4.75
Jak na razie wydaje mi się, że to jest moja najulubieńsza część tej serii (mówię na razie, bo został mi jeszcze jeden tom). To, co autorka tutaj wykreowała było czymś cudownym. I jasne, schemat jest prosty, wiele rzeczy zostało wprost wyjętych z Biblii i religii chrześcijańskiej, ale co z tego, skoro zostało to przetworzone w taki sposób, że prawie wcale tego nie czuć? Jadowska potrafi tak korzystać z innych tekstów, tak opierać swoje powieści na istniejących i zakorzenionych w kulturze wierzeniach, mitach, tekstach kultury, że pomimo tego, że czytelnikowi wydaje się, że zna te wszystkie historie i to nie jest nic nowego, to tak naprawdę jest zupełnie inaczej.
Cały pomysł na to, żeby wprowadzić wątek opętania do tej serii był wg mnie strzałem w dziesiątkę – a naprawdę nie lubię egzorcyzmów i mnie przeraża sama myśl o nich. Pani Aneta Jadowska świetnie bawi się słowem, wykorzystuje motywy i wierzenia tworząc na nowo coś, co jednak pozostanie na długo w mojej pamięci. Nie mówię, że jest to szczyt literatury – nie, ale jest to szczyt dobrej zabawy i szczyt przetwarzania motywów, o czym mówię już chyba trzeci czy czwarty raz na przestrzeni dwóch akapitów.
Rozegranie całej akcji tej książki było naprawdę interesujące. Wydawałoby się, że już nic nie można dodać do demonów, egzorcyzmów, ogni piekielnych i tym podobnych, a jednak Jadowska wciąż nas zaskakuje. Pokazała, że można żyć z „nowym lokatorem” i radzić sobie – mniej lub bardziej – a także przysłużyć się przy okazji społeczeństwu. Oczywiście wiele osób zarzuciłoby tutaj ponownie idealizację postaci Dory, ale szczerze? Ja tego nie czuję i nie uważam, żeby była jakkolwiek wyidealizowana, szczególnie że jest tutaj wiele scen pokazujących to, że Dora ma jednak uczucia i że też można ją złamać (może nie w 100%, ale jednak). Jedyny mój zarzut, jaki bym miała do kreacji Dory w tym tomie to to, że miałam wrażenie, że trochę za łatwo jej wszystko wychodzi, szczególnie scena ucieczki po opętaniu. Niemniej jednak uważam też, że jednak ta scena – jak na swoją prostotę i łatwość – była naprawdę dobrym ograniem mocy Dory i wykorzystaniem tego, co jej Bogini dała (a, umówmy się, wielu autorów pakuje w swoich bohaterów nie wiadomo ile umiejętności, z których oni później nie korzystają).
Chciałam też podkreślić, że nie wiem czy to tylko moje odczucia, czy faktycznie tak było, ale miałam wrażenie, że Jadowska troszkę namęczyła się nad tą częścią. W sensie to nie tak, że jest ona zła, ale chwilami była dość toporna i kipiała od niekoniecznie potrzebnych opisów przyrody czy otoczenia. I paradoksalnie czytało mi się tę część najlepiej? Ja też tego nie rozumiem, ale chwilami po prostu odczuwałam taką ciężkość pióra Jadowskiej, jakby trochę kończyły jej się pomysły, ale zaraz potem rewanżowała się jakąś zajebistą sceny walki. Niemniej jednak naprawdę widać ten kawał roboty autorki i przygotowania do stworzenia całej fabuły, co odniosło dość spektakularne skutki. I na zakończenie powiem też, że jak od połowy trzeciego tomu zaczynało się czuć tą pełnię stylu Jadowskiej, tak tutaj ten styl wybił poza skalę i pomimo tych potyczek z opisami przyrody to naprawdę ten tom czytało się jak piosenkę! (trochę słabe określenie, patrząc na tytuł, ale naprawdę tak jest!)