„Babetta” autorstwa Niny Waha traktuje o przyjaźni w pełnym pozorów świecie kina. Wspomnę, że powieść należy do ciągle poszerzającej się o kolejne znakomite pozycje Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich, a po tej powieści mój apetyt na poznanie następnych zdecydowanie wzrósł.
Relację pomiędzy dwiema kobietami obserwujemy przez pryzmat emocji jednej z nich, Katji, która w tej przyjaźni zawsze gra „drugoplanową rolę”. To Lou jest tą, która osiągnęła sukces w branży filmowej, zawsze wiedziała czego chce i z niebywałą dyscypliną do tego dążyła. Ich spotkanie po latach we francuskiej rezydencji Lou niczego nie zmienia. Każda z nich zdaje się odgrywać swoją rolę – Lou perfekcyjnej kobiety sukcesu, a Katja drugie skrzypce.
To zdecydowanie toksyczna relacja. Jednak brak wglądu w nią z perspektywy drugiej z bohaterek nie pozbawia nas zupełnie spojrzenia na rewers tego medalu. A pod uśmiechami i idealną otoczką skrywa się zazdrość, zdrada, wykorzystywanie i manipulacja, a nawet obsesja i napięcie seksualne.
Czy tę więź można więc nazwać przyjaźnią? Czy może nie ma ona szans zaistnieć, bo „w naturę aktorstwa wpisano nieszczerość?” Więc czym jest relacja między kobietami i ile w niej prawdy, a ile gry? Czymkolwiek tak naprawdę jest nie można odmówić jej siły, intymności i ogromnego znaczenia, jakie ma dla każdej z nich.
Autorka w leniwy, letni, luksusowy wypoczynek wplotła nie tylko genezę wypaczonej kobiecej bliskości, ale i wiele trudnych wątków związanych z oczekiwaniami wobec kobiet w przemyśle filmowym, w którym nadal dominują mężczyźni. Odniesienia Katji do fikcyjnego filmu „Babetta”, po którym kariera Lou nabrała rozpędu są tak wiarygodne, że sprawdziłam w Internecie, czy rzeczywiście taki został nakręcony. I z pewnym rozczarowaniem stwierdzam, że nie powstał, a mógłby. Może i w realnym świecie otrzymałby Oskara.
Nie mogę również pominąć zakończenia, które było absolutnie nietuzinkowe. Dwukrotnie je czytałam, by sprawdzić, czy czegoś nie pominęłam, czy coś mi nie umknęło. Zdecydowanie ciekawe doświadczenie.