Był idealnym przyjacielem. A potem idealnym wrogiem.
McKenzie Connor i Cody Evans przyjaźnili się praktycznie od zawsze. Wiedzieli o sobie wszystko. Wydawało się, że to przyjaźń na całe życie, jednak szybko okazało się, że może stać się czymś zupełnie innym.
Los wystawił ich na próbę, w której się nie sprawdzili, a ich bliskość zmieniła się w nienawiść. McKenzie nie rozpoznawała już Cody’ego, którego tak bardzo lubiła, może nawet kochała. Z przyjaciela zmienił się w jej wroga.
Jednak dziewczyna jest pewna, że gdzieś w środku zamkniętego w sobie chłopaka, szkolnej gwiazdy i kogoś zachowującego się jakby jej nienawidził, jest ten sam, znany jej od lat Cody. A ona musi mu to tylko uświadomić.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej piętnastego roku życia.
Historia, która bardzo mi pomogła w najtrudniejszych momentach. Bohaterowie, którzy skradli moje serce.
McKenzie po latach w chorobie wraca do w miarę normalnego życia. Jednak jej życie nie wygląda tak, jak pare lat temu. Strata najlepszego przyjaciela, który teraz stał się jej wrogiem jest cięższa, niż można się było spodziewać. Cody to chłopak, który przeszedł naprawdę wiele w całej historii. Popularny chłopak, który jest inny niż wszyscy książkowi popularsi. Tocząca się między nimi wojna musi zostać wstrzymana, przez to, że są „zmuszeni” spędzać ze sobą więcej czasu.
Kocham tą historie całą sobą. Bohaterów, pióro autorki, ich historie. Nie powiem, był płacz i łzy, ale większość momentów to śmiech, czasami gniew i miłość. Może wam się wydawać, że z początku historia idziecie szybko, ale nie przestańcie czytać po 100 stronach bo powiem wam, że pot cała akcja się zaczyna.
Jest to slow burn, a więc nie nastawiamy się a miłość po pierwszych stronach. Ich nienawiść też nie była czystą nienawiścią, co bardzo mi się podobało, pokazując tym realność sytuacji, w jakiej sie znajdowali. Jak dla mnie, 512 stron to za mało haha JA POTRZEBUJE WIĘCEJ! Ale niestety, będzie tylko jeden tom.
Pióro autorki, styl i to, jak pokazuje nam ich historie jest moją ulubioną częścią tej książki. Jest to debiut Sandry, z której jestem niezwykle dumna. Dokonała naprawdę wiele, i mam nadzieje że to nie jest ostatnia książka którą wyda! Wykreowanie głównych bohaterów jest świetne! Znamy dokładnie ich emocje i przeszłość.
Moje aniołki są do ogromnego polecenia, bo książka jest świetna🤍
Od momentu przeczytania opisu “Perfect Enemy” poczułam się bardzo zaintrygowana tą książką. Byłam niezmiernie ciekawa, o czym będzie ona opowiadać oraz jak autorka poradziła sobie z tematyką, jaką zawarła w tej powieści.
Na początku chciałabym zaznaczyć, że książka porusza wiele trudnych i ważnych tematów, takich jak zaburzenia odżywiania, nękanie w szkole oraz samookaleczanie. Problemy te zostały, według mnie rozwinięte znakomicie. Bardzo spodobał mi się sposób, w jaki Sandra pokazała uczucia i historię bohaterów, którzy doświadczyli tych trudności. Również przedstawienie tego, jak warto, a nawet trzeba, zachowywać się w stosunku do tych osób. Książka zawiera temat utraty bliskich, z którym autorka, także bardzo dobrze sobie poradziła. Żaden z poruszonych problemów nie został pominięty, co niezmiernie doceniam.
Podczas czytania tej książki przywiązałam się do bohaterów na tyle, aby przeżywać wraz z nimi różne emocje, począwszy od śmiechu i radości, aż do smutku i łez. Nie będę jednak ukrywać, że niektóre zachowania postaci były według mnie nielogiczne i wręcz męczące dla czytelnika.
Zaczynając od głównej bohaterki, czyli McKenzie, spodobał mi się sposób w jaki została przedstawiona sama jej historia. Dziewczyny z problemami samoakceptacji oraz z zaburzeniami odżywiania niestety w tych czasach możemy spotkać coraz częściej. Jak wspominałam wcześniej, temat ten został dobrze rozwinięty i przedstawiony w bardzo naturalny sposób, co uważam za wielki plus. Jednak zachowania McKenzie, choć niektóre można by było wytłumaczyć jej przeżyciami, momentami bardzo ciężko mi się czytało. Rozumiem, że jest jest młoda i po wielu przejściach, ale miałam wrażenie, że mogłaby się obrazić o każdą najmniejszą rzecz. Mimo tego miała swój charakter i w ważnych sytuacjach postępowała rozsądnie.
Wielkim plusem, jaki Sandra zawarła w tej książce, jest pokazanie, że chłopcy bez względu na wiek też mają uczucia. Idealnym tego przykładem jest Cody Evans, który choć mogłoby się wydawać, że jest bezuczuciową “szkolną gwiazdą”, to tak naprawdę potrafi pokazać swoje emocje, nawet te nieszczęśliwe. I choć jego postać poruszyła moje serce na tyle, że podczas opisu jego przeszłości popłakałam się, to również miał kilka minusów, o których chciałabym wspomnieć. Tak jak i w przypadku McKenzie, Evans również momentami zachowywał się irracjonalnie, co powodowało że trudniej było mi czytać niektóre fragmenty. Ta dwójka bohaterów potrafiła nie odzywać się do siebie przez długi okres czasu z powodu niewielkiej kłótni i nagle godzić się, zapominając o tym co było. I tak w kółko…
Niestety to nie jedyne osoby, u których dostrzegłam zachowania, które mi nie odpowiadały. Mam wrażenie, że dużo postaci została przedstawiona jako ta “zła”. Mimo, iż początkowo kogoś polubiłam, to później zdarzały się sytuacje, przez które wręcz zaczynałam go nienawidzieć. Ciężko było znaleźć kogoś, kogo lubiłabym tak samo od początku do końca.
W przypadku akcji w książce, również było parę niejasności. Niektóre sytuacje działy się bardzo szybko, inne wręcz się ciągnęły - czasami niepotrzebnie. Choć zamysł był naprawdę dobry, a większość sytuacji przyjemnych i dobrze poprowadzonych, to były też i takie, które były zbyt chaotyczne, szczególnie w środku książki. Niemniej jednak, całość czytało się w porządku i mimo tych mankamentów, książka sama w sobie sprawiała rozrywkę i możliwość oderwania od rzeczywistości.
Wielkim plusem jest również styl pisania autorki, który należy do tych przyjemnych i prostych. Sprawia on, że treść czyta się całkiem szybko, co jak na objętość książki jest bardzo pomocne. Humoru w powieści również nie zabrakło, co osobiście bardzo cenię. Jak na debiut Sandry, uważam że mimo wszystko poradziła sobie dobrze.
zawiodłam się. liczyłam, że będzie to naprawdę fajne patrząc, że motywem przewodzącym jest friends to enemies to lovers. I tu jest problem bo enemies byli może z 50 stron, a dojście do lovers im zajęło no bardzo długo.
This entire review has been hidden because of spoilers.
to było takie... nijakie. nie znalazłam tu nic co mogłoby mi się spodobać albo w jakimś stopniu zapunktować u mnie. fabuła płytka i dość schematyczna chociaż odznacza się oryginalnością relacji pomiędzy bohaterami. enemines skończyło się po 50 stronach a lovers zaczęło 50 stron od końca.
spojler! główny bohater po tym jak spalił mu się dom, matka i siostra przejmował się mniej więcej tydzień a potem wrócił do normalnego funkcjonowania.
McKenzie Connor w dzieciństwie przyjaźniła się z Codym - jej sąsiadem. Chłopak opuścił ją w najtrudniejszym monecie jej życia, ponieważ nie mógł zrozumieć, jak coś tak strasznego może dziać się z jego ukochaną Mac. Od tamtego dnia ta dwójka szczerze się nienawidzi, na każdym kroku utrudniają sobie życie i rzucają obraźliwe odzywki. Jednak to właśnie do niego odzywa się McKenzie, kiedy podczas nieobecności jej brata w domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Ta jedna rozmowa już na zawsze zmieni ich relację, jednak czy na pewno to dobrze?
Jaka ta historia była cudowna!! Jest to pierwsza książka Sandry, jednak jej styl pisania jest naprawdę przyjemny. Muszę przyznać, że po przeczytaniu pierwszych trzydziestu stron trochę w to wątpiłam, akcja działa się strasznie szybko i przypominała trochę plan wydarzeń, lecz nie zniechęcajcie się! Teraz już wiem, że to tylko wstęp do całej historii i wtajemniczenie nas w codzienność rodziny Connor.
Uwielbiam te zwroty akcji, to niezwykłe, jak szybko autorka zmieniła bieg wydarzeń za pomocą jednego, krótkiego wydarzenia. Rzeczywiście nie spodziewałam się ani jednej z rzeczy, które przytrafiły się głównym bohaterom.
Bardzo dobrze czytało mi się o relacji tej dwójki. Bohaterowie rzeczywiście się nie lubili, co dało się odczuć niemal na każdej stronie książki, ich uczucia nie były naciągane, lecz prawdziwe do samego końca. Odczucia z przeszłości również miały tutaj wielkie znaczenie, nie odeszły zupełnie w niepamięć, lecz z każdym wydarzeniem przypominały Mac i Cody'iemu o tym, co kiedyś ich połączyło. Obie postacie są autentyczne, choć miałam lekki problem z zaakceptowaniem Mac. Przez pewną cześć historii irytowała mnie swoim niezdecydowaniem i trudnością w tworzeniu stałych opinii na czyjś temat, jednak zmieniłam zdanie pod koniec powieści.
Ta historia idealnie nadaje się na trwające wakacje. Porusza wiele trudnych tematów takie jak: żałoba, strata, zaburzenia odżywiania, przemoc, więc jeśli żaden z nich was nie przeraża, polecam zainteresować się tym tytułem.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Byłam naprawdę bardzo ciekawa tej książki. W końcu dostajemy tu jednotomówkę, motyw friends to enemies to lovers, slow burn... wszystko co uwielbiam🤭
Przyznam, że w pierwszej połowie książki, nie mogłam się wogóle wczuć w jej fabułę. Natomiast druga połowa zdecydowanie była dla mnie ciekawsza i w moich oczach poprostu lepsza.
Nasi główni bohaterowie - McKenzie i Cody - zostali dobrze wykreowani, ponieważ mają swoje konkretne cechy, które możemy bez problemu zauważyć podczas czytania. Niestety nie polubiłam się z tymi postaciami. Chwilami dało się ich polubić, ale zaraz potem były takie momenty, w których ich zachowanie mnie irytowało i zniechęcało do nich. Było również wiele momentów, czy też dialogów do których miałam poprostu mieszane odczucia, a chwilami miałam wrażenie, że niektóre były poprostu nie potrzebne.
Co ważne, w książce został poruszony temat zaburzeń odżywiania, z którym zmagała sie nasza główna bohaterka. Jest to bardzo istotny temat, który moim zdaniem został dobrze przedstawiony i wyjaśniony przez autorkę, w szczególności przy opisywanych wspomnieniach McKenzie.
"Perfect Enemy" jest mimo wszystko książką, po którą warto sięgnąć, by samemu przekonać się, czy trafi w wasze gusta czytelnicze.
Sam styl pisania autorki mi się naprawdę podobał, jest lekki i przyjemny. Mam nadzieję, że to pierwsza i nie ostatnia książka Sandry i jeśli jeszcze się jakaś pojawi, napewno po nią sięgnę🫶
Zaczynając czytać PE, byłam nastawiona bardzo 𝗽𝗼𝘇𝘆𝘁𝘆𝘄𝗻𝗶𝗲; super cytaty, wiele osób wyczekujących premiery czy najzwyczajniej w świecie, przemiła autorka. Niestety, już od samego początku napotykałam pewne wady, które obniżały moją ocenę.
Pierwszym elementem, który rzucił mi się najbardziej w oczy, był 𝗿𝗼𝘇𝘄𝗼́𝗷 𝗿𝗲𝗹𝗮𝗰𝗷𝗶 naszych bohaterów. Z wątków jakie podało m.in. wydawnictwo wynika, że jest to friends to enemies to lovers. Szczerze, nie potrafię określić kiedy byli enemies, bo zwykle ze sobą nawet nie rozmawiali. Jeśli miałabym już wskazać jak ja wiedzę ta relacje to wyglądałoby to tak: pierwsze 50 stron - enemies, potem na chwile friends, później trochę enemies i znowu na chwile friends. I tak w kółko.
Nie schodząc z tematu bohaterów, starałam się odnaleźć chociaż jednego, który będzie godny mojej sympatii. Z przykrością stwierdzam, że gdy tylko któregoś polubiłam, po kilku stronach robił coś czego 𝗻𝗶𝗲 𝗽𝗼𝘁𝗿𝗮𝗳𝗶ł𝗮𝗺 zrozumieć.
Poza zmianami bohaterów, niemiłosiernie denerwowały mnie ich decyzje. Większość z nich była już 𝗱𝗼𝗿𝗼𝘀ł𝗮, a odniosłam wrażenie jakby mieli po 𝘁𝗿𝘇𝘆𝗻𝗮𝘀́𝗰𝗶𝗲 lat.
Znalazłam kilka interesujących wątków, jednak nie wiedzieć dlaczego, w pewnym momencie każdy został jakby 𝘂𝗰𝗶𝗲̨𝘁𝘆 i 𝘇𝗮𝗽𝗼𝗺𝗻𝗶𝗮𝗻𝘆, by powrócić na chwile po 𝗸𝗶𝗹𝗸𝘂𝗱𝘇𝗶𝗲𝘀𝗶𝗲̨𝗰𝗶𝘂 stronach. Tak samo działo się z bohaterami; Jacob, tata głównych bohaterów, Maria - magle zniknęli, a ja zapomniałam o ich istnieniu.
Z całej książki najbardziej do gustu przypadły mi 𝗼𝗽𝗶𝘀𝘆 𝘂𝗰𝘇𝘂𝗰́ bohaterów. Ich smutne przeżycia mogą dać wiele do myślenia i na pewno pomogą nie jednej osobie zrozumieć czyjeś położenie.
Niesamowita historia opowiadająca o wielu problemach dzisiejszego młodzieżowego świata. Relacja bohaterów może i jest przewidywalna, jednak okoliczności, które temu towarzyszą są dość orginalne. Jest to jedna z tych książek, z którymi niektórzy utożsamią się znacznie bardziej ze względu na poruszone wątki. Podczas czytania tej cudownej opowieści odczuwa się wiele emocji. Myślę że pomogła ona podejść mi do niektórych rzeczy trochę innaczej niż dotychczas. 4,80⭐(jednak czegoś zabrakło do tego ideału)
"Perfect Enemy" to książka, która wiele mi uświadomiła, stała się moim bezpiecznym miejscem, do którego mogę wrócić w każdym momencie. Jestem w niej zakochana i już zawsze będzie dla mnie ważna i znajdzie miejsce w moim sercu. Historia Mac i Cody'ego wiele mi uświadomiła i w wielu aspektach się z nią utożsamiam. Nie wiem czy jestem w stanie opisać emocje, które odczułam podczas czytania, bo musiałabym wypisać tutaj każdą emocję jaka istnieje. Naprawdę. Odczułam dosłownie wszystko. Śmiałam się, krzyczałam ze szczęścia lub smutku, płakałam, no dosłownie robiłam wszystko i mam nadzieję, że ta książka poruszy was równie mocno jak mnie.
Książka porusza ciężkie tematy, takie jak zaburzenia odżywiania, myśli samobójcze, utrata bliskich i wiele innych przez co jest nieodpowiednia dla osób poniżej 15-tego roku życia.
MacKenzie Connor. Bohaterka, której historia złamała mi serce, bo gdy dowiedziałam się co dokładnie działo się w jej przeszłości, to czułam się jakbym czytała swój pamiętnik. Czułam się jakbym znów przeżywała wszystko na nowo i postać Mac jest jedną z najważniejszych rzeczy, z którymi się utożsamiam. Niektóre decyzje lub po prostu sytuacje wyprowadzone przez nią były głupie, ale nie ma co się jej dziwić gdy nie miała kontaktu z większą grupą ludzi od dłuższego czasu. Niektórzy mogą uważać, że jest ona odrobinę dziecinna, ale nie mogę się z wami zgodzić. Nie możecie obwiniać jej o to, że czasami nie wie jak zachować się w danej sytuacji, bo nie miała kontaktów międzyludzkich przez pewien czas przez co ciężko jej jest się wpasować w niektóre sytuacje, które dla nas mogą wydawać się normalne - ale dla niej totalnie nowe i inne.
Cody Evans. Każdy postrzega go jako typowego chłopaka, który owija sobie dziewczyny wokół palca, a później je zostawia. Jeśli tak o nim sądzicie - jesteście w ogromnym błędzie. To jakim słodziakiem jest ten chłopak to jest niewyobrażalne. Dla swojej mamy i siostry mógłby poświęcić wszystko bez mrugnięcia okiem. To ile on przeszedł w swoim życiu i nadal się nie poddawał, chociaż było mu ogromnie ciężko, jest niewyobrażalne. Tragedia, która go dotknęła zmieniła jego życie i jego samego. Nie był już tą samą osobą co wcześniej co jest w pełni zrozumiałe. Z jego postacią również się utożsamiam, ale w trochę innym aspekcie niż z Mac. Z Mac utożsamiam się z jej przeszłością, a z Cody'm - z jego teraźniejszością i z jego myślami, które miewał w niektórych momentach. Sandra postacią Cody'ego pokazała mi, że człowiek jest w stanie ukryć ogromnie wiele nakładając przeróżne maski. Pokazała mi, że Cody będąc w najgorszym momencie swojego życia - nie poddał się i starał się żyć dalej przez co ja też nie chcę się poddać i chcę żyć dalej.
Relacja Cody'ego i Mac jest pokręcona. Pamiętajcie o tym, że jest to slow burn, więc aby coś się wydarzyło - musicie troszkę poczekać, ale uwierzcie mi - będzie warto. Ich relacja przechodzi wiele etapów i jedyne co idealnie to opisuje to, że raz jest lepiej i raz jest gorzej. Muszą wiele przepracować i wiele przegadać żeby w końcu się dogadać, ale pokazuje to tylko tyle, że ich relacja jest budowana na prawdziwych uczuciach i mimo, że powoli to cudownie się czyta o tym jak dzień po dniu uświadamiają sobie coraz więcej.
Postacie drugoplanowe są wykreowane idealnie. Każda z nich ma jakieś znaczenie w tej historii i gdyby którejś nie było to czegoś by zabrakło. Każda osoba poznana w naszym życiu ma na nas wpływ. Każda przyjaźń, bądź znajomość czegoś nas uczy i pokazuje nam jacy są i jacy mogą być ludzie. Relacje między bohaterami pierwszo i drugoplanowymi są bardzo ważne w tej książce, bo bez nich niektóre zachowania bohaterów nie miałyby wyjaśnienia i zastanawialibyście się dlaczego niektórzy z nich są tacy, a nie inni. Odpowiedź: przez wpływ innych.
W książce dzieje się wiele. Nie będziecie mogli oderwać się od czytania, bo ze strony na stronę będzie działo się tylko coraz więcej. To jak te wątki są poprowadzone i opisane to jedna z tych rzeczy, które urzekły mnie w książce. Dla niektórych może dziać się za dużo, ale moim zdaniem jest idealnie. Wszystko co miało zostać rozwiązane - zostało rozwiązane i każdy wątek jest doprowadzony do końca.
Ogromnym plusem jest ogromnie przyjemne pióro Sandry i to jak płynie się przez tą książkę. Mimo, że jest długa, bo ma ponad 500 stron, to dialogi i opisy, które są dosłownie idealnej długości i nie są ciężkie w czytaniu pozwalają przepłynąć przez tą książkę. Mam nadzieję, że w jakimkolwiek stopniu zachęciłam was do sięgnięcia po to cudo. zakochacie się w tej historii tak mocno jak zrobiłam to ja i będziecie mogli znaleźć w niej cząstkę siebie - nieważne pod jaką postacią, a z mojej strony zostanie tylko jedna rzecz.
Jestem rozczarowana. Nie ukrywam, że od samego początku miałam wysokie wymagania co do tej książki i to mnie chyba zgubiło. Gdy zaczęłam czytać pierwsze rozdziały, uświadomiłam sobie dwa bardzo ważne fakty. Pierwszy jest taki, że czytałam to kiedys na wattpadzie. Drugi to to, że nie skończyłam nawet chyba połowy, bo mi się nie podobało. Nie miałam zielonego pojęcia, że to jest właśnie ta książki.
Główną rzeczą, która najbardziej mi przeszkadzała było to, że podczas czytania miałam wrażenie jakby cała książki składała się tylko j wyłącznie z jakiś randomowych momentów. Po kolei. Żadnej innej fabuły pomiędzy nimi. Nie mam zielonego pojęcia czy rozumiecie o co mi chodzi, ale wydaje mi się, że jakbyście przeczytali to byście zobaczyli sami. Miałam wrażenie jakby autorka starała się po prostu troszkę na siła, upchnąć jak najwiecej motywów.
Główna bohaterka jest okropnie irytująca i wkurzająca, a główny bohater to się chyba z choinki urwał, bo jego decyzje wyglądają jakby je wylosował na kole fortuny u Friza. To nawet nie tylko on, a większość bohaterów. Najpierw mówią jedno, a dosłownie sekundę później robią coś co absolutnie ten zaprzecza.. Jakbym miała być szczerzą, to w sumie wszyscy mnie w tej książce wkurzali.
Kompletnie nie widzę relacji między głównymi bohaterami. Zacznijmy w ogóle od tego, że jest to slow-burn przepleciony z masą bezsensownych i kompletnie nie potrzebnych pierduł, które nie wiem w ogóle z jakiej beczki się tam wzięły. Ale to pomińmy. Jakby w ogóle nie widziałam tego, żeby było opisane jak ta ich relacja, miłości czy co to tam jest powstaje. Dosłownie raz byli „wrogami”, a może dwa rozdziały później się kochali na zabój. Tak samo ich pierwszy pocałunek. Miałam wrażenie, że było to tak bardzo randomowe. Albo nie wiem relacja Cody’ego z byłą dziewczyną. Niektóre sytuacje były tak bardzo nie potrzebne.
Zdaje sobie sprawę, że dość krytycznie oceniłam tę książkę, ale no naprawdę nie było dla mnie to nic dobrego, nowego ani przydatnego. Ale jak najbardziej nie zniechęcam was do czytania jej. Jest to tylko moja opinia, którą możecie mieć głęboko gdzieś. Czasem warto przeczytać takie książki, które nie do końca nam się spodobają. Wiele to uczy i pokazuje. W każdym bądź razie mam nadzieje na to, że jeśli wy zdecydujecie się przeczytać „Perfect Enemy”, to przypadnie wam ta historia do gustu.
gdyby nie to że jestem chora pewnie nie przeczytała bym jej dzisiaj bo momentami to była tragedia. -główna bohaterka często mnie wkurzała -na początku akcja strasznie chaotyczna, że nie mogłam się połapać -za dużo ciężkich wątków (zwłaszcza że to debiut autorki)przez co niektóre z nich zostały pobieżnie potraktowane i trochę olane moim zdaniem -ta postać wprowadzona na koniec wydaje się że pojawiła się tylko dlatego "zeby była" bo jej obecność tam mogła zostać zastąpiona jakimkolwiek już istniejącym kolegą Evansa bo żadnej z nich nie miał "duszy" byli po prostu płytcy -klasyczny motyw, gdzie jedno wprowadza się do drugiego, rodzice wyjeżdżają często na delegacje -postacie takie jak Diana, Tayler, Mike zostały moim zdaniem źle poprowadzone, a mogłyby dużo dać a resztę "przyjaciół" można by było wywalić z książki +Evans nie jest typem który rucha co popadnie +Mac ma trochę oleju w głowie (trochę) +szybko się czyta
podsumowując: książka jest często przewidywalna, płytka i niedopracowana tak jak większość jej bohaterów, ale szybko się ją czyta i jako jedna z nielicznych nie ma męskiego bohatera który rucha co popadnie i jest toksykiem w chuj więc 2,5/5 ⭐
"Perfect enemy" to książka, która nie do końca sprostała moim wymaganiom, a którą mimo jej długości czytało mi się całkiem przyjemnie.
Elementem, który od razu rzucił mi się w oczy, była pewna chaotyczność akcji. Przez książkę przewinęło się naprawdę wiele wątków, a co za tym idzie postaci. I poniekąd był to plus — nie było chwili, abym się nudziła. Jednak niestety momentami czułam, że wiele sytuacji następuje po sobie zbyt szybko, przez co trudno było mi wczuć się w akcję.
W przypadku kreacji głównych bohaterów ta naprawdę mi się spodobała. Muszę przyznać, że bardziej niż postaci Mac, do gustu przypadło mu rozbudowanie charakteru Cody'ego. Te wszystkie trudne emocje, to, co ludzie mówili na jego temat i przeszłość, która ciągnęła się za nim bardzo długo, to elementy, które bez wątpienia wybrzmiały, sprawiając, że moja sympatia do Evansa jedynie wzrastała. Ponadto ujął mnie rozwój jego charakteru — jak z chłopaka, który wdawał się w bójki i nie szczędził sobie wielu ostrych słów, powoli otwierał się na emocje, zdając sobie sprawę, że nie ma nic złego w daniu im upustu poprzez rozmowę czy wypłakanie się. Jeśli chodzi o McKenzie, odebrałam ją jako ciepłą, wspierającą, a momentami nieco naiwną. Jej trudna przeszłość również została ciekawie opisana. Natomiast mówiąc o postaciach drugoplanowych, te również mnie nie zawiodły, a nawet niejednokrotnie zaskoczyły.
Elementem, który chyba najbardziej nie przypadł mi do gustu, był sam rozwój relacji głównych bohaterów. Nastawiałam się, że wszystko będzie działo się stopniowo (szczególnie ze względu na długość książki). Jednak kiedy Mac i Cody z wrogów tak szybko i łatwo stali się przyjaciółmi, poczułam pewien niedosyt. Natomiast jeśli chodzi o rosnące między nimi uczucia, również odczułam, że rozwinęły się one dość nagle. Niemniej jednak sama przyjaźń Mac i Cody'ego bardzo mi się spodobała.
Styl pisania autorki przypadł mi do gustu, sprawiając, że książkę czytało mi się całkiem szybko i przyjemnie. Były momenty, które potrafiły mnie rozbawić i te, które potrafiły mnie poruszyć. Jedynym drobnym minusem okazały się pojawiające się od czasu do czasu powtórzenia, lecz absolutnie nie przeszkadzały one w odbiorze tekstu.
Podsumowując, "Perfect enemy" to powieść, którą czytało mi się całkiem przyjemnie, a której pewne elementy niestety nie przypadły mi do gustu tak, jakbym tego chciała. Warto mieć na uwadze, że książka porusza kwestie zaburzeń odżywiania oraz straty bliskich (dlatego jeśli ktoś nie czuje się z nimi dobrze — nie należy zmuszać się do czytania!).
"- Wyglądasz cudnie - wyszeptał tuż przy moim uchu. - Nie żeby na co dzień było inaczej.”
Pierwszy raz o tej książce usłyszałam dzięki patronkom. Po nich bardzo byłam ciekawa tej pozycji. Jednak podchodziłam do niej bez dużych oczekiwań. I jak mam być szczera to nie jestem zawiedziona.
McKenzie Connor i Cody Evans przyjaźnili się praktycznie od bardzo dawna. Wiedzieli o sobie wszystko i można byłoby pomyśleć, że to jedna z tych przyjaźni na całe życie i nic nie jest w stanie jej zniszczyć. Niestety nie zawsze to co uważamy za trwałe takie właśnie jest. O tym przekonali się nasi główni bohaterowie.
Teraz zamiar przyjaźni oraz ciepłych uczuć względem siebie pojawiła się nienawiść oraz niechęć do samych siebie. A przecież kiedyś tak wiele ich łączyło.
McKenzie mimo wszystko wierzy, że ten zamknięty w sobie chłopak, który jest szkolną gwiazdą i popularną osobą nadal jest jej Codym, hej najlepszym przyjacielem.
Co mogę powiedzieć. Bardzo podobało mi się to w jaki sposób autorka wykreowała głównych bohaterów. Podobało mi się to, że nie byli przedstawieni jako ci idealni bez skaz. Byli tacy jak my i również popełniali błędy i uczyli się na nich.
McKenzie polubiłam od razu. Była to bohaterka, która zmagała się z pewnym problemem z którym chciała walczyć.
Connor to bohater, który na początku książki mnie irytował, ale podczas kontynuowania czytania zmieniłam do niego nastawienie i jego również polubiłam.
Na moją uwagę również zasługuje brat głównej bohaterki. Polubiłam go za to, że starał się dbać o dobro swojej siostry.
Podobało mi się to, że stopniowo dowiadywaliśmy się o ich przeszłości i co takiego się wydarzyło, że ich drogi się rozeszły. Dużym plusem dla mnie jako czytelniczki było to, że stopniowo ich relacja ulegała zmianie. Była wyczuwalna nienawiść, ale z każdą kolejną stroną ich wzajemne nastawienie ulegało zmianie.
Postacie drugoplanowe zostały wykreowane w świetny sposób.
Podczas czytania tej książki bardzo dobrze się bawiłam. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny i lekki. Nie nudziłam się podczas jej czytania.
Małym minusem jest to, że czasem gubiłam się podczas czytania. Miałam wrażenie, że akcja w pewnym momencie została ucięta i nie była dalej kontynuowana.
Zdecydowanie jest to #slowburn i to w dodatku w jednotomowej książce. Akcja na początku bardzo mi się podobała. Dostaliśmy wątek enemies to lovers, ale i też nie do końca, bo główni bohaterowie byli kiedyś dla siebie bardzo bliscy.
Sama nienawiść między bohaterami była widoczna i spowodowana sytuacją z przeszłości. Cody i McKenzie byli kiedyś bardzo bliskimi przyjaciółmi, jednak wydarzyło się coś, co ich poróżniło i bardzo duży wpływ miał na to stan zdrowia dziewczyny. W książce poruszany jest temat zaburzeń odżywiania i mamy tam poniekąd nakreśloną sytuację, znajdują się tam również wspomnienia McKenzie Connor, co daje nam widok na chorobę, z jaką zmagała się dziewczyna.
Cody Evans to również bohater z problemami tylko, że zgoła innymi. W momencie, gdzie wydawać by się mogło, że akcja idzie do przodu, w jego życiu następuje tragedia i tak naprawdę mam wrażenie, że od tego momentu możemy zaobserwować przemianę tego bohatera. Również stosunki z byłą przyjaciółką ulegają poprawie, ale czy do końca? Powiem tak, nie jest łatwo ignorować się, gdy mieszka się praktycznie obok siebie.
Momentami miałam wrażenie, że ich przepychanki słowne prowadzą do nikąd i biorą się nie wiadomo skąd. Nie przekreślam jednak całości, bo w ocenie ogólnej książka mi się podobała. Była dla mnie cegiełką, którą przyjemnie mi się czytało, mimo kilku niuansów i sytuacji, przez które ciężko mi było przebrnąć.
Autorka miała wizję swojej książki i ją zrealizowała, ale moim zdaniem nie wszystko do końca przemyślała, bo w niektórych wątkach brakuje logiki. Nie mniej jednak książka zasługuje na uwagę, bo nie miałam czegoś takiego, że chce ją odłożyć i zapomnieć. Wręcz przeciwnie, do samego końca przeczytałam i nie żałuje, bo bardzo mi się podobała mimo kilku sytuacji, które mnie troszkę odrzuciły.
Uważam, że jeśli tylko będziecie mieli okazję, to sięgnijcie po tę powieść, być może jest to książka, która stu procentowo trafi w wasze gusta. Dla mnie to 3 gwiazdki na 5.
Wcześniej nie mogłam powiedzieć, że z książką łączy mnie motyw: hate-love, aż do spotkania się z „Perfect enemy”.
McKenzie zmaga się z przeszłością, która odbiła na jej psychice duże piętno: brak akceptacji swojego ciała, a to sprawiło, że dziewczyna musiała zmierzyć się z zaburzeniami odżywania. Nie pomagały jej komentarze dziewczyny, z którą spotykał się jej brat, a także były przyjaciel, z którym pokłóciła się, zanim wpadła w chorobę i musiała przejść przez nią bez jego wsparcia.
Trudna przeszłość pozostawia w głowie każdego swoje znaki.
Zdecydowanym plusem tej książki jest poruszony temat zaburzeń odżywania, który nie zniknął w połowie albo w trakcie fabuły, a został naturalnie wprowadzony. Nie wyglądało to w żaden sposób sztucznie, a zachowania czy też myśli Mac względem jedzenia były dla mnie zrozumiałe.
Poza dobrze wprowadzonym tematem zaburzeń odżywania kilka scen sprawiło, że moje serce się delikatnie roztopiło.
Później niestety zostało połamane przez to, jak wyglądały przykładowo kłótnie bohaterów: Mac i Cody’iego. Nie potrafiłam przez nie przejść, dialogi podczas kłótni były dla mnie sztuczne, a same kłótnie brały się czasami moim zdaniem naprawdę nie wiem skąd. Czara goryczy przelała się na 350 stronie, po której zamknęłam na dłuższą chwilę „Perfect enemy”.
Potrzebowałam odpocząć od tej lektury na chwilę, aby móc ją dokończyć. Nie chciałam zostawiać tej książki jako dnf.
Przechodząc dalej do fabuły, którą mogę określić jednym słowem: chaos. Naprawdę. Lubię nieoczekiwane zwroty akcji, bo dobrze rozegrane potrafią wzbudzić w czytelniku ogromną ciekawość, zainteresowanie dalszymi losami bohaterów. W tej książce było tego za dużo, w dodatku odniosłam wrażenie, że autorka nie mogła dobrze sobie poradzić z opisem danej sytuacji i przechodziła od razu do innej, a tego nie czytało się dobrze.
Niestety moje oczekiwania względem tej książki nie zostały spełnione, jednak autorce gratuluję wydania debiutanckiej książki i życzę dalszych sukcesów.
O matko powiedzieć, że było to złe to jak nie powiedzieć nic. Bohaterowie kiedyś byli dla siebie wszystkim. Przyjaciele, którzy teraz się nienawidzą, jednak ciężko jest im z tym ponieważ mieszkają po sąsiedzku a na dodatek ich rodzeństwa chcą widywać się z tym drugim.
Ta książka to zdecydowanie chaos w wielkiej postaci, a sceny były tak bardzo absurdalne , że aż załamywałam ręce nad nią. To już nawet nie chodzi o głównych bohaterów i ich durne i irytujące zachowania, ale o to jak je podejmowali. Randomowo robi nagle coś co kompletnie nie pasowało do tego o czym mówili, a w tym przypadku i myśleli.
Tak bardzo drażnili mnie ci bohaterowie. Po prostu zero konsekwencji. Ich zachowania to był istny cyrk. Odnosiłam wrażenie, że autorka miała listę rzeczy, które muszą się pojawić w tej książce i po prostu je tam wpychała nieudolnie na siłę. Ta książka była tak bardzo nudna, ale też odważyła bym się powiedzieć, że wręcz infantylna.
Nie czułam nic do tych postaci oprócz niechęci. Byli wręcz kartonowi. Mieli ustalone cechy, którymi byli opisani, ale żadnej konsekwencji w tym nie było, przy wyborze jak postąpić.
Ta książka okropne mi się dłużyła. Język był tak prosty, że wypadało to sztucznie i nierealistycznie. Już sam początek to była kupa śmiechu z absurdu tej sytuacji, a czym dalej tym tylko gorzej. Miała ona zawierać moje ulubione książkowe motywy, ale romans z tego był taki, że aż głowa boli. Zero emocji, zero chemii. Zmienność tych uczuć i zachowań to rollercoaster absurdu. Myślałam, że się zakocham a jedyne o czym marzyłam to szybki koniec abym mogła się pozbyć tej pozycji z mojej biblioteczki.
Akcja została przeprowadzona w niektórych momentach trochę w chaotyczny sposób i zabrakło tej ciągłości, jednak mimo wszystko czyta się bardzo przyjemnie. A jest to zasługa lekkiego pióra autorki. Bohaterowie zostali wykreowani w bardzo fajny sposób. Zarówno pierwszoplanowi jak i drugoplanowi czymś się wyróżniali. Główni bohaterowie trochę złego już przeszli w swoim życiu. Sandra wspaniale przedstawiła wszystkie trudności z jakimi się zmagali. Super opisane są ich emocje. Nie zabrakło nam też dobrego humoru, dzięki któremu można było się trochę pośmiać. Jednak również pojawiły się sceny grozy takie jak śmierć bliskich Cody'ego. To był moment, na którym płakałam tak bardzo, że musiałam zrobić przerwę. Podobało mi się to w jaki sposób zmieniała się relacja McKenzie i Cody'ego. To jak ta wyczuwalna nienawiść powoli zmieniała się w przyjaźń. Jednym z bohaterów, który również skradł moje serce swoim zachowaniem jest brat McKenzie. Bardzo podobało mi się jak się o nią troszczył. Dbał by nie stała się jej żadna krzywda. Super bawiłam się podczas czytania tej pozycji, dlatego z całego serca wam ją polecam.
Książka odpowiada o McKenzie i Codym, którzy przyjaźnili się w dzieciństwie, a później przez jedną kłótnie, ich przyjaźń się rozwaliła, a zastąpiła ją nienawiść. Perfect Enemy, była dla mnie książką, do której miałam przeogromne oczekiwania, które nie do końca się spełniły. Może zacznijmy od jej plusów. W tej książce pojawił się jeden z moich ulubionych motywów książkowych, czyli friends to enemies to lovers, więc po przeczytaniu jej opisu stwierdziłam że na pewno będzie to historia, która ocenie na pięć gwiazdek. Sam styl pisania autorki jest bardzo przyjemny i prosty, więc bardzo szybko mi się ją czytało. A jeśli chodzi o rzeczy, które nie podobały mi się to z pewnością mogę powiedzieć że jest to przede wszystkim to, że mimo że książka ma tyle stron, to akcja dzieje się bardzo szybko. Najbardziej zauważyłam to w momencie, kiedy brat głównej bohaterki zaczął spotykać się z jej przyjaciółka. Nie podobał mi się w tej książce również wątek śmierci czy straty. Moim zdaniem powinien być on bardziej rozbudowany. Mimo wszytko, uważam że ta książka zasługuje na większy rozgłos. Do następnego, Zosia 🫶💕
Bawiłam się świetnie czytając historię Mac i Codiego. Nie spodziewałem się zwrotów akcji, które bardziej niż często tu się pojawiały. Uwielbiam za to, że niejednokrotnie mogliśmy poznać myśli chłopaka szczególnie gdy miał najtrudniejszy okres w swoim życiu. To pozwalało na jeszcze dogłębsze zatopienie się w historii. Kilka razy musiałam wracać do poprzednich stron ponieważ trochę nawiązań się znalazło. Co do bohaterów, wydaje mi się że każdy z nich miał nałożoną warstwę masek ( w szczególności głowni bohaterowi), które z każdym nowym rozdziałem opadały, a mi było dane poznać kolejne oblicze bohatera. Jeśli chodzi o ulubionego bohatera. Była to zdecydowanie Lucy, którego wnosiła sporo radości na kartki. Podsumowując bawiłam się świetnie i napewno jeszcze kiedyś sięgnę po ten tytuł.
nie umiem ocenić tej pozycji w skali. podobała mi się, ale czegoś jej brakowało (być może jest to spowodowane moim brakiem chęci do książek w ostatnim czasie!!!) mam wrazenie, że sandra chciała zamieścić w książce wiele wątków, które pojawiły się na krótko – szybko się rozwiązały –i nie było po nich śladu, ale fabuła była dla mnie bardzo chaotyczna. cody i mckenzie w jednym momencie się nienawidzili, w kolejnym przyjaźnili, a w następnym znowu byli dla siebie wrogami 😭 myślę, że kiedy na nowo odnajdę w sobie chęć do czytania, wrócę do tej historii żeby dać jej drugą szansę (najchętniej zaczęłabym ją już teraz, ale to nie zmieni mojej opinii;( ) dodatkowo pojawiało się pełno postaci, które tylko utrudniały losy bohaterom, a później nie było po nich śladu.
2/5 Mocno mi się dłużyła i jest po prostu płytka, tak naprawdę to dzieje się tam wszystko i nic. To znaczy, że poruszono tu sporo wątków, które mogłyby być naprawdę dobre ale zostały po prostu zapomniane lub słabo, ledwo przedstawione. Jak dla mnie jest to książka typu typowy wattpad, a do tego niczym się nie wyróżniająca.
!spoilery! Motyw enemies to lovers… Enemies to oni byli przez pierwsze 50 stron i potem w trakcie książki przez kłótnie, a tak to byli cały czas friends i dopiero pod sam koniec lovers. No nie wiem co o tym sądzić.
Szczerze sam jestem zaskoczony tym, jak bardzo spodobała mi się ta pozycja. Byłem w stosunku do niej dosyć sceptycznie nastawiony co uległo diametralnej zmianie już po pierwszych stronach. Bardzo pozytywnie zaskoczyłem się na tej książce i bardzo gorąco Wam ją polecam. To jest naprawdę cudowna historia, która łapie za serce w dosadny sposób. Podczas czytania przeżyłem ogrom emocji, które do teraz nie chcą ze mnie wyjść. W niektórych momentach musiałem odłożyć książkę aby ochłonąć przez nadmiar emocji. Jeśli chcecie przeżyć coś mocnego to zachęcam do przeczytania, warto.
to cos wiecej niz piec gwiazdek. ja naprawde nie wiem co powiedziec. Sandra stworxyla cudo w kazdym tego slowa znaczeniu. Pokochalam bohaterow i ich historie cala soba i nie wyobrazam sobie nie zrobienia przynajmniej jednego rereadu w przyszlosci. wiecej napisze w recenzji ALE BOZE CZYTAJCIE TO PLS🥹
70% - DNF historia fajna, i w miarę mi się podoba [poza niektórymi minusami jak np. - zero enemies w historii enemies to loversXD], ale jednak dłuży mi się strasznie + czuje ze wprowadza mnie w zastój, a tego nie chceXD pewnie kiedyś do niej wrócę
2,5/5 szczerze to nie wiem jak te książkę ocenić bo ona dosłownie była jak 4 różne książki w jednej… nie wiem niby czytałam gorsze i lepsze ale jakoś dziwnie nie wiem jak to skomentować… trochę mi się podobała i trochę nie