„Ludzie nie słuchają tego, co im mówią starcy, tylko kiwają głowami, przybierając pełną empatii minę, i udają, że do nich dociera, ale tak naprawdę myślą o czymś zupełnie innym. Mam dość bycia niewidzialną i niedocenianą. Mam dość tego, że nikt mnie nie słucha. Nie mam już ochoty być zupełnie sama. Wypowiadam te słowa głośno i czuję, że to prawda”.
Birgitte jest 90-letnią kardiochirurżką. Samotna z wyboru, całe swoje życie poświęciła pracy, nigdy nie założyła rodziny, przyjaciele są już na tamtym świecie, a z siostrą kontaktuje się głównie telefonicznie. Teraz mierzy się ze swoją starością.
Książka nie opiera się na linearnej akcji jest fragmentaryczna, sporo tu retrospekcji, dygresji i oczywiscie refleksji nad przemijaniem. Kjersti Anfinnsen opisuje proces starzenia się w sposób, który pobudza empatię czytelnika, ale robi to bez niepotrzebnej ckliwości, a pomiędzy naturalizm zręcznie wplata autoironię bohaterki. „Chwile wieczności” to kameralna i intymna opowieść o starości i samotności, ale również miłości. Historia, która pozwala na oswojenie zmianę perspektywy patrzenia, co prawda tylko na chwilę, ale ta perspektywa będzie też przecież kiedyś nasza. Czytajcie!