To miala byc zwyczajna wymiana uniwersytecka. Leslaw Srebron trafia na Finnegany, by spedzic semestr jako wykladowca na tamtejszej uczelni. Wyspy, skryte za horyzontem, nie figuruja nawet na mapach, ale dla tak ambitnego badacza to tylko kolejna inspiracja. Nie ma watpliwosci, ze uda mu sie wcielic w zycie projekt ocalenia cywilizacji Zachodu. Nie moze byc inaczej, skoro za drogowskaz ma proze wielkiego polskiego fantasty, Filipa Wlócznika. Na miejscu nie wszystko jednak wyglada tak, jak sie poczatkowo wydaje. Gdzie przebiega granica miedzy fikcja a rzeczywistoscia? Czy prawda, jaka poznajemy o nas samych, jest wiedza obiektywna, czy tylko kolejna kreacja?
Najnowsza powiesc Wita Szostaka to zjadliwa akademicka satyra, w której dostaje sie zarówno pracownikom naukowym, systemowi ksztalcenia, jak i polskiej fantastyce (oraz zwyczajom seksualnym dzikich). Ale to takze pasjonujaca historia o wspólczesnym Don Kichocie, który nie potrafi zrezygnowac ze zludzen. ,,Sto dni bez slonca" to powiesc szalenie zabawna, strasznie smutna i niebezpiecznie inteligentna.
Wit Szostak (pseudonim, ur. 1976) to polski pisarz, z wykształcenia doktor filozofii, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej. Mieszka w Krakowie. Członek Towarzystwa Tischnerowskiego i miłośnik twórczości Tolkiena. Jest znawcą muzyki ludowej, od kilku lat zapisuje nuty ostatnich skrzypkow ludowych, gra na skrzypcach, gęślach i dudach.
Jako autor debiutował w roku 1999 opowiadaniem „Kłopoty z błaznem” zamieszczonym w „Nowej Fantastyce”.
Jak sam mówi, używa pseudonimu nie po to, by się ukrywać, lecz aby zasygnalizować, że rozgranicza różne dziedziny swoich zainteresowań, jako że pod swoim prawdziwym nazwiskiem publikuje teksty dotyczące filozofii.
Satyra na pseudointelektualistow i zycie uczelniane, wiec powinno byc zabawnie, ja jednak tylko przewracalam oczami. Glowny bohater to wyksztalcony idiota, na dodatek strasznie zarozumialy i myslacy o zbawieniu swiata. Wlasciwie nie ma akcji, bo rzecz dzieje sie na wyspie a wszyscy ( i wykladowcy i rybacy) pochlonieci sa piciem piwa, z wyjatkiem oczywiscie naszego bohatera, ktory, w przerwach w piwie, zbawia Europe i meczy innych swoimi wizjami.
Doceniam pomysl, ale jak dla mnie zbyt monotonna i meczaca.
Satyra akademicka z donkiszoterią na czele. Czytało się płynnie, słuchało równie przyjemnie, a nawet z raz czy dwa się zaśmiałam. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością Wita Szostaka i całkiem możliwe, że nie ostatnie, pomimo 3/5. Niestety, ale nad oceną przeważyła sama istota głównego bohatera. Był naiwny i bardzo irytujący, no ale z czasem da się przyzwyczaić.
Wit Szostak wspaniałym pisarzem jest. Trafia zawsze w punkt. Tworzy niepowtarzalny styl dla każdej powieści. Jest świetnym kreatorem bohaterów.
Opis z tyłu książki jest nieco mylący. Nie wydaje mi się żeby autor specjalnie krytykował pracowników naukowych ,czy system kształcenia. Dostaje się nam wszystkim. Chyba każdy był kiedyś wyszydzany i / lub wyszydzał, a już na pewno każdy z nas żyje w swoim bardziej lub mniej oderwanym od rzeczywistości świecie. W opisie również czytamy, że powieść ta jest szalenie zabawna, tylko nie wiem dla kogo , chyba jedynie dla osób, których cieszy zabawa kosztem innych. Główny bohater bywał irytujący ale głównie wywoływał współczucie.
Donkiszoteria głównego bohatera sprawiała, że czasem zalewała mnie fala krindżu, chciałam wejść do książki i wyjaśnić mu świat, ale mogłam jednie ubolewać i trochę się podśmiechiwać.
Najnowsza powieść Wita Szostaka Sto dni bez słońca budzi ambiwalentne uczucia wśród czytelników. Część z nich podsumowuje książkę jako zabawną i satyryczną, inni zaś twierdzą, że historia Lesława Srebronia, który (nie)przypadkiem trafia na irlandzką wyspę Finnegany, jest smutna, a sam bohater irytujący. Wszak powieść ma formę pamiętnika i trudno uwolnić się od głównego bohatera, z perspektywy którego spoglądamy na niewielką uczelnię gromadzącą humanistów prowadzących nietypowe, zwłaszcza dla dzisiejszej nauki, badania.
Główny bohater, który jest doktorem krakowskiej polonistyki, na jeden semestr przyjeżdża na wymianę na uczelnię St. Bernand College umiejscowionej z dala od cywilizacji, gdzie ma prowadzić zajęcia i swoje badania nad twórczością nikomu nieznanego pisarza fantastyki Filipa Włócznika. Lesław Srebroń zdaje się nie dostrzegać większych różnic między Oxfordem czy Harvardem, gdzie planował jechać, a uczelnią, do której ostatecznie został wysłany. Dla niego St. Bernand College jest miejscem, gdzie nauka żyje, a tutejsze środowisko akademickie jest ogniwem rozwoju dzisiejszej humanistyki.
Nietypowy projekt badawczy doktora Srebronia nieszczególnie się wyróżnia na tle zainteresowań pozostałych członków akademii. Nazwisko Filipa Włócznika, obiektu zainteresowań Lesława, jest jasnym odwołaniem się do polskiego cyklu powieści, kojarzonego nawet przez tych, co fantastyką się nie interesują, a którego autor przez fandom jest najchętniej krytykowany. Pojawiające się w pamiętniku streszczenia powieści Włócznika są nie tylko nawiązaniami do innych książek fantasy, a także ich celem przede wszystkim jest pokazanie stanu dzisiejszej literatury, zapewne nie tylko fantastycznej i nie tylko rodzimej. Po postmodernizmie głoszącym m.in. kryzys literatury, którego dziełami były owoce eksperymentów językowych i formalnych, wydaje się, że literaturoznawcy mają problem z rozpoznaniem dobrej literatury. To co niezrozumiałe bezpieczniej jest uznać za nowatorskie, a co za tym idzie wybitne. Zatem ukryte w nazwie irlandzkiego archipelagu odwołanie do Joyce nie jest przypadkowe.
Można iść dalej i zapoznając się z pracami naukowymi pozostałych członków akademii, jak chociażby Sadhbh O’Sullivan zajmującej się praktycznymi badaniami życia seksualnego pracowników i studentów uczelni czy Jadranki Vidović rozwodzącej się nad motywami winorośli w prozie bałkańskiej – można stwierdzić, że kryzys dotknął także całej humanistyki, a paradoksalnie nie dosięgnął świadomości społeczności archipelagu Finneganów. Czy zatem to miejsce gromadzi naukowców, dla których nie ma miejsca w postępującej zachodniej cywilizacji? Można przypuszczać, że Wit Szostak kreując je, nie tylko stworzył karykaturę humanistyki, która wydaje się tu być zjawiskiem stanowiącym przeszkodę dla rozwoju cywilizacji. Autor subtelnie pokazuje, gdzie jest miejsce błędnych rycerzy.
Donkiszoteria jest najbardziej widoczna u Lesława Srebronia, którego cechuje kierowanie się własnymi zasadami i ideałami niedostosowanymi do realiów, w jakich przyszło mu żyć, niemalejąca wiara w siebie oraz mniemanie o swojej wyższości nad kolegami akademickiej kadry. Brak autokrytycyzmu, bezpiecznego dystansu i zaufania do innych jest zasadniczą przyczyną katastrofy, do której zmierza niczego nieświadom krakowski polonista. I to chyba jest najbardziej męczące w Stu dniach bez słońca – konieczność obserwowania powieściowej rzeczywistości z perspektywy najmniej, z obecnych u Szostaka postaci, racjonalnego i godnego zaufania bohatera, bo już na początku swojej kroniki, kiedy zapewnia o prawdziwości opisywanych zdarzeń, chwilę później temu zaprzecza. Uciążliwe jest przedzieranie się przez jego nadinterpretacje prozy Włócznika, wzniosłe cele, jak ratowanie kultury Zachodu (w jego wykonaniu to walka z wiatrakami), i pełne poświęcenia czyny, w poczet których zaliczyć można miłosierny seks ze starą i osamotnioną gospodynią. Mimo to, w pewnym momencie zaczynamy się oddzielać od myśli narratora i dostrzegać, jaki stosunek do niego mają jego koledzy i koleżanki. Oni jednak nie zdają sobie sprawy z tego, jak daleko jest posunięta naiwność Lesława. Nie spodziewają się, że szepty wokół osoby dziekana zostaną potraktowane poważnie i dowcip zostanie przekształcony w heroiczną misję, której podjęcie się wymaga odwagi i silnego poczucia niezależności, czym bez wątpienia cechuje się jedyny fan Filipa Włócznika.
Sto dni bez słońca to pamiętnik człowieka, który opisując swoje doświadczenia podczas wymiany, próbuje nie tylko zdefiniować tożsamość i powołanie akademickiego humanisty. Jego nadzieje na rozwój intelektualny w międzynarodowym gronie i krzewienie wśród studentów wartości ocalających kulturę Zachodu nie zostały spełnione. Zatem krótkie zapiski Srebronia omawiające i pozornie porządkujące poszczególne elementy obrazu Finneganów służą też poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: co przyczyniło się do klęski bohatera. Wnioski, do jakich dochodzi Srebroń, są zatrważające. Szostak wyśmiewa zapatrzonych w siebie wykładowców przekonanych o swojej nieomylności oraz próbujących przekonać studentów do swoich zainteresowań, by nie rzec dosadniej: obsesji naukowych, w których dokonania merytorycznie nie są tak istotnym osiągnięciem, jak ich autorom się wydaje.
Ponoć przy zachowaniu obojętności wobec dalszych losów narratora powieść Szostaka jest odczytywana jako wyrazisty dowcip o akademickim środowisku i wszystkim co ma tworzyć kulturę przez duże K. Dla mnie jednak jest to dramatyczna historia człowieka, którego nie stać na autorefleksję, samokrytycyzm i trzeźwą ocenę rzeczywistości, nawet w momencie, kiedy reszta świata od niego się odwraca i klarowne jest, że na tę obojętność, a w ostateczności i wygnanie ze społeczności sam sobie zapracował. Jeszcze bardziej przykry jest fakt, że takie jednostki jak Lesław Srebroń, skazane tylko na samotność, której nie da się uniknąć przez przybranie lokalnej maski choćby w postaci tweedowej marynarki i kaszkietu, istnieją naprawdę. To osoby, które nie chcą uznać świata takiego jaki jest i uciekają w wyimaginowaną krainę, gdzie prawdziwy obraz rzeczywistości miesza się przekłamaniami wykreowanymi przez umysł, dokładnie tak jak w Stu dniach bez słońca. Zastanawia mnie jeszcze jedno, czy Srebroń idealizował świat, czy przez deklarację, że to co pisze jest kłamstwem, chciał zachować twarz jako satyryk?
po kilkunastu stronach, zmęczona stylem książki, zamknęłam ją i zerknęłam na opis. Otóż to pastisz!!! Od razu czytało mi się lepiej. Wit Szostak eksperymentuje po różnych stylach literackich, po różnych zaułkach prozy, jednak mnie najlepiej czytało się jego klechdy smoczogórskie. Ten pastisz, choć miejscami zabawny, trochę mnie znudził. Ale zdjęcie w tweedzie na tyle - rasowe!.
Relacja czytelnika z głównym bohaterem ulega ciągłej ewolucji, od irytacji i niechęci, poprzez współczucie i pobłażliwość, nawet do sympatii. W trakcie lektury zaczęłam rysować w głowie przebieg wydarzeń odmienny od wizji narratora, co tylko bardziej wciągało.
Podobało mi się! Dobra satyra, która trochę nadużywa gościnności czytelnika (overstays its welcome), ale ogólnie jest to mocna pozycja. W sposób zarówno zabawny jak i smutny pokazuje odklejenie od rzeczywistości i narcyzm niektórych akademików, a także inne kwestie życia akademickiego.
Książka absolutnie realistyczna w sensie sportretowania głównego bohatera. Znam takiego człowieka osobiście, nawet z nim pracowałam czas jakiś (gehenna każdego dnia). Portret jest tak doskonale utrafiony, że aż na ramię własne zerkam z niedowierzaniem w poszukiwaniu śladów umocowania kamery lub blizn po pazurkach dusznych autora. Wszystko w postaci Lesława Srebronia się zgadza: i język, i nadmierne poczucie własnej wartości i nieomylności, i poczucie Misji do wypełnienia, i nadęcie, i protekcjonalne traktowanie innych, i robienie im łaski na każdym kroku, wymyślanie tak spod palca teorii spiskowych, które ukorzeniają się na mur, i budowanie na tym murze kolejnych wstrząsająco "wnikliwych" konstrukcji, no... coś niesamowitego. "Mój" człowiek, jak żywy. Jednym z deklarowanych motywów postępowania bohatera jest pewna nuta szlachetności czy chęć pomocy innym. Tyle tylko, że ci inni w ogóle tej pomocy nie chcą, ba - nawet do głowy im nie przyszło, że mogliby swoimi osobistymi problemami komuś głowę zawracać. Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane: srebroniowa szlachetność odczytywana jest przez otoczenie jako wścibstwo i natręctwo, i wywołuje odruchowy odruch obronny. Jednak ten nie umie właściwie odczytać dawanych mu sygnałów, a raczej odczytuje je opacznie, dorabia do nich wydumane uzasadnienia, które i śmieszą, i straszą. A wszystko dzieje się na przysłowiowym krańcu świata, gdzie akademicy w oderwaniu od rzeczywistości mogą prowadzić doprawdy zdumiewające badania naukowe. Absurdalnie zdumiewające, ale zaaprobowane i sfinansowane przez jakąś Wysoką Komisję. Opis tworzenia planu jednego z takich grantów jest świetny: stopniowo forma dominuje treść, a początkowe rozbawienie czytelnika powoli zamienia się w jeden wielki znak zapytania: jak to możliwe, że za takie wypociny ktoś będzie chciał zapłacić? Satyra jest to znakomita, i jak to z dobrą satyrą bywa, bezlitośnie wywleka na światło dzienne absurdy środowiska akademickiego i równie bezlitośnie je ośmiesza. Ale nie jest to książka hermetyczna, cytowane w powieści fragmenty i garść peanów na cześć wielkich dzieł wielkiego fantasty Filipa Włócznika z pewnością zainteresują fanów gatunku, którzy będą mieli możliwość wytropienia pierwowzorów. Z czystym sumieniem polecam.
Apoteoza żenady... i na tym można by zakończyć opis, gdyby to książka była żenująca. Wit Szostak stworzył jednego z najbardziej oryginalnych bohaterów literackich, a przy tym absolutnie odpychających i żenujących właśnie. Do tego stopnia, że jako czytelnik wstydziłem się za niego. "Sto dni bez słońca" jest swoistym dziennikiem polskiego wykładowcy Lesława Srebronia, który wyjechał na staż na wyimaginowane wyspy Finnegany, gdzieś na północ od Irlandii. Przekonany o swoim geniuszu idealista prowadzi nas przez meandry swego odbioru rzeczywistości, którą zawsze dopasowuje do własnej wizji świata. Śmiem rzucić tezę, że Lesław Srebroń to dorosła przepoczwarzona postać... Kubusia Puchatka. Ten sam egoizm, zadufanie i głupota.
Reasumując, rzadko czytanie książki stawia czytelnika w aż tak niewygodnych sytuacjach, a przy tym nie napastuje brutalnością czy pornografią - i to niech świadczy o swoistym geniuszu autora. Książka godna polecenia osobom, które szukają nowych i/lub nietypowych doznań w literaturze.
Na pewnej deszczowej wyspie, gdzieś na Wyspach, pewien polski naukowiec odbywa postdoca. W jego dzienniku odkrywamy megalomańskie zapiski o planach stworzenia monumentalnej monografii zmieniającej oblicze polskiej humanistyki. Niezrealizowane ambicje naukowiec kompensuje sobie rozbudowanymi wyobrażeniami o swoim otoczeniu, które w krótkim czasie stają się nierozerwalnie splecione z szarą rzeczywistością.
Ponura satyra na polskie środowiskiem naukowe, w którym genialne odkrycia (o których nie ma w powieści mowy) koegzystują z nic nie wnoszącymi badaniami. Autor obnaża bezsilność aparatu uczelnianego wobec jednostek przeciętnych, ale mimo to potrafiących zająć wysoką pozycję w hierarchii uniwersytetu.
To jedna z tych książek, które czyta się bardzo szybko, przyjemnie i z uśmiechem, a problemy zaczynają się przy refleksjach. Świetnie napisana, przerażająco celnie portretuje człowieka zagubione w oszukiwaniu samego siebie. Przez "secondhand embarassment" boleśnie czytało mi się smutne perypetie Srebronia. Problematyczna jest też satyra akademicka, która jest aż nazbyt groteskowa i nisko latająca - feministka jest nimfomanką, stary profesor sypia z młodą panią doktor, a studenci spółkują w toaletach. Warto jednak przeczytać dla samego Srebronia.
Satyra ze środowiska akademickiego. Przez całą książkę zastanawiałam się: ‘O co tu kurde chodzi.’ I niestety kończąc ją nie otrzymałam odpowiedzi.
Pióro autora niesamowicie wciągające, ale główny bohater momentami irytuje. Lesław Srebroń ma tendencję do popadania w skrajności. Bardzo często miota się od pokory i służalczości, do wyższości, nieomylności i zadufania.
Amusing and annoying at the same time. Written in a nice language, but deliberately from a perspective of totally oblivious and self-important little man. I hoped something more vile happens to him at the end.
Bardzo dużo odniesień do klasyków literatury, prawdziwa gratka i zabawna łamigłówka dla literaturofilów :) Doszukać się tu można m.in. Cervantesa, Joyce'a, sióstr Bronte, Bułhakova oraz Dostojewskiego.
Parodia rozintelektualizowanego stylu huministycznego. Na początku denerwuje, potem sie przyzwyczaja do konwencji, i śmieszy. Można się w sumie uczyć pewności i wiary w siebie od głównego bohatera.
Niespodziewanie Szostak prezentuje się w zabawnej odsłonie. Ciekawa podróż warsztatowa w kierunku pastiszu i satyry. Bohater jednowymiarowy, kojarzący mi się z Lesiem Chmielewskiej, ale z jakimi (zeitgeist) zagadnieniami się mierzy, jak ważkie problemy zajmują jego głowę. Jednak trudno uciec od samonasuwającego się wniosku: wyśmiewany obiekt nie jest celem krytyki. I tu chce się skwitować: niestety.