A niech cię, Tesla! to z pozoru zwyczajny komiks science-fiction, w którym znajdziemy jednak nie tylko szalonego naukowca i niesamowity wynalazek, ale także rzeczywiste postaci i fakty z jakże powikłanej historii XX i XXI wieku.
Jego fabuła przylega zaś aż nadto ściśle, wręcz osobliwie, do współczesnych niepokojów i lęków, wykraczając tym samym poza zadania, które stawiamy dobrej fantastyce.
Twórca tej historii jest rzecz jasna nie mniej szalony niż Philip K. Dick (nie mówiąc już o Fredricu Brownie), a niektórzy nazwą jego opowieść spiskową teorią dziejów. Jednak tym, którzy nie wierzą w przypadki i wytrwale poszukują prawdy trudno będzie przejść obok jego wizji przeszłych i przyszłych wydarzeń obojętnie.
Jedno jest pewne – dzięki Jackowi Świdzińskiemu jeszcze nie raz usłyszycie o Nikoli Tesli.
Jacka Świdzińskiego znałam z nagrodzonego Paszportem Polityki "Festiwalu" i z tego, jak w 2013 roku doskonale trollował konkurs FORu na "komiks ekonomiczny". Miałam do niego dużo sympatii i planowałam nadrobić starsze rzeczy - dlatego tak się cieszę, że wznawiająca klasyczki @kultura_gniewu wysłała mi nowe wydanie "A niech cię, Tesla!".
Obcowanie z tym komiksem po raz pierwszy jest przedziwne. Na raz przychodzą dwie myśli podczas lektury: 1) nie mam pojęcia, co tu się dzieje; 2) to na pewno nie jest przypadkowe. Zawierzenie drugiej jest kluczową sprawą, bo faktycznie kompozycja powieści składa się na koniec w taką całość, że można (co jest dość niesłychanym efektem) zacząć się śmiać retrospektywnie z żartów, które zrozumiało się dopiero po kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach.
Świdziński jest błyskotliwym nerdem, który chwyta się drobiazgów, ciekawostek i wyzyskuje z nich narracyjne maksimum. To spektakularna robota, zwłaszcza przy tak minimalistycznej (ale i charakterystycznej) kresce. Na "Niech cię, Tesla!" składa się kilka planów akcji, z których jedne wydają się bardziej a inne mniej esencjalne dla opowieści - ale do tych wydawałoby się najmniej istotnych (jak marudzące małżeństwo, luźno rantujące na otaczający ich świat) odczuwałam chyba najwięcej sympatii. To w nich właśnie widać poziom detalicznej przekmimy Świdzińskiego - pełne spektrum materiałów, z których potrafi budować opowieść.
Nie zdążyłam jeszcze nadrobić pozostałych części konceptualnej trylogii tego autora, ale będzie to z pewnością grane w moim lekturowym harmonogramie najbliższych tygodni.
Post powstał w ramach współpracy barterowej z wydawcą.
Tym razem mój ulubiony polski komiksiarz zabiera nas w niedaleką przyszłość, gdzie czeka na nas tajemnicza maszyna, wielki wynalazca, trochę muzyki, uśpieni agenci, ważna szycha i wasi sąsiedzi, którzy zostają świadkami katastrofy. Jest totalnie surrealistycznie i absurdalnie oraz jak zwykle śmiesznie. Żart Świdzińskiego bywa głupkowaty jak ja, więc trafia do mnie bardzo. Mógłby być ten komiks trochę bardziej rozbudowany, chyba nie do końca wykorzystany jest potencjał scenariusza, ale i tak jest fajnie. Widać też jak z biegiem lat Świdziński szlifował swój warsztat i się rozwijał.
Wznowienie komiksu, który swoją premierę miał w 2013 roku. Osobliwy miks science fiction oraz historii XX i XXI wieku.
Charakterystyczna kreska, której nie da się pomylić i inteligencja. Byli agenci sowieccy, Państwowa Inspekcja Radiowa, akcelerator, pękające bębenki, wielki pościg, profeta i geopolityka, Marconi i niepocieszony Tesla. Do tego wszystkiego, spora dawka absurdu, kilka zwrotów akcji i najlepszy humor.
Jest to prosta, ale zgrabna opowiastka. Tuż przed nią przeczytałem "Paproszki", które były szalonym wystrzałem neuronów autora i ten komiks, chociaż pod wieloma względami lepszy, bo bardziej koherentny, zrobił na mnie mniejsze wrażenie.