Dzieci księży to, jak pisała w swojej książce reporterka i psycholożka Marta Abramowicz - "Nasza wspólna tajemnica". Nie dziwię się. My, dzieci księży, żyjemy w tej tajemnicy, kłamstwie, latami. Tak nas wychowano. Z uczuciem wstydu, w poczuciu, że nie powinniśmy istnieć, że nie pasujemy do tego świata. Trzeba nas ukrywać, przemilczeć i przekłamać nasze istnienia. Swoją książką chcę – jako pierwsza osoba w Polsce – powiedzieć, że tak, jestem dzieckiem księdza. fragment książki
Z pomocą wspomnień, podjętych po latach rozmowach z rodziną, przyjaciółmi, szkolnymi znajomymi, a także próbą konfrontacji z przedstawicielami Kościoła, autorka nie tylko rozprawia się z przeszłością, ale wskazuje na obecne w społeczeństwie i Kościele, niekonsekwencje i nadużycia. Ta osobista reporterska książka odsłania przed osobami czytającymi te i tych, o których wielu chciałoby nie rozmawiać.
Trudno ocenić, bo to trochę jakby oceniać czyjeś życie. Ale naprawdę podziwiam odwagę mówienia wprost, bo w tym kraju to na pewno nie jest łatwe. Mnie ta opowieść pochłonęła, bo obserwowałam przede wszystkim podróż autorki do utulenia siebie sprzed lat. I widzę, że to utulenie, nawet jeśli nie do końca świadomie, nastąpiło. A to jego duża część.
Ciężko ocenić książkę, która jest pewnego rodzaju terapią dla autorki, dlatego zostawiam bez gwiazdek.
A co do tego co mamy w środku - styl jest troszkę chaotyczny, zaczynamy jeden temat, porzucamy go na rzecz innego i za jakiś czas znowu wracamy. Tylko nie wiem czy to jest wada… według mnie książka nabiera autentyczności, wydaje się być taką jakby autorka nam intymnie opowiadała o swoim życiu, w którym zaznała wiele smutku, odtrącenia.
Postanowiłam nie oceniać tej osobistej historii. Ale jest bardzo przejmująca i uważam, że wszystkie tematy tabu powinny być normalizowane w podobny sposób jak ten. Czasami reportaż był dla mnie chaotyczny przez wielość ukazywanych w nim miejsc, wydarzeń i postaci jednocześnie. Ale to tylko na początku. Poza tym najbardziej przejęła mnie część posłowia, która pokazała, że niektórzy nawet po latach się nie zmieniają i cały czas tkwią w tym samym myśleniu przez całe życie, nie rozwijają się, nie mają refleksji nad sobą.
Jako katoliczka, muszę przyznać, że obawiałam się tej książki - przeczuwałam, że nie zabraknie w niej wyrzutów w stronę konkretnego człowieka, ale przede wszystkim w stronę Kościoła, nazywanego "instytucją". Moja ocena, mam nadzieję, jest jednak wolna od uprzedzeń ze względu na dzielącą mnie i autorkę (nie)wiarę. Mimo że nie wszystkie przedstawione argumenty popieram (w tym zniesienie celibatu), to jednak cieszę się, że ten temat został poruszony, a autorka miała możliwość zabrania głosu w sprawie, która stała się niejako częścią jej tożsamości. Momentami lektura była ciężka, jednak nie ze względu na poruszane wątki, ale na sposób pisania - chaotyczny, rozedrgany od silnych emocji, przytłaczający, co jest największą wadą. Być może przed wydaniem przydałoby się tekst jeszcze oddać do korekty i ponownie zredagować. Nie pochwalam też zastosowanych metod działania w czasie próby dostania się wraz z przedstawicielami mediów na plebanię, gdzie wiele lat wcześniej mieszkał ojciec. Nie normalizujmy takich zachowań, gdzie ja coś chcę, należy mi się i wymagam od innych zrozumienia oraz wsparcia, a następnie widząc człowieka chorego (prawdopodobnie w tym niedomaganiu cierpiącego), stwierdzam, że mu nie współczuję i nie ma we mnie empatii.
PS. Według znanej mi nauki Kościoła zarówno dzieci księży, par żyjących w konkubinacie, czy te, do których poczęcia doszło za pomocą in vitro nie są grzechem. Autorko, Ty również nim nie jesteś.
"Córka księdza" to autobiograficzny esej pisany głosem małej, rozżalonej dziewczynki (autorka ma tego świadomość), która w dorosłym życiu zmaga się z konsekwencjami rodzinnej tajemnicy i ojcowskiego "grzechu". To tekst bardzo emocjonalny, czasem wręcz niedojrzały ("celibat to głupota"), ale wolno mu takim być, bo jest autoterapią, jest etapem w procesie wychodzenia z ukrycia i dochodzenia do siebie. Jednocześnie właśnie to może w tej publikacji drażnić, z założenia jest bardzo subiektywna, bardzo osobista, czasem aż krępująca (nie znamy się, czy na pewno chcesz mi o tym mówić?). Jest bardzo naturalna, albo niezredagowana. Dotyczy jednostki, a nie całego problemu. Nie dostarcza komentarza psychologicznego, prawnego, skupia się na emocjach. Szuka winnych. Nie bierze pod uwagę, że podobne doświadczenia mają też nieślubne dzieci ojców pozostających w stałych związkach. Itp. Jeśli nie będziemy oczekiwać szerokiej analizy, wielu przykładów i solidnego reportażu, a skupimy się na warstwie emocjonalnej, to możemy to uznać za interesującą perspektywę. A autorce życzę zdrowia i powodzenia!
Podczas czytania towarzyszył mi głównie smutek. Książka to ważny głos i ważny temat, a jednocześnie spodziewałam się czegoś bardziej usystematyzowanego niż tylko "opowieści z całego życia". Absolutnie jej nie ujmuję, spodziewałam się jednak szerszego ujęcia tematu.
Ciężko oceniać czyjeś prywatne życie, zwłaszcza, gdy było dla niego trudne. Książka ta ma słabsze i mocniejsze momenty. Cieszę się, że autorka mówi głośno o tym, że jest córką księdza i że jest takich dzieci bardzo dużo. Podała również fakty, których do tej pory nie znałam, czyli jakie jest rozporządzenie Kościoła odnośnie dzieci księży.
Historia jakich wiele, ojciec mógł być kimkolwiek. Kluczowe jest to, że oboje rodzice byli niedojrzali emocjonalnie i autorka jako dziecko i nie dostała miłości od ojca. Terapia była tematem tabu, nikt „normalny” do psychologa nie chodził. Podejście zaczęło się zmieniać kilka lat temu. I wielkie objawienie „to wszystko, to nie moja wina”. Klasyk naszego pokolenia
"Nie jestem grzechem, jestem życiem. A przecież to właśnie życia tak mocno broni Kościół."
Nie sposób ocenić książki, która jest pamiętnikiem, formą terapii autorki. Nie mniej jednak uważam, że jest to bardzo potrzebny głos w obecnej sytuacji Kościoła Katolickiego w Polsce. Miejmy nadzieję, że to krzywdzące tabu będzie dalej przełamywane (nie tylko w kwestii dzieci księży).
„W Kościele, jak w korporacji, nie ma miejsca na własne zdanie, brak posłuszeństwa i jawne łamanie zasad. Tyle że z korporacji można zostać zwolnionym, a w Kościele – przeniesionym do innej parafii.”
Ciężko mi stwierdzić czy bardziej był to reportaż, czy autoterapia autorki, jednakże na pewno mocno mną poruszyła i wysyłam mnóstwo współczucia. Kolejny dowód na to, że instytucja kościelna lubi chować za swoją spódnicą wątpliwej moralności ludzi.
Bardzo odważna, a przy tym niezwykle osobista książka Marty Glanc, córki księdza, odrzuconego, nieakceptowanego dziecka, które do ojca musiało zwracać się jak do wujka, które w towarzystwie przedstawiane było jako koleżanka, którego istnienie było negowane i wypierane przez dziadków i innych członków rodziny. Ta autobiograficzna opowieść, cechująca się szczerością i otwartością, konfrontuje zakłamanie Kościoła katolickiego w kontekście celibatu z całym złem, jakiego autorka doświadczała jako dziewczynka, a potem młoda kobieta, której pozwolono dorastać w przeświadczeniu, że jest grzechem, brzydką, niewygodną tajemnicą. Mam wrażenie, że dla autorki ta książka jest swoistym rozliczeniem z przeszłością, pozwalającym psychicznie uwolnić się od relacji z ojcem, od którego zamiast miłości i poczucia bezpieczeństwa dostawała jedynie niechęć i poczucie wstydu. Smutna to historia, ale mocno wybrzmiewająca, bo opisana bez skomplikowanych figur literackich i enigmatycznych metafor, wprost wskazuje na hipokryzję Kościoła i po imieniu nazywa wszystkie niegodziwości i okrucieństwa, których się wobec autorki dopuszczono. Ta książka jest też dobrym punktem wyjścia do dyskusji nad sensem celibatu, bo choć Kościół oficjalnie oczywiście niczego nie potwierdza, takich dzieci jak Marta jest oczywiście dużo, dużo więcej. Najwyższa pora głośno o tym mówić. Oni są życiem, nie grzechem.