„Przecież nie muszę brać narkotyków. Biorę, bo tak mi się podoba. Mogę przerwać w każdej chwili.”
Pierwsza część pamiętnika zawierająca opis stopniowego pogrążania się w uzależnieniu jest najmocniejszą stroną tej książki. Dzień po dniu możemy obserwować, jak narkotyki przejmują kontrolę nad życiem autorki, jak umierają jej znajomi ćpuni, a ona mimo to nie jest w stanie przestać brać. Traci powoli wszystko, oddala się od najbliższych, zostaje zmuszona do zmiany szkoły, ucieka z domu, staje się przestępcą. Nawet w ośrodku nie jest w stanie zerwać ze swoim nałogiem i okłamuje ludzi, którzy chcą jej pomóc.
Druga część, która opisuje wychodzenie z nałogu, niestety jest już raczej pseudoartystycznym bełkotem. Nie przemówił do mnie styl tej części, męczyłam się czytając ją. Może faktycznie po odstawieniu narkotyków autorka przeżywała dokładnie tak wyglądającą huśtawkę nastrojów, jednak dla mnie zlało się to wszystko w całość, ciągle przed oczami miałam: „chcę popełnić samobójstwo-przecież ja już nie żyję-nie ma mnie-chcę popełnić samobójstwo”.
Książka wzbudziła we mnie różne emocje, jednak nie zawsze korzystne dla autorki. Nie byłam sobie w stanie wyobrazić jak łatwowiernym i chyba po prostu głupim trzeba być człowiekiem, żeby pozwolić sobie wstrzyknąć nieznaną substancję przez obcego człowieka, poznanego przypadkowo praktycznie na ulicy. Wzorowa uczennica, na pierwszych w życiu wagarach, postanawia zostać ćpunką, innych atrakcji w mieście nie mieli? Wiem, że to może krzywdząca opinia, ale też miałam kiedyś naście lat i siano w głowie, a jednak trochę instynktu samozachowawczego wystarczyło, żeby nie przesadzić z szaleństwami.
Mimo wszystko książka powinna być przestrogą dla młodych ludzi, którym się wydaje, że mogą spróbować, bo „mogą przestać w każdej chwili”.
4/10