Z powodu pewnej dyskusji postanowiłem przeczytać jeszcze raz książkę, którą ostatni raz miałem w ręku z 20 lat temu (a może nawet więcej) - bardzo ciekawe doznanie. Książka patrząc z dzisiejszej perspektywy jest bardziej manifestem politycznym niż fantastyką. Widać, że Ziemkiewicza pociągała wielka fantastyka socjologiczna lat 70tych i 80-tych PRLu, taka jak Limes inferior, ale powiem szczerze - nie dorósł do niej. Widać że bardziej myślał o targających Polską emocjach w tamtym czasie niż o jakiejś głębszej prawdzie o ludziach i społeczeństwie. W efekcie przekaz tej warstwy w żaden sposób nie jest uniwersalny, ale stanowi komentarz do pewnej konkretnej sytuacji politycznej, emocji z nią związanych i postrzegania świata z połowy lat 90tych. Z tego przekazu niewiele jest już dziś aktualne, poza ogólną myślą że Polska nie radzi sobie z koncepcją polityki jako gry interesów i nie potrafi swoich interesów zdefiniować, a co dopiero o nie dbać. Warstwa technologiczna zestarzała się śmiesznie, ale co zabawne nie aż tak koślawo jak bym się spodziewał. Oczywiście internet wygląda zupełnie inaczej, nikt nie myśli o węzłach sieci, nikt też nic nie wizualizuje w postaci VR. Natomiast z drugiej strony tylko niektóre rzeczy teraz śmieszą ('pracuj na dyskietce' - kto dziś pamięta co to jest dyskietka?), reszta stanowi jakiś tam cyberpunkowy opis świata, który nigdy nie powstał, ale ma ręce i nogi. Natomiast kilka myśli pozostaje ciekawych - jak choćby określenie, że codzienne serwisy informacyjne mają za zadanie bardziej zamulać umysły odbiorców warstwą szlamu niż pozwalać skonstruować sobie spójny obraz świata. Jak ktoś interesuje się historią polskiej SF powinien przeczytać, ale poza entuzjastami gatunku (takimi jak ja) chyba nie ma to za wiele sensu.
Trudno mi jednoznacznie ocenić Pieprzony los kataryniarza poza ogólnikowym stwierdzeniem, że to nie jest dobra powieść, że nie zasłużyła na Zajdla i mam wrażenie, że jej "sukces" wynika przede wszystkim z bólu odwłoka charakteryzującego pierwsze lata "umiarkowanie udanej" transformacji, co mogło znaleźć swoją niszę. Niektóre spostrzeżenia autora zasługują na uwagę, inne wydają się rozmijać z rzeczywistością lub stoją wprost w opozycji do niej. Nie powinni tej powieści czytać ci, którzy mają dość narodowego uniesienia - Pieprzony los ma go aż nadto, właściwie poprzez odwrócenie proporcji mało tu cyberpunka sensu stricto.
Podobnie niejednoznacznie oceniam warsztat autora, dialogi przyzwoite sąsiadują z takimi, których powstydziłyby się opery mydlane. Ostre, zwięzłe komentarze giną w natłoku ekspozycyjnej nawały, która w zasadzie jest powtórzeniem tezy na zasadzie działania młynka modlitewnego - im więcej naklepię, tym mocniejszy stanie się przekaz. Tyle, że jest wprost na odwrót - boli czytanie po raz n-ty jak ojczyzna jest zdradzana, rozsprzedawana; jak Rosjanie wespół z Zachodem chcą nas ograbić z podmiotowości; jak Polacy oślepieni antyludzkim liberalizmem obyczajowym i konsumpcjonizmem stają się bezwolnymi białkowymi platformami, podobnymi do tuczników przeznaczonych na rzeź w dziejowej wojnie o prymat, toczonej między Wschodem i Zachodem. Autor zakłada, że czytelnik jest głupi; lub co gorsza, doskonale wie, że czytelnik jest spragniony potwierdzenia odgórnie założonej tezy. Najgorsze być może jest to, że Ziemkiewicz w podobnym tonie wypowiada się po dziś dzień, a jego osądy nie stały się bardziej przenikliwe. Potwierdza to przypuszczenie, że fantastyka jest tu tylko tymczasowo przywdzianym kostiumem, pod osłoną którego wyłożono oświeconą tezę ex cathedra.
Radziecka pozytywka śpiewająca "Mazurka"
Przyswajalność tekstu jest wprost odwrotnie proporcjonalna do jego długości. Te ledwie 250 stron z kawałkiem nuży miałkością fabuły, którą można sprowadzić do prostego schematu thrillera o odkryciu spisku zagrażającego istnieniu państwa polskiego. Wydaje się, że to opowiadanie rozbuchane do rozmiarów powieści - szkoda, może w zwięzłej formie zachowałoby wyższą jakość. Większość składników tej niezbyt wyszukanej kompozycji Ziemkiewicz dostarczył pospiesznie, utylitarnie, bez cyzelowania. Weź, złóż do kupy, spożyj, wypad. Wiele tu jednorazowych haseł dotyczących m.in. sprzedajnej klasy politycznej, ale i zjawisk społecznych w postaci wyprawy homoseksualistów na Mount Everest czy parytetów, które wyraźnie drażnią autora jak kamień w bucie, po co inaczej by to wspominał? Młotkiem wbija się do głowy koncepcję zagranicznych interwencji na wzór protektoratu czasów sasko-poniatowskich. Z jednej strony współgra to z pesymistycznym wydźwiękiem postpeerelowskiego kadłubka Polski, pozbawionego charakteru i skazanego na upadek. Z drugiej nie pozwala związać się emocjonalnie ze światem i bohaterami. Karykaturalna figura Polski, upstrzona zagranicznymi korporacjami i obcą agenturą, przypomina co najwyżej szopki noworoczne Marcina Wolskiego z lat 90tych. Wartym rozszerzenia elementem był polityczno-społeczny krajobraz Warszawy, stanowiący miks XIX i XX wieku. Autor poprzestał na namiestnikach, wszechpotężnych Rosjanach, zagranicznych ambasadach i trwającej ponad podziałami esbecji, ledwie zaszczycając wspomnieniem partie rozrywające kraj niczym w Dniu Świra. Pocztówka z alternatywnej Polski przełomu wieków dałaby i większe pole do przedstawienia społeczeństwa z wyobrażeń Ziemkiewicza, i może zestarzałaby się lepiej.
Tekturowe zmysły, fałszywe drogowskazy
Potraktowany jednowymiarowo główny bohater, Robert, nie budzi większej sympatii - jego jestestwo sprowadza się generalnie do buntu czterdziestolatka przeciw dziejowej niesprawiedliwości wyrządzonej Polsce. Cała plejada postaci drugo- i trzecioplanowych charakteru ma jeszcze mniej, skutkiem czego historia obojętnieje, nie ma czyimi oczami jej śledzić. Ale bardzo szybko staje się jasne, że to nie postaci grają tu pierwsze skrzypce, a niezdrowa dychotomia rozrywająca głównego bohatera. Wybór jest zasadniczo prosty - albo antynarodowa, liberalna dyktatura mediów i biznesu, dążąca do stworzenia jednolitej masy ludzkiej, albo wieczne uwięzienie w cyklu polskokatolickich insurekcji, może i skazanych na zagładę, ale przecież taki nasz los, prawda? Nie ma tu programu pozytywnego, budowy lepszego jutra, czy choćby majaczącej na horyzoncie szansy na takowe. Pozostaje dekadencki smęt. Powyższe zostawia też w tyle cyberpunk, który i owszem, jest obecny, ale pełni rolę służebną. Część podstawowych cech gatunku tu nie występuje lub jest ograniczona do minimum. Niekiedy Ziemkiewicz poszedł też na przekór zasadom, ale sumarycznie ma to niewielkie znaczenie. "Wnętrze" internetu mimo wszystko przedstawiono tu lepiej niż w Problemie trzech ciał - Ziemkiewicz miał najwyraźniej z nim więcej wspólnego w 1995 niż Liu Cixin, który w przedstawieniu cyberprzestrzeni popadł w śmieszność i zbytnie uproszczenia. Tutaj jakoś to działa, choć mocno się zestarzało. Ma jednak warstwy (jak ogry) i śledzenie wędrówek kataryniarzy jest ciekawsze niż prowadzona w głowie narodowowyzwoleńcza walka głównego bohatera.
Bolą białe zęby, zalewa czerwona krew
Wbrew entuzjastycznemu blurbowi Jacka Dukaja z 1996 roku (SFinks nr 9) nie dostrzegam specjalnych walorów Pieprzonego losu kataryniarza na tle innej polskiej literatury SF przełomu lat 80/90tych XX w. Nie satysfakcjonowała mnie niewybredna, karykaturalna ocena polskiej polityki, właściwa bardziej nieboszczkowi Lepperowi. Zupełnie nie dostrzegam "inteligentnie podanej spiskowej teorii dziejów", choć może to widać dopiero z trzydziestoletniego dystansu. Być może inne rozłożenie akcentów i mniej łopatologiczna forma mogłyby uratować ten utwór. Podobny temat, bardziej finezyjnie i z większą klasą, podjął Zajdel w "Limes inferior". Samo powiązanie cyberpunka z tematyką narodową nie jest złym pomysłem, ale warto otoczyć taki miks woalem niedopowiedzeń, zniekształceń i ukryć w mniej bezpośredniej wizji innego świata. Zamiast tego Ziemkiewicz wpiął w Pamięci Bema żałobny rapsod kable, podłączył go do sieci i dla niepoznaki odpalił kolorowe lampki mające sprawiać wrażenie, że owe monstrum jest w rzeczywistości czymś innym. Pieprzony los frustruje, choć niekoniecznie zgodnie z zamierzeniami autora. Szkoda - i zmarnowanego potencjału, i czasu, który poświęciłem temu tytułowi.
Pisowski cyberpunk początkowo nawet wciąga, pod względem narracyjnym całkiem porywająco i rozrywkowo pokazuje tą przerażającą Polskę przyszłości, w której KOBIETA JEST PREZYDENTEM (!?), narodowy wieszcz w swoich książkach OPISUJE ANTYSEMITYZM POLAKÓW (?!), Unia Europejska i Rosja SZYKUJĄ KOLEJNE ROZBIORY I WYNISZCZAJĄ POLSKIEGO DUCHA (?!!), bezduszni pracownicy w korpo NIE MOGĄ JUŻ NAWET MOLESTOWAĆ SWOICH KOLEŻANEK (!!?), największą sensacją dnia jest WEJŚCIE NA MOUNT EVEREST PRZEZ GRUPĘ GEJÓW I LESBIJEK (???!!!). Ale jak nietrudno się domyślić, to wszystko rokracza się przy przejściu do poważnego moralizatorstwa (od teraz już wiem, że dzięki sile charakteru i patriotyzmowi można zyskać supermoce!). Więc nie, Rafał Ziemkiewicz to nie Tadeusz Konwicki naszych czasów. Kto by przypuszczał.
Po wielu wielu latach postanowiłem sprawdzić czy najbardziej znana powieść science-fiction Rafała Ziemkiewicza przetrwała próbę czasu.
Myślę, że raczej tak, jeśli weźmie pod pewne poprawki - rzeczonych katarzyniarzy potraktuje się jako ekspertów od AI, a Firma zamiast do służb specjalnych będzie odnosiła się do amerykańskich big-techów. Po uwzględnieniu tych drobnych aktualizacji można uznać, iż przewidywania sprzed kilkudziesięciu lat odnośnie tego jak będzie wyglądał Polska w XXI wieku dość adekwatnie pokrywają się ze współczesnym stanem faktycznym.