Siedemnastoletnia Madelaine Lily White w ramach międzynarodowej wymiany uczniów wyjeżdża z Wielkiej Brytanii do USA. Rozpoczyna naukę w Bersant Hills – jednym z najlepszych liceów w Los Angeles. To dla dziewczyny ogromna szansa, która pozwoliła jej wyrwać się z toksycznej rodziny zastępczej.
Na miejscu okazuje się, że w końcu los uśmiechnął się do Madelaine. Dziewczyna trafia do bardzo przyjaznej rodziny, dzięki czemu w końcu dowiaduje się, jak to jest mieć wokół siebie ludzi, którym na niej zależy.
Cieniem na tym perfekcyjnym obrazku kładzie się obecność Christiana Aarona Blake – najstarszego syna małżeństwa, które przyjęło ją pod swój dach. Chłopak jest zepsuty do szpiku kości i robi wszystko, by nadzieje dziewczyny stały się płonne.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
“-Powinnaś się cieszyć, bo już nigdy więcej nie zaznasz spokoju, Madelaine. Gwarantuję ci to, wiesz?”
“The Fake Hope” jest debiutancka powieścią Alicji, której nie miałam okazji przeczytać na wattpadzie. Zawsze, jeżeli zaczynam jakąkolwiek książkę o której nic nie słyszałam bądź jest debiutem podchodzę do lektury z czystą i otwartą głową, bez uprzedzeń. Jednakże już od pierwszych stron TFH czułam, że to nie coś z czym się zaprzyjaźnię. Myślę, że sam styl pisania autorki nie trafił do mnie, a wręcz się z nim męczyłam i to strasznie.
Historia Madelaine, która dzięki stypendium otrzymanym przez liceum w Los Angeles może się wyrwać od toksycznej rodziny, trafia do urokliwego domu, w którym mieszka jej przyszły koszmar. Christian, który obiecuje od pierwszych chwil pobytu w jego domu, że obróci jej życie w piekło i istne cierpienie. Chłopak spowoduje, że jej wszystkie nadzieje na szczęście okażą się fikcją i złudzeniem.
Co do bohaterów, Christian od samego początku został wykreowany na stereotypowego bad boya, którym pierwszym i jedynym celem jaki ma od początku poznania dziewczyny, to uprzykrzenie jej życia, zniszczeniem jej ( co powtarzał wielokrotnie, mimo, że za pierwszym razem już zrozumiałam) oraz zranieniem jej. Madelaine nie była wcale lepsza. Ona również irytowała mnie po samym sposobie bycia, zagłębiając się w dziecinną gierkę Christiana. Ich wzajemne docinki, mimo że ją irytował, brnęła w to dalej i chciała zagłębić się w jego duszę.
Relacja głównych bohaterów w żadnym wypadku nie była zdrowa. Kipiała toksycznością. Ich praktycznie każdy moment, w którym rozmawiali zaczynał się od idiotycznych kłótni i wyzwisk na poziomie podstawówki, przecinający egzystencjalnymi refleksje o życiu, tylko po to by za chwilę wrócić do wzajemnego obrażania i wyzywania się. Poruszane tu również były tematy samookaleczenia, myśli samobójczych, które były napisane, w moim odczuciu, źle. Przez sposób przedstawienia tak drażliwych tematów nie mogłam podejść emocjonalnie do problemów, które dotknęły bohaterkę.
Podsumowując, naprawdę się zawiodłam na tej pozycji. Liczyłam, że debiut Alicji Tomczuk będzie udany. Bardzo męczyłam się podczas czytania The Fake Hope. Czuję niesmak i nie jestem przekonana czy sięgnęłabym po kolejną część serii.
Ja naprawdę nie chce jechać po tej książce, bo mam świadomość, że napisała to osoba, która jest tylko człowiekiem i też ma swoje uczucia. Jednakże nie umiem znaleźć tu nic pozytywnego...
‼️‼️‼️ Przed sięgnięciem po tą pozycję zapoznajcie się ostrzeżeniami. Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. ‼️‼️‼️
Nawet nie wiem od czego mam zacząć tą recenzję ponieważ nadal jest we mnie zbyt wiele emocji i siadając do niej mam łzy w oczach i chęć poplakania się ponieważ ta książka jest cudowna i złamała mi ona serce nie raz a kilkanaście.
Wiecie są takie książki, które są czymś więcej niż tylko literkami tuszu a po jej zakończeniu na zawsze w naszym sercu oraz umyśle zostaje ślad.
Nadal nie dociera do mnie, że mam pod swoimi skrzydłami historię Madelaine i Christiana. Ich historia jest dla mnie naprawdę ważna ponieważ utożsamiam się z głównymi bohaterami.
Madelaine to dziewczyna która stanowczo w swoim siedemnastoletnim życiu przeszła zbyt wiele. Nie zasłużyła na to wszystko co ja spotkało. Naprawdę starała się być silna, ale ile można znosić ciosów od życia oraz od bliskich osób, które miały zrobić wszystko aby wspierać nastolatkę w jej marzeniach oraz celach.
Nastolatka dostaje szansę wyjazdu z Wielkiej Brytanii do USA w ramach wymiany uczniowskiej. Dla niej to szansa, aby uwolnić się od toksycznej rodziny zastępczej, która tak naprawdę nigdy nie dbała oto aby Madelaine lepiej się poczuła.
Dziewczyna po przyjeździe do miasta w którym będzie uczęszczała do Bersant Hills jednego z najlepszych liceów w Los Angeles.
Gdy przyjeżdża na miejsce okazuje się, że los wkońcu jej sprzyja i trafia do naprawdę przyjaznej rodziny. Przekonuje się, że są jeszcze na świecie osoby dla których jest ważna i naprawdę interesują się nią i są w stanie ją wspierać.
Niestety nie wszystko jest tak idealne jak się może wydawać. Christian Blake najstarszy syn rodizny do której trafiła. Nie jest idealnym chłopakiem jest to osoba, która jest zepsuta do granic możliwości i zrobi wszystko, aby marzenia nastolatki o udanym życiu i nowym starcie okazały się tylko iluzją.
Uwielbiam sposób w jakim Alicja wykreowała głównych bohaterów. Wiecie nie były to bezbarwne postacie. Miały swoje charaktery, swoją historię, przeszłość, demony z którymi się zmagali. Nie byli idealni bo wciąż są nastolatkami. Jeśli szukacie tutaj zdrowej relacji między postaciami głównymi to niestety w tej książce ich nie znajdziecie.
Madelaine to osoba z którą się utożsamiam bardzo mocno. Gdy czytałam jej myśli oraz to co czuła miałam wrażenie, że to są myśli mnie samej z przeszłości. I to bolało bardzo. Bo tak naprawdę ona nie była niczemu winna po prostu chciała normalnego życia. Niestety los nie był wobec niej zbyt łaskawy.
Christian to bohater, który na pierwszy rzut oka może wydawać się totalnym chamem i osobą, która uważa siebie za niewiadomo kogo. Jednak to nie jest tak, że on miał idealne życie bo nie miał. Przeszłość naprawdę może odcisnąć piętno na przyszłości i czasem po prostu po wielu zdarzeniach wyłączamy emocje stajemy się obojętni na krzywdę innych oraz zimni na uczucia innych.
Czasem łatwiej jest udawać, że pewne rzeczy i sytuacje nie miały miejsca i próbować żyć tak jak wcześniej. Niestety nie zawsze tak się da a przeszłość dopadnie nas czy tego chcemy czy nie.
Relacja głównych bohaterów nie była zdrowa co nie zmienia faktu, że podobał mi się sposób przedstawienia ich relacji oraz to jak z każdą kolejną stroną zmieniali do siebie nastawienie. Jednak jeśli robili dwa kroki do przodu to później cofali się o kolejne trzy. To była bardzo trudna relacja. Czasem jak czytałam pewne sytuacje to miałam łzy w oczach i nie obyło się bez łez.
Bolała mnie ta książka. Ta historia była tak prawdziwa. Pokazała, że nie zawsze życie jest kolorowe. Są też momenty w których po ludzku mamy dość i chcemy się odciąć od uczuć i emocji.
Pokochałam tą książkę całym swoim sercem. Kocham głównych bohaterów. Są moimi słoneczkami. Nie raz miałam ochotę ich przytulić i zabrać ich ból.
Nie mogę zapomnieć o mamie Christiana ta kobieta była przecudowna. Polubiłam ja od pierwszych stron. Postacie drugoplanowe zostały wykreowane w naprawdę geniamy sposób.
Styl pisania autorki jest przecudowny. Jestem nim oczarowana. Jest lekki i przyjemny.
Ta książka to moja osobista nadzieja na to, że nie ważne jak źle jest w życiu. Dopóki wierzymy w zmianę oraz lepsze życie jesteśmy na zwycięskiej pozycji. Ta książka to moja definicja domu. Bezpiecznej przystani do której mogę się udać kiedy źle się poczuje.
Ta książka jest czymś więcej niż tylko 5/5 i 10/10. Ta historia jest już zawsze dla mnie niesamowicie ważna.
Po negatywnych opiniach myślałam, że książka będzie o wiele gorsza, a pozytywnie się zaskoczyłam i już nie mogę się doczekać, aż przeczytam kolejną część
𝑇𝘩𝑒 𝐹𝑎𝑘𝑒 𝐻𝑜𝑝𝑒 to książka, którą ja sama bardzo mocno wyczekiwałam. Opis tej książki bardzo mnie zaciekawił, a fragmenty jakie pozostawiały nam patronki, jeszcze bardziej wzmagały moje zainteresowanie tą pozycją. Czy zatem ta książka mi się spodobała? Tego dowiecie się w tej recenzji, lecz przed tym chciałabym wam trochę opowiedzieć o fabule.
Siedemnastoletnia Madeline w ramach wymiany uczniowskiej wyjeżdża z Wielkiej Brytanii do USA. Rozpoczyna ona naukę w jednym z najlepszych liceów w Los Angeles. Ta wymiana to dla dziewczyny ogromna szansa, która pozwoliła jej się wyrwać z toksycznej rodziny zastępczej. Na miejscu okazuję się, że los się do niej uśmiechnął i dziewczyna trafia do bardzo przyjaznej rodziny, dzięki czemu w końcu dowiaduje się, jak to jest mieć wokół siebie ludzi, którym na niej zależy. Niestety nie mogło być zbyt idealnie i cieniem na tym jakże pięknym obrazku staje się Christian Blake, czyli najstarszy syn małżeństwa, które przyjęło Madeline pod swój dach. Chłopak jest zepsuty do szpiku kości i robi wszystko, by marzenia i nadzieje dziewczyny rozbiły się niczym bańka mydlana.
O jejku nawet nie wiem co powiedzieć... Ta książka zapowiadała się bardzo dobrze, a niestety taka nie była. Ta pozycja totalnie nie wpasowała się w moje gusta czytelnicze. Rozpoczynając od tego, że akcja w książce działa się jak dla mnie za szybko - nie zdążyłam się obejrzeć, a główna bohaterka była już w Los Angeles i tam prowadziła życie. Jeżeli mam być szczera to tutaj po prostu absurd gonił absurd. Przedstawianie się 2 imionami i nazwiskami - totalnie nie było to naturalnie i jak dla mnie brzmiało to strasznie sztucznie. Do tego relacja naszych głównych bohaterów jest strasznie.. nijaka¿ Christian jeszcze nie poznał głównej bohaterki, a ona już stała się jego obiektem nienawiści. Do tego strasznie się rządził i rozkazywał dziewczynie. Ciągle również powtarzał „zniszczę cię”, a nawet jeszcze dobrze nie poznał Madeline. Co do „zniszczę cie” to sama fraza cały czas pojawiało się w książce. Dialogi bohaterów w większości opierały się na tym, że Christian mówił, że zniszczy główną bohaterkę, a ona odpowiadała, że to ona go zniszczy i tak w kółko. Do tego bohaterowie byli bardzo zmienni i często się gubiłam w tym, co czują. Jeszcze Madeline w wielu sytuacjach sama sobie zaprzeczała. Był to moment, gdzie dziewczyna mówiła, że udawanie było jej zaletą, a kilka linijek niżej mówiła ona, że nie udaje. Dla mnie po prostu ta książka była dziwna i nic mi się tu nie kleiło. Teraz chciałabym skupić się na głównych bohaterów i powiedzieć wam jak ja ich widziałam.
Madeline jest dziewczyną, do której jestem bardzo zmieszana. Szczerze nie wiem, czy ją lubię, czy też nie¿ Dziewczyna po prostu była dość dziwna. Miałam wrażenie, że autorka chciała uchwycić jej powerful zachowanie i problemy depresyjne, lecz samo to połączenie nie do końca wyszło i stało się ono mieszanką wybuchową, przez co trudno było mi zrozumieć dziewczynę. Miała strasznie ona strasznie sprzeczne myśli i ja sama często gubiłam się w tym, co ona chce i myśli.
A Christian o jejku.. Już od początku jego zachowanie było dla mnie dziwne, a on sam był bardzo toksycznym bohaterem. Tak jak mowiłam - darzył on nienawiścią dziewczynę, której nawet jeszcze nie poznał, a do tego wielokrotnie się rządził, nie pytał jej o zdanie i to totalnie bez powodu, bo tak naprawdę nie miał on powodu, aby znienawidzić dziewczynę.
Podsumowując z bólem serca muszę powiedzieć, że zawiodłam się na debiucie Alicji i niestety nie spodobał mi się on. Książkę oceniłam na 1/5✮ :((((.
,,I pomyśleć, że sama mu na to pozwalam. Ranił mnie słowami. Rujnował mnie czynami. Zabijał mnie dotykiem i oczami, które lśniły jak najjaśniejsze gwiazdy."
The Fake Hope to historia niosąca za sobą czysty ból. Poznajemy Madelaine, która wykorzystuje szanse od losu, aby uwolnić się od toksycznej rodziny i wylatuje na wymianę uczniowską do Los Angeles, czyli Miasta Upadłych Aniołów. Nie ma jednak pojęcia, że ten wyjazd będzie jej największym koszmarem.
Christian Blake niemal od razu po przyjeździe Madelaine pokazuje jej swoją niechęć. Stara się jej pokazać to, jak wielki błąd popełniła. To on ma być jej koszmarem. Chce zaznać smaku jej destrukcji. Nawet jeśli Madelaine chciałaby znaleźć drogę powrotną - nie może. Christian zawsze jest trzy kroki do przodu, nie pozwoliłby jej na to.
Molly Baxter, czyli najukochańsza osoba jaka tylko istnieje. Dziewczyna jest najlepszą przyjaciółką, jaką Christian mógł sobie wymarzyć, no bo, nie oszukujmy się - z takim dupkiem nie da się wytrzymać. Dla niej jednak nie jest to żaden problem, bo Christian traktuje ją… dobrze. Dziewczyna od razu postanawia zaprzyjaźnić się z nową w ich grupie znajomych osobą, i sprawia, że kochamy ja już od pierwszych kartek. Molly Baxter jest źródłem naszego szczęścia podczas czytania, zaufajcie mi.
Jest tu przedstawiony motyw PRAWDZIWEJ przyjaźni, który po prostu pokochacie. Molly i Madelaine to mój ulubiony duet, który dostarczył mi wiele radości i uśmiechu podczas czytania.
Tak jak wspomniałam wcześniej - TFH to czysty ból. Nie zaznacie tu słodkiego romansu między dwójka ludzi. Pewnie sobie pomyślicie; ale dlaczego? Co na celu miała autorka? Już wam tłumacze…
Bohaterowie są przedstawieni jako osoby toksyczne, destrukcyjne. Niemniej jednak uważam, że to tylko pozory. Madelaine jest osobą zranioną, a jej rany są owinięte cienką wartwą bandaża. Mam na myśli to, że krwotok nie został zatamowany. Mad boleśnie cierpi w środku, ale odejście najważniejszej w jej życiu osoby sprawiło, że nauczyła się zakładać maskę. Tylko to chroni ją przed upadkiem, podobnie jak dawniejsze anioły w Los Angeles.
Christian natomiast jest przedstawiony jako ten najgorszy. Może was wkurzać podczas czytania, ale zaufajcie mi - aby go poznać, musicie przeczytać całą lekturę. To trudny bohater, który również w dzieciństwie odebrał wiele ciosów i bólów. Przez to wszystko ciagnie się za nim wieloletnia trauma. Chłopak zadaje ból innym, bo wtedy radzi sobie ze swoim bólem. Tak wygląda jego mechanizm obronny. Tylko takie działania pomagają mu się schronić przed okrutnym i ciężkim dla niego światem.
W pewnym momencie możemy zauważyć, że bohaterowie są do siebie dość podobni. Z każdą kartką starają się przełamać swoją granicę, jednak nie jest to łatwe, bo za chwile oboje stawiają miedzy sobą gruby i wysoki mur. Oboje jednak są w stanie zauważyć, że w pewnym stopniu są podobni - obaj cierpią. Czy będą w stanie poradzić sobie z bólem samotnie, czy postarają pomoc sobie nawzajem?
Ta lektura nauczy was, jak postrzegać okropny i ciężki świat w inny sposób. To nie są wyimaginowane sytuacje. Uwierzcie mi, że niektórzy naprawde zmagają się z takimi sytuacjami, choć czasami mogą wydawać się one irracjonalne. Mam nadzieje, że mimo ciężkich tematów zawartych w książce, znajdziecie tu swój schron przed innymi, tak samo, jak ja.
Kupiłam tą książkę przez booktoka (kto by się spodziewał) przez jeden cytat. Nie wiedziałam nawet o czym jest ta książka. Nie pamiętam fragmentu, który mnie zachęcił do kupienia te książki, a czy było warto dowiecie się po przeczytaniu recenzji.
𝐑𝐞𝐜𝐞𝐧𝐳𝐣𝐚:
Podeszłam do tej książki z naprawdę dobrym nastawieniem. Chłop nie wiadomo czemu jej nienawidzi. Irytowało mnie to, że cały czas powtarzali swoje imiona/nazwiska zamiast po prostu mówić jak normalni ludzie (tak wiem w hell też to jest, ale nie aż tyle). Typ jest bipolar. Enemies to lovers, ale są enemies przez około siedemdziesiąt stron (w sumie to są Enemies friends Enemies tylko, że zmienia się to co kilka stron). Nie wiadomo czemu się nienawidzą, a w sumie to on jej. Autorka pogubiła się trochę w czasie. Bohaterowie byli płytcy przez co nie umiałam się z nimi zżyć. Wątek związany z okaleczaniem się był źle napisany w moim odczuciu. Nic nie poczułam czytając to co było dla mnie dziwne. Historia miała naprawdę potencjał, który nie został niestety wykorzystany. Sytuacja z winem była bardzo podobna do tej z ,,Start a fire’’. Bardzo bym chciała znaleźć coś dobrego w tej książce, ale nie umiem. Ładnie prezentuje się na biblioteczce co chyba jest jedyną pozytywną rzeczą. Miałam wrażenie, że opisy były czasami omijane przez co gubiłam się w książce. Mam wrażenie, że tej książki nikt nie sprawdzał pod względem korekty, powtarzające się słowa po słowie czy zdania nie mające totalnie sensu są tu na porządku dziennym. Ta książka może konkurować z venomem (zwłaszcza trójką) mają wiele wspólnych cech. Na przykład są luki fabularne, a bohaterowie są dwubiegunowi, nie myślący oraz bez osobowości mogłabym tak wymieniać jeszcze trochę, ale nie o to w tym chodzi. Grożą sobie, że się zniszczą tylko po to, żeby dosłownie chwilę później ,,szczerze’’ ze sobą porozmawiać, a następnie znowu grozić. On mówi, że ja zniszczy więc ona mówi, że ona zniszczy go szybciej. Dopiero w dwóch ostatnich rozdałam zaczęło się coś dziać. Niestety było to napisane strasznie haotycznie i trochę w moim odczuciu na siłę.
Czy przeczytam drugi tom? Tak, ale tylko dlatego, że mam go już u siebie.
♡ Madeline wyjeżdża na wymianę szkolną do Stanów Zjednoczonych od swojej toksycznej rodziny zastępczej i musi zamieszkać z chłopakiem który od samego początku sprawia jej kłopoty oraz jego przyjazną i miłą rodziną, aby móc spełnić swoje marzenie i uczęszczać do jednej z lepszych szkół.
♡ Styl pisania autorki mnie rozczarował, miałam wrażenie że jest bardzo chaotyczny i nieskładny. Problemem było też dla mnie wciągniecie się w tę historię, dlatego też czytałam ją codziennie na zmianę z innymi historiami, aby trochę od niej odpocząć i z nowymi siłami do niej powrócić. Dialogi pomiędzy bohaterami były dla mnie bardzo męczące i skupiały sie w głównej mierze na ich kłótniach. Ich relacja była bardzo toksyczna co chwilę sie ranili, aby później jakby nigdy nic okazywać sobie pozytywne uczucia. Akcja powieści potoczyła się bardzo szybko i niektóre wątki pozostawiły po sobie spory niedosyt.
♡ Końcówka uratowała tą książkę, gdyż dzięki niej bardzo się wkręciłam i zrozumiałam mniej więcej bohaterów, którzy z początku nie przypadli mi za bardzo do gustu przez ich nadmierne zmienianie zdania. Bardzo podobało mi się natomiast jak autorka ukazała ból skrywany przez postacie oraz jego przejawy w codzienności, było to dużym plusem, gdyż mało twórców podejmuje się pisania o tych tematach w swoich powieściach.
♡ Wymagałam od tej historii czegoś więcej, brakowało mi tutaj spójności, gdyż w pewnym momencie niektóre wątki się nagromadziły i mnie bardzo przytłoczyły, a świat stworzony przez autorkę, dostarczył mi zarówno dużo bólu i frustracji.
Madelaine wyjeżdża do USA w ramach międzynarodowej wymiany uczniów. Trafia tam do miłej i ciepłej rodziny, a przynajmniej tak myśli dopóki nie poznaje najstarszego syna małżeństwa. Jest to zepsuty chłopak, który nie ma pohamowań i od teraz dziewczyna będzie miała się z nim zmierzyć.
Niestety strasznie zawiodłam się na tej pozycji, a byłam do niej bardzo pozytywnie nastawiona i pewna, że mi się spodoba:( Okładka zachęciła mnie do przeczytania jej, opis również był ciekawy, ale z przykrością muszę stwierdzić, że wykonanie nie.
Sama nie wiem od czego zacząć, bo w tej książce nie podobało mi się chyba nic oprócz okładki, więc trochę się rozgadam.
Zacznijmy od bohaterów, których nie potrafiłam polubić, ani się z nimi zżyć. Byli bardzo irytujący i dwubiegunowni, a ich rozmowy wyglądały jakby byli dziećmi kłócącymi się o zabawkę. Ich relacja oraz cała fabuła naprawdę ma potencjał i można by to wykonać w super sposób, ale niestety nie potrafiłam doszukać się żadnych plusów u bohaterów. Co chwilę się lubili, a potem nienawidzili i cały czas było to samo. Ja rozumiem, że jest taki wątek jak hate-love, ale nie wiem czy można tak go tutaj nazwać.
Akcja działa się za szybko i miałam ochotę zrobić dnf, ale mój optymizm wierzył, że potem będzie już ciekawie. Niestety nie było:( Bardzo nie lubię mówić tylko negatywnie o książkach i szukam pozytywów, ale chcąc być ze sobą i z wami szczera niestety muszę. Oczywiście nie chcę wam też mówić kategorycznego „nie", bo wam może się jak najbardziej spodobać, każdy ma inny gust.
~ The fake hope ~ [Współpraca reklamowa z @wydawnictwoniezwykle ] ~ Madelaine w ramach wymiany uczniowskiej przeprowadza się do Los Angeles. Jest to dla niej ogromna szansa, aby wyrwać się z toksycznej rodziny zastępczej. Niestety los się do niej nie uśmiecha, bo ma zamieszkać pod jednym dachem z Christiana, który zrobi wszystko, aby pozbawić jej nadziei.
~ Już po pierwszych pięćdziesięciu stronach miałam ochotę odłożyć tę książkę. Pierwsza rzecz, która bardzo mnie irytowała to przedstawianie się dwoma imionami i nazwiskiem. Kto tak robi? Rozumiem, jakby jeden bohater był wykreowany na takiego dziwaka, który ma fetysz przedstawiania się pełnymi imionami i nazwiskami, ale wszyscy? Druga sprawa, początkowe podejście bohatera do bohaterki. Miałam wrażenie, że autorka chciała na siłę zrobić z niego „bad boya”. Kolejna rzecz, która mnie irytowała: ile można razy podkreślić, że on ją zniszczy? Ciśnienie podnosiły mi też ich sprzeczki słowne na poziomie podstawówki. Zdarzało im się rozmawiać jak normalni ludzie i nagle z dupy zamienia się to w irytującą szopkę. Przeczytałam 150 stron i się poddałam. Chciałam wytrwać do końca, ale zdecydowanie ta pozycja nie przypadła mi do gustu
Madeline Lily White korzysta z organizowanej przez szkołę wymiany i postanawia dokończyć edukację w odległym od Wielkiej Brytanii Los Angeles. Ucieka od rodziny zastępczej, która traktowała ją przedmiotowo, jednak nie spodziewa się, że nowe życie być może nie jest o wiele lepsze. Trafia na miłe małżeństwo z dwójką dzieci i ogromnym domem w posiadaniu, która z niecierpliwością wyczekiwała przyjazdu dziewczyny, z jednym wyjątkiem - Christianem. Najstarszy syn od początku nie kryje pogardy, uprzykrza życie swojej nowej współlokatorce i za wszelką cenę próbuje zniszczyć, to co z niej zostało.
Choć opis brzmi stereotypowo, fabuła jest naprawdę wciągająca. To jeden z lepszych wątków enemies to lovers - bohaterowie rzeczywiście nienawidzą się przez zdecydowaną większość fabuły, unikają wspólnego spędzania czasu i uprzykrzają sobie życie. Gdyby przyjrzeć się temu tylko od tej strony, brzmi zachwycająco, jednak mi osobiście do gustu nie przypadł zbyt poetycki styl wypowiedzi nastolatków. Rozumiem, że oboje przeszli wiele, lecz w prawie każdym z dialogów pojawiają się metafory do piekła, popiołu, diabła itp., które nie brzmią jak dialog siedemnastolatków a raczej jak przemyślenia jednego z filozofów.
Choć tak jak wspomniała, wątek enemies to lovers jest naprawdę dobrze zbudowany, nie wiem do końca skąd się wziął. Liczę na wyjaśnienie tego w kolejnych tomach, dlatego nie odbieram tego jako minus, jednak chciałam wam o tym wspomnieć. Co do bohaterów - bardzo się do nich przywiązałam. To dwójka zniszczonych przez los nastolatków, którzy bardzo chcą nareszcie dostrzec w życiu jakiś sens. Ich relacja jest bardzo ciekawa, próbują trzymać się od siebie jak najdalej, lecz kiepski stan psychiczny przyciąga do siebie. Choć się tego wystrzegają, są do siebie łudząco podobni, odnajdują w sobie nawzajem zrozumienie, które pozwala im obudzić się następnego dnia.
Chciałabym także wspomnieć o ostrzeżeniach, w tej powieści znajdziecie motywy takie jak: samookaleczanie, brak akceptacji samego siebie, myśli samobójcze, toksyczne relacje. Czytajcie odpowiednie dla siebie książki!!
Niestety zmusiłam się, żeby ją dokończyć. Główni bohaterowie swoim zachowaniem wydawali się nijacy, nie mogłam się z nimi zżyć, wczuć w ich sytuacje. Gdybym miała zdefiniować ich charaktery, to chyba nie wiedziałabym jak je opisać. Niektóre momenty były dziwne i czułam, że są one wciśnięte na siłę. Wiele momentów miało chyba poruszyć czytelnika, wzbudzić w nim jakieś emocje, a mnie one jedynie odrzucały. Powtarzające się wyrażenia, powodowały ze nie mogłam odnaleźć sensu tej historii, i to był jeden z powodów przez który nie polubiłam się ze stylem autorki. Relacja głównych bohaterów była niezrozumiała dla mnie od pierwszych stron książki, a ich dialogi powodowały że chciałam ją jak najszybciej odłożyć🙁
„The Fake Hope” to debiut Alicji, którego byłam strasznie ciekawa, dlatego też odliczałam dni do premiery.
Styl pisania Ali jest bardzo luźny i przyjemny, dzięki czemu książkę powinno czytać się szybko. W moim przypadku niestety tak nie było, ale jest to wina mojego zastoju czytelniczego, a nie lektury.
Pomysł na fabułę bardzo mnie zaciekawił i podobało mi się to jak zostało to tutaj pociągnięte. Coś, czego zapomniałam uwzględnić w recenzji na tiktoku, a jest niestety minusem, są poetyckie wypowiedzi nastolatków. Jakoś strasznie mnie one gryzły i sprawiały, że trudno było mi się skupić.
Jeśli chodzi o bohaterów to, jak do głównej bohaterki nie mam o co się przyczepić, bo jest ona fajnie wykreowana. Tak w stosunku do Christiana, nie wiem. Mam do niego strasznie mieszane uczucia. Chłopak zmienia humor co dwie wypowiedzi i jest to delikatnie dekoncentrujące. Dlatego jeżeli chodzi o niego, to średnio wiem, co myśleć. Jednak nie mogę mu odebrać tego, jak intrygującą postacią jest, dlatego mam nadzieję, że w kolejnym tomie dowiemy się czegoś więcej o jego przeszłości.
Relacja między głównymi bohaterami była bardzo zależna od humory Christiana, dlatego tutaj też średnio mogę coś więcej powiedzieć. Christian od początku historii ma cel aby zniszczyć Madelaine, nie za bardzo wiem, dlaczego, ale o to się nie czepiam, bo liczę na rozwinięcie tego w kolejnym tomie. Jeśli chodzi o relacje z innymi bohaterami to dla mnie były one za szybko nawiązywane. Głowna bohaterka ma za przyjaciół ludzi, których poznała dzień wcześniej, co było dla mnie dziwne. Zdecydowanie wydłużyłabym ten czas rozwoju relacji.
Emocje były ujęte w bardzo fajny sposób i o to czepiać się nie będę, bo faktycznie je odczuwałam. Historia głównej bohaterki jest strasznie przykra i ciężko patrzy się na to, co wewnętrznie przeżywa, ale tak jak mówiłam, napisane jest to w dobry sposób.
Podsumowując, „The Fake Hope” jest ciekawą i dobrą książką. Zdecydowanie czekam na kontynuację, bo ostatnie 40 stron było nieoczekiwane i jestem ciekawa, co będzie dalej. Jeśli macie ochotę sięgnąć po debiut Alicji, to jak najbardziej zachęcam do czytania!
Tak chujowej i źle napisanej książki jeszcze nie czytałam. Nie sądziłam, że da się napisać coś tak złego i bez sensu. Główny bohater był tak na sile robiony na BAD BOYA, a główka bohaterka? Jaka kurwa sierota z niej. Matko jedyna, autorka powinna przemyśleć to co pisze. Jeśli byliście na targach książki w Warszawie i postanowiliście iść do Aleksandry Horodeckiej, na bank dostaliście pytanie HEJ, CHCESZ TEŻ AUTOGRAF ODE MNIE? to była właśnie Alicja, która jest minimalnie lepsza od książki. Chociaż nie, nie jest lepsza.
Nie wierzę, że to powiem, ale jestem bardzo, bardzo zmieszana po zakończeniu "The fake hope". W żadnym razie nie spodziewałam się, że przedstawiona historia nie przekona mnie do siebie. Całkowicie inną wizję miałam w głowie, kiedy kupowałam egzemplarz do swojej biblioteczki. 😐 Czuję, że ciężko będzie mi pisać recenzje tej książki, tak, żeby faktycznie przedstawić ją należycie z mojego punktu widzenia... I tak mam wrażenie, że to 3/5⭐️ jest naciągane, ale ze względu na to, że jest to debiut Alicji Tomczuk, nie będę tego aż tak żałować. 🙂
Przed przeczytaniem tej książki zajrzałam na booktoka autorki, aby zachęcić się do przeczytania tego dzieła, bo opinie na jej temat nie były najlepsze. Cóż, booktok mnie zaintrygował i zaczęłam czytać. Zawiodłam się już na pierwszych rozdziałach. Tam się dosłownie nic nie dzieje 😭. Kłótnie głównych bohaterów ciągną się w nieskończoność przez co są nużące, a nie śmieszne czy podniecające. Autorka chciała chyba przedstawić takich prawdziwych, życiowych enemies. No coś jej nie wyszło. Ledwo przebrnęłam przez tą książkę do końca.
The Fake hope to moja comfort historia, przepełniona smutnymi wydarzeniami i historiami bohaterów, którzy z początku się nie lubią, ale wiecie jak to bywa. Kto się lubi ten sie czubi 🥴 Jednak u nich nie jest tak łatwo, przez co pokochałam tą książkę jeszcze bardziej. Nagle ta nienawiść nie wyparowała, a ona ciągle była i nie zniknęła. Powoli odkrywali i poznawali siebie, chociaż nie było to łatwe, bo oboje należą do skrytych osób.
ALE KONIEC MIŁYCH RZECZY, AUTORKI CO TO ZA ZAKOŃCZENIE??? 🤨 JA POTRZEBUJE THE REAL HOPE NA JUŻ!!!!
książka sama w sobie była dobra, zarys akcji i samej fabuly był rowniez dobry, gorzej według mnie z poprowadzeniem. dialogi było trochę nie spójne i chaotyczne, niektóre wątki były niedopracowane i za szybko jak dla mnie poprowadzone, na plus napewno kreacja bohaterów, ich tajemnicza historia i fakt ze w miarę szybko się czytało. była to taka przeciętna książka
Ja nie mialam jakiś duzych oczekiwan do tej ksiazki, ale no nie spodobała mi się. Totalnie mi nie siadła i strasznie się dłużyła. Nie umiałam się wkręcić w akcje. Ciężko mi się ją czytalo
Uwielbiam tą książkę. Zakochałam się w niej. Jedna z lepszych jakie czytałam w te wakacje i ogólnie w tym roku. UWIELBIAM. I polecać będę każdemu. Nie mogę się doczekać kolejnej części 💜💜
co to bylo? ta jedna gwiazdka bo nie mozna dac tu zera ale xddd dnf po 104 stronach i meczenia sie z ciagla bipolarnoscia bylo jedynym rozwiazaniem by nie zglupiec