjęciu pomaga mu niezłomna wiara w Boga i w wieczne życie w Jego światłości.
Rozkładamy na czynniki pierwsze, to co było na Rusi. No i klops.
Więcej niż połowa książki, to smęcenie o tym, co było na Rusi. Powtarzanie tego „przeklętego” tematu po raz n+1 doprowadzało mnie do białej gorączki.
Gdyż cała ta trylogia, była dla mnie jednym wielkim nieporozumieniem, a odkopywanie tego tematu (wręcz kopiowanie fragmentów z poprzednich książek), do którego doda się „jeden czy dwa” fakty z innej perspektywy, to po prostu czysta strata czasu. Widać, że gdzieś pomysły na serię się ulotniły i wszystkie ostatnie twory są mocno wtórne.
Do tego chamskie docinki Mariusa, które ciągną się czasami całymi stronicami, bawiły mnie tylko przez pierwsze „5 minut”. Przy każdym kolejnym jego wystąpieniu, które traktowałam, jako zapychacz książki, pozostawało mi tylko przewracanie oczami.
Arnold też niestety mnie zawiódł. Niby jego wypowiedzi są „na poziomie”, ale wszystko jest jakieś miałkie, a szumne zapowiedzi o kończeniu wątków, można sobie między bajki włożyć.
Jako zapalona czytelniczka cyklu liczę na to, że Mordi i Arnold nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, a zmiana „stajni” z Fabryki na Zysk i Sk-a przyniesie jakiś powiew świeżości dla kolejnych odcinków serii.
Czwarta już odsłona podcyklu "Płomień i krzyż" miała postawić poprzeczkę bardzo wysoko, a sam opis nastawiał mnie na coś bardzo dobrego i wyjaśniającego wiele rozpoczętych już w poprzednich tomach wątków. No i jak to wyszło?
Zasiadając do lektury byłem pełen oczekiwań, które zostały wyparte przez niechęć już przy pierwszym, chyba najdłuższym rozdziale. Dotyczył on wydarzeń znanych nam z trylogii ruskiej. Gówną bohaterką rozdziału autor zdecydował uczynić się znaną już czytelnikom Mauretankę. Miałem wrażenie, że autor w jej wypowiedziach po prostu przepisywał dłuższy fragment z wymienionej trylogii, niezbyt zresztą udanej, aby następnie wtrąceniami pozostałych bohaterów to zamaskować. Przez lekko ponad 150 stron brnąłem ponad 3 dni. Ale! Im dalej, tym lepiej. Przy czym tutaj również pojawia się problem - jest lepiej, ale tylko trochę. Filozoficzne i złośliwe wypowiedzi Mariusa, zajmujące czasami nawet całą stronę, niezmiernie irytują i po jakimś czasie wręcz zniechęcają do lektury.
Całej powieści nie ratuje nawet Arnold Löwfell. Fabułę śledzimy z jego perspyktywy, ale za mało w tej fabule jakiejś konkretnej akcji, dostajemy praktycznie same rozważania na tematy religijne i moralne - Jacek Piekara w swoim żywiole.
Miało być dużo zamkniętych wątków. Dużo zaskoczeń. Dużo emocji. Wątki wyjaśniły się może ze 2, w dodatku takie, których można się było domyślić, a sprawy ważne pozostały pominięte. Ciekawe jest jednak zakończenie, bo dzięki Arnoldowi możemy stać się w przyszłości świadkami czegoś spektakularnego, o ile autor oczywiście nie porzuci tego wątku jak wielu innych, na zamknięcie których czekamy już od wielu lat.
Jako fan cyklu polecam, bo pomimo niewielu zamkniętych wątków i odkrytych tajemnic, coś zostało wyjaśnione. Jeżeli ktoś zaczyna z Jackiem Piekarą - możecie się odbić. Jest wiele innych i ciekawszych tomów, od których warto by było zacząć.
I znowu to samo tylko z innej perspektywy i to dosłownie. Sam już się gubię co i dlaczego dzieje się z Mordimerem, który w ogóle w tej powieści(raczej zbiorze opowiadań) osobiście się nie pojawia. Mam pewne obawy czy dożyje końca cyklu , zważywszy na to że pierwsza książkę zaczynałem w szkole średniej, może to być prorocze...
Gdybym napisał to co serce mi teraz podpowiada, to prawdopodobnie nie dosyć, że zdjęli by mi to opinię, jak i pewnie usunęli profil, bo pojechałbym taką wiązką przekleństw, której nie powstydziłby się osiedlowy żul, któremu właśnie rozbił się czteropak lub jakieś siarczane wino...
Piekara doi z cyklu ile może. Poniekąd ma do tego prawo, jako autor. Stworzył ciekawy świat, początkowo rozwijając jego aspekty na tyle interesująco, że sięgało się po te książki z ciekawością/przyjemnością. Aż nastąpiła kulminacja i zwrot akcji w czwartym co do kolejności tytule: Łowcy Dusz. Ludzie czekający na kontynuację jednak się srogo przejechali, bo autor postanowił pisać prequele przygód inkwizytora Mordimera Madderdina, wprowadzając jeszcze szereg innych postaci, jak Arnolda Lowefella, które nie umywają się jednak do bohatera serii.
I mimo, że Mordimer to czystej wody religijny socjopata, to da się go polubić, co jest spory wyczynem. Ale tu go nie ma, jest wspomniany bezpłciowy Arnold. Mamy tu też zbiór kilku opowiadań, które są porozrzucane na osi czasu serii w dosyć sporych odstępach. Pierwsze opowiadanie udowadnia moją tezę z drugiego zdania. Piekara doi ile wlezie. Zdziwiło mnie, że autor wydał tak szybko nowy tomik po przegadanym i nudny "Dzienniku Czasu Zarazy". Już wiem czemu.
Jakieś 40 % książki to streszczenie ruskiej trylogii tegoż autora, tyle że widziane oczyma Hildegardy, członkini Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium. Kobieta opowiada o pewnych wydarzeniach, które są żywcem wyciągnięte ze stronic wspomnianej trylogii. Postacie następnie komentują całość i poddają analizie wątki, jakie uznają za najciekawsze. W dodatku tak z de wychodzi na jaw, że matka Mordimera, Katarzyna - jest zupełnie czymś innym niż myśleliśmy do tej pory. Jakie rodzi to konsekwencje dla jej syna? Autor nie raczył na razie wytłumaczyć.
Kolejne, krótsze już opowiadania wprowadzają wątek pewnej potężnej czarodziejki, która znajduje się w klasztorze Amszilas w charakterze więźnia. Widzimy też przygotowania pod przewrót na szczycie władzy i wprowadzenie pewnej zarazy, która ma oczyścić Inkwizytorom przedpole do wykreowania nowego świata. AUTOR WRESZCIE RACZYŁ NAWIĄZAĆ DO ŁOWCY DUSZ, ale tylko liznął temat. Fajnie jak na "DOPIERO" siedemnastą książkę. Może przy trzydziestej w końcu pociągnie ten wątek dalej.
Wkurzam się, bo ja lubię postać Inkwizytora. Lubię początkowe opowiadania. Lubię nawet niektóre prequele. Nie lubię za to, że mnie jako czytelnika się nie szanuje i próbuje wcisnąć bubel, za coraz to wyższą cenę. Płomień i Krzyż to książka przegadana, gdzie więcej akcji dzieje się we wspomnianym chamskim streszczeniu niż w oryginalnej treści tu zapodanej. Tu nic się nie dzieje.
I nie zrozumcie mnie źle. Piekara umie pisać i jego książki czyta się szybko, tyle że mając za sobą całość cyklu, w tym kilka tomów w swojej biblioteczce, od jakiegoś czasu czuję się jako fan olewany. Wolałbym, aby relacja z autorem była na zasadzie i wilk syty i owca cała. Dostaję jakościową dobrą książkę, to i płacę za to. A tu tego nie ma. Wilk łoi owieczki jak może. Może się w końcu oczka się owieczkom otworzą. Zwłaszcza, gdy ceny książek rosną (i się narzeka, że Polacy nie czytają książek, jak te osiągają ceny 80 ziko i wzwyż), a przy nieco mniejszej cenie można nabyć inne, lepsze pozycje z gatunku fantastyki.
Zapewne jak wyjdzie kolejna część, to też ją łyknę. Tyle, że nie kupię, a pójdę do biblioteki. Nowa książka nie jest warta połowy swojej ceny, no chyba że lubicie zbierać dublety. Jeżeli miałbym ją jakościowo do czegoś porównywać, to do gry pt. The Inquisitor zresztą na podstawie omawianego cyklu. Jest takim samym żartem, jak ta książka.
Pierwsza część nowych przygód Arnolda Löwefella zaczyna się od posiedzenia wielkiej rady Świętego Oficjum. Brzmi interesująco? Szkoda, że tak nie jest. Przez 167 stron autor serwuje nam streszczenie Trylogii Ruskiej. Dzięki temu możemy upewnić się, że w swojej głupocie źle zrozumieliśmy 3 opasłe tomy wyżej wymienionej pozycji oraz niepotrzebnie wydaliśmy pieniądze, skoro opisano nam wszystko tutaj.
Jeśli już wiecie, że pierwsze 167 stron można zupełnie pominąć, skupmy się więc na tym, co znajdziemy w dalszych opowiadaniach. Właściwie można powiedzieć, że Esencja Ducha i Życia oraz Klasztor to głównie spojrzenie na zagadki i tajemnice Aszmilas. Akcji tu mało, zdecydowanie więcej prozy „porządkującej” wymieszanej z przemyśleniami Arnolda i intrygami Oficjum. Ktoś może powiedzieć, że przecież cały ten cykl był zawsze bardziej nastawiony na brudną politykę i nieczyste zagrania inkwizytorów i będzie miał rację. Jeżeli właśnie tego oczekujecie po Cyklu Inkwizytorskim, to treść powinna wam przypaść do gustu. Ja wolę jednak przygody Mordimera Madderina, a każda opowieść o Arnoldzie coraz bardziej mnie męczy. Na koniec dostajemy wisienkę na torcie mianowicie Czarny Wiatr. Opowiadanie skupia się na przeszłości wspomnianego wyżej Mordimera Madderina. Jest to swoisty przedsmak dalszych losów inkwizytora oraz wynagrodzenie fanom oczekiwania na Czarną Śmierć. Ten element książki wypada zdecydowanie najlepiej i najciekawiej.
Czy są więc znacząco powody, aby wydać ciężko zarobione złotówki i sięgnąć po ten tytuł? Jeżeli jesteście bezkrytycznymi fanami tego uniwersum to jak najbardziej tak. Poznamy tu tajne plany i mroczne plany Inkwizytorium, które zatrząsną podwalinami całego świata. Dostaniemy też nieco informacji o legendarnej Morganie. Dodatkowo solidnie uporządkujemy informacje, które dostaliśmy w poprzednich tomach cyklu, a ponadto poznamy przedsmak tego, co spotka nas być może w Czarnej Śmierci......
Mordimer chwalący się swoim czułym powonieniem to istny żart środowiskowy w świecie cyklu inkwizytorskiego. Uśmiecham się mimowolnie za każdym razem czytając o tym jakim ciężarem jest dla głównego bohatera jego zmysł węchu. Uważam, że każde kolejne powtórzenie dodaje całemu zabiegowi coraz więcej humoru, szczególnie że Madderdin przygotowuje tło słowami „nie wiem czy wspominałem…” itd. po czym powtarza kropka w kropkę fragment o tym jak wrażliwy jest na przykre zapachy.
Płomień i krzyż tom 4 wznosi te figurę stylistyczną na wyżyny nieznane dotychczas czytelnikom serii. Osobiście szacuje że jakieś 30% książki to po prostu kopiowanie fragmentów wcześniejszych części cyklu, przez co czyta się ją trochę jak słaby, pierwszy szkic średniej pracy licencjackiej która miałaby problem z przejściem przez antyplagiat (gdyby nie fakt że autor czerpie obficie z własnych dzieł). Parafrazując rozmowę Katriny z Arnoldem na temat Trójniaka, żart z powonieniem jest jak sześcian, tom 4 jest jak hepterakt.
Serdecznie polecam wcześniejsze tomy cyklu (im wcześniejsze tym bardziej polecam).
Kupując kolejne książki Jacka Piekary z cyklu inkwizytorskiego mam wrażenie, że uprawiam jakiś masochizm. Za każdym razem obiecuję sobie, że to już koniec, że dość, że ile można. Jednak jak kolejna część przygód z tego świata pojawia się w księgarniach po chwili ląduje w moich rękach.
Co my tu mamy? Cztery opowiadania, które do świata nie wnoszą nic. Kompletnie nic. Nie ma tu żadnej akcji a jedynie pierdzielenie o przysłowiowej dupie Maryni. Te opowiadania powinny być dodane jako gratis dla wszystkich ekstremalnych fanów a nie wydawane jako oddzielna książka. Jest to bezczelny i perfidny skok na kasę. Zarówno sam pisarz jak i wydawnictwo powinni się wstydzić, że chcą za to jakiekolwiek pieniądze, a chcą i to niemałe. Lepiej kupcie sobie w sklepie gumy kulki i oranżadę zamiast tej książki. Na pewno będziecie mieli z tego więcej radości. Nie polecam.
Zawiodłem się po raz kolejny na cyklu inkwizytorskim. Tym razem dostaliśmy przegadany nic nie wnoszący i bardzo krótki tom którego około połowa jest w sumie skrótem trylogii ruskiej opowiedzianej z innej perspektywy. Nic nie zmienia, nic nie wnosi, nie dodaje nowych nieznanych faktów poza jednym nie rozwiniętym ostatecznie twistem fabularnym. Reszta opowiadań była równie przegadana z tą różnicą że faktycznie była o niczym. Niczego nowego tu nie dostajemy poza wstępem i zrozumieniem skąd się wzięła zaraza w "Dzienniku czasu zarazy". To można było załatwić w prologu do tej książki, nie było do tego potrzeba pełnego tomu. Będę czytał dalej cykl, bo uwielbiam ten świat i choćby dla tych kilku smaczków muszę go poznać, ale jestem zawiedziony i czytam już tylko z rozpędu i z goryczą. Szkoda.
This is definitely the weakest books so far. The entire book (except few last pages) is about people seating and discussing things. That's it! There is nothing else. Over 350+ pages of the same group of people meeting at the same location and discussing hardly related topics. No plot, no new characters, adventures, dangers, world building - just talking and talking, and ... talking which does not lead to much at the end.