Lekarz psychiatra jako pacjent szpitala psychiatrycznego? I do tego w pełni zdrowy?
Ależ to było odjechane! Nawet nie wiem co powiedzieć o tej książce, bo mimo przewidywalnej fabuły, zaskoczyła mnie. Przede wszystkim ludzki mózg i jego możliwości przystosowania się do warunków, w jakich przebywa człowiek mnie zaskakują. I trochę przerażają. Przeraża mnie to, jak może się takie przystosowanie skończyć.
Nie będę zdradzać więcej. Przeczytajcie, bo to jest dobrze napisane, ciekawe i nawet jakaś mała dawka wiedzy przy okazji wpadnie. A i do myślenia da. Polecam!
Ja książkę przesłuchałam i realizacja na szóstkę :)
Ocena: 1 z minusem. Wrażenia: Głupszej książki już dawno nie czytałam. Niby oparta na faktach, ale koło faktów to nawet nie stało. Jestem internistką i nawet jako osoba bardzo luźno związana z psychiatrią widziałam takie bzdury, że nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Setka relanium na dzień dobry doustnie? Tabletki są po 5mg, już widzę jak wmuszają w człowieka 20 tabletek. Elektrowstrząsy na wszystko? Używa się, ale w depresji, a w schizofrenii w katatonii, więc mamy kolejne rozwiązanie z dupy. Ale szczytem szczytów było wstrzyknięcie sobie przez bohatera (lekarza psychiatrę, który symulował chorobę, aby zobaczyć jak to jest być pacjentem) LSD dożylnie. Bo nie wiedział, jak to się zażywa, a narkotyki, wiadomo, ładuje się w kanał. Rozpuścił to w witaminie B1, zamiast w zwyczajnej soli fizjologicznej czy glukozie (kto ma na oddziale kokarboksylazę?). Jeszcze żeby było toto dobrze napisane, czy z ciekawym plot twistem, ale niestety... Dla kogo: Jako rozpałka do kominka może się nada. Stanowczo odradzam, dzięki takim bzdurom kreowanym na "historię opartą na faktach" ludzie ze strachu mogą zwlekać z rozpoczęciem leczenia. Takie wypociny powinny mieć redakcję wykonaną przez kogoś, kto zna się na rzeczy i w razie czego sprostowanie. Fuj, fuj i jeszcze raz fuj. PS: Galneo, dziękuję za merytoryczne wsparcie i wytyczne leczenia <3
Nadal nie bardzo wiem, w jakim celu powstała ta książka? I powiem szczerze - trudno jest mi uwierzyć w autentyczność przeżyć głównego bohatera (powieść oparta na prawdziwej historii). Setka Relanium zwala z nóg, a jakże, ale nie jednego, a kilku chłopa. Ale po co tak od razu z grubej rury?
Lekarz psychiatra dobrowolnie daje się zamknąć w psychiatryku udając chorego na schizofrenię; chce zobaczyć, jak to wygląda od środka. Dostajemy obraz instytucji totalitarnej, w której pacjenci są ubezwłasnowolnieni, ich los zależy od decyzji lekarzy. Porusza Głębski ciekawy problem zamazanej granicy między normą a chorobą psychiczną. To bardziej niezła literatura niż thriller.
Książka oparta na przewrotnym pomyśle, oto młody lekarz psychiatrii postanawia udawać chorego na schizofrenię i dać się zamknąć w psychiatryku na trzy miesiące, chce po prostu zobaczyć, jak leczenie psychiatryczne wygląda od strony pacjenta.
W relacji Głębskiego szpital psychiatryczny jawi się instytucja totalitarna: pacjenci nie mają żadnych praw, nic nie wiedzą, wszystkie decyzje podejmuje się za nich, w szczególności szprycuje się ich na siłę lękami uspokajającymi (relanium), po których są zupełnie otępiali. Bohater doświadcza też agresji ze strony współtowarzyszy niedoli, parę razy zostaje mocno pobity. A przede wszystkim jest tam nudno, leży się na łóżku i nic nie robi, z innymi pacjentami lepiej się nie kontaktować, bo można w pysk zarobić.
A potem robi się jeszcze bardziej ponuro, serwuje nam autor parę teorii spiskowych, a nasz bohater pogrąża się głębiej w dziwnym i nierealnym świecie oddziału zamkniętego, usiłuje mówić lekarzom, że jest normalny, ale przecież prawie każdy chory tak mówi... Potem popełnia parę głupstw, ale czy na jego miejscu nie zachowalibyśmy się podobnie, w takim miejscu i takim otoczeniu? Zakończenie jest dosyć ciekawe...
Porusza Głębski ciekawy problem niejasnej granicy między normą a chorobą psychiczną, zdaje się twierdzić, że my wszyscy jesteśmy lekko skrzywieni, w każdym razie szybko byśmy się nimi stali gdyby nas zamknięto w psychiatryku.
Przypominają mi się mgliście reportaże, w których opisywano jak to zdrowi ludzie wegetowali latami na oddziale psychiatrycznym, bo rodzina lub inni ludzie chcieli się ich pozbyć. W porównaniu z takim więzieniem szpital psychiatryczny jest gorszy, bo pacjent jest w absolutnej władzy lekarza, który jest jednocześnie prokuratorem, adwokatem i sędzią. Poza tym we więzieniu siedzi się określoną ilość czasu, można się odwoływać, itp., w wariatkowie jest dużo trudniej.
Słyszałem opinie, że Głębski mocno przesadza, obecna rzeczywistość szpitali psychiatrycznych jest zupełnie inna, nie tak straszna, miejmy nadzieję. Trzeba tu przypomnieć, że książka dzieje się w latach 80.
To nie thriller, raczej literatura piękna, niezła, ale nierzucająca na kolana.
Słuchałem audiobooka w świetnej jak zwykle interpretacji Marcina Popczyńskiego.
Potwornie frustrująca. Fajny pomysł - lekarz psychiatra idzie do szpitala jako pacjent incognito, by poznać chorych z innej perspektywy. O eksperymencie wiedzą tylko dwie osoby. I na tym koniec plusów, bo dalej autor wchodzi w taki poziom abstrakcji, pretensjonalności i żenady, że głowa pęka. Ze spoilerami, ale w skrócie - pacjenci nie chcą z nim gadać, bo czują, że nie jest swój. Ale gdy jedna pacjentka w końcu próbuje - narrator od niej ucieka, bo jest męcząca i go nudzi. Dosłownie. No, ale nie trzeba lubić protagonisty, spoko.
Potem nagle jedyne dwie osoby, które mogą go wyciągnąć znikają (tu wchodzi „głęboki” foreshadowing - przez zbyt wiele stron na początku uprzedzają go, że to głupi pomysł i na pewno źle się skończy). Jedna umiera, druga wylatuje do USA bez kontaktu. I wchodzimy w rozdział “bardzo źle napisany Kafka”. Nikt go nie chce słuchać, bo za dobrze symulował. Chociaż różnica między tym jak komunikuje on i inni pacjenci jest pokazana jako gigantyczna, ale ewidentnie wszyscy lekarze, poza nim i tymi dwoma, co zniknęli, to idioci. Nie mogą też zadzwonić i sprawdzić gdzie pracował. Nie mogą przeczytać jego zaspisków o eksperymencie z pobytu, które prowadził cały czas, bo nie.
Ale najlepsze jest na koniec, który pewnie miał być odkrywczy i szokujący. Protagonista zażywa lsd. Z jakiegoś powodu bierze je DOŻYLNIE chociaż w tych czasach (minimum koniec lat 80) to nie jest wiedza tajemna jak się zażywa lsd, a na pewno nie powinna być dla lekarza psychiatry. Efekt - sam zostaje schizofrenikiem, tym razem nie symulując, a naprawdę. Wystarczy przeczytać nawet artykuł o lsd na Wikipedii by wiedzieć jak bardzo opis tego, co się dalej dzieje i jak długo jest od czapy.
I to chyba ma być głębokie, zaskakujące zakończenie. Książka ponoć oparta na faktach, strach pytać na jakich.. Albo nie wiem, może się nie znam, ale była potwornie pretensjonalna i głupia, chociaż z paroma ciekawymi pomysłami.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Świeżo upieczony psychiatra, Andrzej Majer, postanawia przeprowadzić pewien eksperyment, aby lepiej zrozumieć, co dzieje się w umysłach jego pacjentów. Zdaje sobie sprawę, że pacjenci względem niego, jako lekarza, zachowują pewien dystans. On z kolei nie ma czasu, aby dotrzeć do każdego z nich indywidualnie. W porozumieniu ze swoim przełożonym, profesorem Walasem oraz ordynatorem szpitala, profesorem Zimińskim zostaje przyjęty na oddział psychiatryczny, jako zwykły pacjent. Świetnie symuluje schizofrenię i trafia na salę z innymi chorymi. Jednak szybko przekonuje się, że z chorobą psychiczną każdy pacjent jest osamotniony. Nikt się nikomu nie zwierza, nie nawiązuje kontaktów, nikomu nie ufa. Często zdarzają się pacjenci agresywni. Zniechęcony postanawia więc jak najszybciej przerwać eksperyment. Niestety ordynator Zimiński właśnie zmarł, a doktor Walas niespodziewanie wyjechał na długi zagraniczny kontrakt. Andrzej próbuje tłumaczyć, że tak naprawdę jest lekarzem i jest na oddziale z własnej woli, ma prawo wyjść, kiedy mu się podoba i nikt nie ma prawa go zatrzymać wbrew jego woli. Ale w historii choroby wyraźnie stoi, że jest schizofrenikiem... Tylko dwie gwiazdki, ponieważ sztuka teatralna jest o wiele lepsza i swego czasu głęboko zapadła mi w pamięć.
Na początku książka mnie wciągnęła i zaciekawiła, ale końcówka była dla mnie trochę niezrozumiała. Wiem, że wynikała z faktu, iż lekarz faktycznie stał się prawdziwym pacjentem, ale trochę mnie przytłoczyła. Co najbardziej szokujące- jest to historia oparta na faktach. Wiele mi rozjaśniła i chociaż eksperyment nie powiódł się całkowicie po myśli lekarza to myślę, że naprawdę sporo można z niego wyciągnąć. Myślę, że jak przyjdzie czas, aby odwiedzić na studiach oddział psychiatryczny moje spojrzenie będzie nieco inne od tego, które miałam przed zapoznaniem się z tą książką.