Ulewny lipiec 1903 roku. W Rzymie kona papież, a Kraków nawiedza wielka woda – Wisła występuje z brzegów i zatapia miasto. Rzeczywistość się zmienia, lecz nie dla samozwańczej detektywki Zofii Szczupaczyńskiej, która musi rozwiązać kryminalną zagadkę. Ofiary są dwie: jedna znaleziona w rzece, druga w wannie.
Profesorowa Szczupaczyńska rzuca się w wir śledztwa i próbuje wyłowić prawdę ze świadków, którzy nabrali wody w usta. Na trop naprowadza ją list denata wysłany przez niego przed śmiercią.
Czy ulice zmienione w rzeki powstrzymają nieustępliwą śledczą, a dowody rozmytych zbrodni wypłyną na światło dzienne? I czy w końcu szacowny mąż profesorowej odkryje, w czym tak naprawdę jego żona czuje się jak ryba w wodzie?
Maryla Szymiczkowa, wdowa po prenumeratorze „Przekroju” w twardej oprawie, królowa pischingera, niegdysiejsza gwiazda Piwnicy pod Baranami i korektorka w „Tygodniku Powszechnym”. Dziś co niedzielę, po sumie w Mariackim, można ją spotkać na kawie u Noworola, a wieczorami w Nowej Prowincji.
Marylę Szymiczkową powołali do życia literaci:
Jacek Dehnel (ur. 1980) pisarz, poeta, tłumacz. Prowadzi bloga poświęconego międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”.
Piotr Tarczyński (ur. 1983) tłumacz, historyk, amerykanista. Krakus od pokoleń, od dziesięciu lat na emigracji w Warszawie.
Misterność jeżeli chodzi o koronkową dłubaninę w krakoskiej historii, budynkach, ulicach. Napisane bardzo dbale, niemniej, to już nie są dla mnie zagadki kryminalne. To opowieść o pocztówkach, zapomnianych przedmiotach pozostawionych w mieszkaniach na wynajem, które żyły zupełnie inaczej 100 lat temu. Dla mnie nostalgiczne i tylko, a może aż, tyle.
Sympatyczna, lepsza zdecydowanie od dwóch poprzednich tomów, ale jeśli ja jestem w stanie przewidzieć, kto zabił, to nie wiem, czy intryga nie jest zbyt prosta xD
Ta seria nie zawodzi. Profesorowa Szczupaczyńska tym razem na tropie topielca, czy raczej topiącego. W czasie powodzi utonięcia się zdarzają, rzadko jednak we własnej wannie i to bez śladu walki. Do tego okazuje się, że Zofia z Glodtów Szczupaczyńska zdobyła już w Krakowie renomę jako detektywka-amatorka, więc zostaje, niejako w ramach komunikacji post mortem, zatrudniona do rozwiązania sprawy utonięcia. Po drodze jeszcze jednego topielca wyławiają jej dosłownie pod wykuszowym oknem (którego jej zazdroszczę). Czy te sprawy są powiązane? Czy Ignacy Szczupaczyński ma w sobie zadatki na społecznika? Jak powódź dzieli Kraków na dwa miasta - jedno suche i jedno mokre? I jak to jest pływać w balii po ogórkach kiszonych? Maryla Szymiczkowa odpowiada na te wszystkie pytania. Fabuła trzyma w napięciu, obserwacje obyczajowo-historyczne jak zwykle są wnikliwe, barwne i przenoszą czytelniczkę do Krakowa z początku XX wieku, postaci wyraziste i wiarygodne. Zaczęłam czytać w środku nocy, bo nie mogłam spać i skończyłam przed południem (z przerwą na drzemkę). Szymiczkowa ratuje mnie przed zimowym spleenem.
Szczupaczyńscy przeprowadzili się do innej dzielnicy, która zostaje zalana podczas powodzi. Profesorowa jest świadkiem wyławiania trupa z wody. W tym samym czasie dociera do niej list człowieka, który został utopiony w wannie tuż po wysłaniu do niej listu z prośbą o pomoc. Dwa trupy i tylko jedna profesorowa, bo jej służąca prowadzi własne dochodzenie w innej sprawie. Dużo się tu dzieje, czyta się to z uśmiechem na ustach – trochę historii, trochę obyczajów, odpoczynek dla głowy. Dla miłośników serii must read. Można czytać poza serią, ale nie warto nie znać poprzednich śledztw Szczupaczyńskiej.
Najnowszy tom przygód błyskotliwej analityczki zbrodniczych występków wprost z XIX wiecznego Krakowa spełnił moje oczekiwania. Tym razem Profesorowa Szczupaczyńska przemierza zalane wodami powodzi ulice, aby wyjaśnić zagadkę dwóch utonięć, a zdeterminowana jest do tego stopnia, że nie zawaha się nawet wsiąść do balii. Jak zwykle jej spryt i rezon okazują się być skuteczniejsze niż cała cesarska policja. Zagadka jest wciągająca, pojawiają się ciekawe wątki społeczne, a nawet feministyczne, można się zaśmiać i dowiedzieć sporo o ówczesnej obyczajowości i modzie, język jak zwykle spójny i świetnie wystylizowany, wszystko, za co lubię tę serię. Coraz trudniej jest mi jednak znosić główną bohaterkę. Okropna, pełna pychy klasistka, wiecznie wywyższająca się, przeświadczona o własnej wyjątkowości, traktująca wszystkich - od służby, przez męża, po oficjeli - wybitnie protekcjonalnie. Te wszystkie jej przywary, które w poprzednich tomach ujawniały się jakoś delikatniej, w tym wypływają na wierzch razem z falą powodziową i napawają mnie dużą antypatią wobec protagonistki. W niektórych momentach, szczególnie w tych, w których dostojna mieszczka ma do czynienia ze stanem niższym od swojego, aż zgrzytałam zębami. Takie wspaniałe przemyślenia jak „Litość jest pracochłonna - pomyślała Zofia skubiąc chwościki przy parasolce, kołysana miarowo falami - współczucie jest pracochłonne. Nawet jeśli człowiek nie angażuje się w żadne akcje dobroczynne, wraca zmęczony samym patrzeniem na to, że komu innemu jest źle”. Albo porównywanie służących do mebli w robotniczych kantorkach „Nieozdobne to, niezbyt urodziwe, ale znakomicie i cierpliwie spełnia swoją rolę.”. Naprawdę nieznośna. Rozumiem, że to ma w jakiś sposób oddawać klimat epoki, ale w niczym by mi nie przeszkadzało, gdyby to była bohaterka neutralna i sympatyczna. Aż boję się pomyśleć co pokaże w kolejnych tomach.
Pani Maryla Szymiczkowa tym razem prowadzi prywatne dochodzenie w sprawie dwóch utonięć w trakcie powodzi w Krakowie w 1903 roku. Czy to zabójstwa, czy wypadki? A służąca Maryli, Franciszka Gawęda, stara się na własną rękę znaleźć oszustkę wyłudzającą pieniądze od naiwnych dziewcząt. Czy wszystkie sprawy uda się rozwiązać?
Tym razem te przenosiny do Krakowa sprzed 120 lat podobały mi się bardziej niż poprzednio (w Złotym rogu).
Każdorazowa duża porcja smaczków i ciekawostek o historii Krakowa, będąca wisienką na trociku kryminalnej intrygi. Kolejne tomy utrzymują zacny poziom: są zabawne, ironiczne, bawią się przystawianiem lustra do współczesnej Polski, żeby mogła się w nim przejrzeć za pomocą niezliczonych aluzji i nawiązań (gry słowne, sytuacyjne, zabawne antycypacje bohaterów). Przy okazji tego tomu miałem wrażenie, że historyczne tło jest subtelniej nakreślone, jeszcze bardziej spójnie wpasowane w tkankę powieści, a przecież i tym razem sprawy światowe absorbują krakowskie ulice i kawiarnie. Dla wielbicieli przygód profesorowej, ale również dla zwolenników klasycznego kryminału w stylu Agathy Christie to z pewnością będzie bardzo przyjemna lektura. Może ten cykl to nie jest każdorazowe bicie rekordu, ale nie mam wątpliwości, że za każdym razem jest pokonywana poprzeczka zawieszona na więcej niż przyzwoitym poziomie.
Ach, cudowna intryga, zalany Kraków i te opisy fantastycznych środków lokomocji w odmętach Rudawy-Wisły vel Wisły-Rudawy. I sama nie wiem, czy mi przykro, że żadnego romansu tym razem nie było czy wręcz przeciwnie. Za to kibicuję Franciszce i własnej sprawy, i lepszej pozycji w domu Szczupaczyńskich, i (co mnie zaskoczyło!) podwyżki ❤️
Podobała mi się bardziej niż czwarty tom, jednak brakowało mi sędziego śledczego Klossowitza. Mam wrażenie, że w tym tomie było strasznie mało scen z jego udziałem. Cieszę się, że to co mogliśmy przeczytać w prologu, nie było prawdziwe (no przynajmniej w większości), bałam się o Franciszkę za każdym razem gdy wspominała o swoim śledztwie.
This entire review has been hidden because of spoilers.
3.5 Po słabiutkim Złotym rogu zdecydowany powrót profesorowej do formy w najzabawniejszej dotąd części cyklu. Dodatkowo Franciszka prowadzi własne śledztwo!
megaaa! kryminał w stylu retro, piękny język. super opisy Krakowa z 1903 roku, można się dowiedzieć z tej książki jak wtedy wyglądało tam życie i jakie ludzie mieli obyczaje. główna bohaterka detektywka jest świetną postacią, barwną i pewną siebie. do tego książka momentami jest śmieszna, naprawdę fajnie mi się czytało i napewno przeczytam inne części ❤️
Profesorowa Szczupaczyńska wraca w najlepszym stylu! Styl jak zawsze piękny, zagadka ciekawa, a interpretacja Doroty Segdy – wspaniała na tyle, że śmiem twierdzić, iż książka jeszcze zyskuje w audiobooku. Czekam na następną część.
Dlaczego nie lubił kryminałów? Proszę. Ot, dlaczego.
Jest prawdą dobrze znaną tym, co wiedzieli coś o Szocie, że nie umiał odłożyć na półkę żadnego kryminału, dopóki nie dotarł do rozwiązania zagadki. Lektura kryminałów wprawiała go - następnego ranka - w nastrój jednocześnie nieprzysiadalny, jak i bardzo spoczywalny.
Bywało, że - niczym bohater pewnej dość udanej noweli - widywany był “owinięty płaszczem, z książką na kolanach”. A “pod mętną kopułą nieba rozciągała się dokoła niezmierna szyba pustego morza. Ale w próżnej, jednolitej przestrzeni brak wewnętrznemu zmysłowi także miary czasu i drzemiemy w niewymierności”. Otóż to - brak miary czasu był błędem, który popełniał za każdym razem, gdy sięgał po kryminał.
Czytywał różnych autorów. Nie był wybredny, więc i brukowe powiastki trafiały do jego rąk. Pewien styczeń zmarnotrawił na dzieła niemal wszystkie Agathy Christie. Był to miesiąc spędzony samotnie, a jak wiemy, samotność rodzi to, co “opaczne, nieproporcjonalne, niedorzeczne i niedozwolone”. Był to - w efekcie - ciekawy początek roku u naszego czytelnika.
Wiedząc o swojej smutnej, niemal chorobliwej przypadłości, bohater tych wspomnień wystrzegał się lektur dzieł, w których trup zjawiał się na zawołanie szybciej niż służąca Franciszka, na którą ciągle wyrzekała pani Szczupaczyńska, bohaterka ulubionej serii kryminalnej Szota. Ulubionej, bo wychodzącej w przyzwoitych interwałach. Ich autorka, Maryla Szymiczkowa nie kazała nigdy na siebie zbyt długo, ale też nie rozpieszczała swoich czytelników nadmierną obecnością. Sama wciąż pozostawała tajemnicą dla gawiedzi.
Wiodło się jej z pewnością przyzwoicie, skoro - jak głosiła nota oficyny na okładce woluminu - miała aż dwóch plenipotentów. Ah, mieć dwóch plenipotentów - dumał z pewnością Szot - czytając “Śmierć na Wenecji”, piątą już opowieść o pełnym przygód życiu profesorowej Szczupaczyńskiej i jej męża profesora Ignacego Telesfora Szczupaczyńskiego herbu Wadwicz z “tych” Szczupaczyńskich, co akurat oznaczało rodowy dworek w Rybnej. Przygody były też o śmierci, a trup wyłonił się w “Śmierci na Wenecji” - jak na kryminał przystało - szybko.
Choć Szymiczkowa w odnalezionych niedawno przypadkiem, listach do Piotra Tarczyńskiego, pisarza i tłumacza “na wskroś lirycznego”, jak to kiedyś o Prusie napisano, zapowiadała, że piąty tom przygód Szczupaczyńskiej będzie wiązał się z wielką przeprowadzką profesorostwa, nikt nie mógł przewidzieć, że będzie to oznaczało wciąż Kraków. Są - o czym Szot wiedzieć musiał - przyzwyczajenia, które trudno porzucić.
Był to czas rewolucji. Jak pisała Szymiczkowa, “Kraków wkraczał w wiek XX z zawrotną prędkością tego diabelskiego wynalazku, od paru miesięcy szerzącego chaos na ulicach miasta: automobilu, który onegdaj koło Barbakanu prawie rozjechał nieszczęsną panią Domańską”. W tymże Krakowie, w roku 1903, za “zwieńczonymi półkoliście oknami na drugim piętrze” kamienicy Pod Śpiewającą Żabą działy się rzeczy niesłychane, a - jak wspominali postronni - wszystko zaczęła się od stłuczonego nocnika. Bezcennej pamiątki z dworu w Rybnej. A może od wielkiego deszczu, który sprawił, że Wisła zalała dopiero co zasiedlone przez Szczupaczyńskich, okolice. Kto to dzisiaj wie?
Dlaczego nie spał? Szot, nie Szczupaczyński. Bo z wypiekami na twarzy śledził przygody profesorowej, którą jak zawsze trafiała do miejsc, do których niemal nikt już w jego czasach nie docierał. Na przykład do biblioteki. Szukając odpowiedzi na pytanie “Czy urningowie to jakieś stowarzyszenie? Jak masoni czy martyniści?” Szczupaczyńska wybrała się tam, gdzie kiedyś znajdowano odpowiedzi na pytania graniczne. Czy profesorowa znalazła odpowiedź? Dlaczego halabardnik z bokobrodami był szczytowym osiągnięciem fantazji profesorowej? I co złego zrobił student Dehnel, że pewnego dnia profesorowa Szczupaczyńska postanowiła go “obsobaczyć”? O tym czytał Szot, a wokół “była noc i zmysły jego nasłuchiwały”.
“Gdy jednak tak głęboko pogrążał się w pustce, nagle horyzontalną linię plaży przecięła postać ludzka i kiedy wycofał swe spojrzenie z bezgranicza i skupił je, wtedy nadchodząc z lewej piękny chłopiec przeszedł przed nim po piasku…” A nie, to już inna opowieść.
Sięgnijcie po nową Szymiczkową. A - jak nie znacie poprzednich - po wszystkie dzieła Szymiczkowej. Jest to twórczyni zaskakująco oczytana, zdawałoby się, jakby dwie pisarki w niej tkwiły i podpowiadały tematy, wątki i przeróżne aluzje. Efekt - jak zawsze - piorunujący jak spojrzenia profesorowej Szczupaczyńskiej. Dodać należy, że tym razem Szymiczkowa postanowiła spojrzeć na opisywane przez się czasy oczami innej bohaterki, ale o tym - jak na Kraków przypadło - cichosza.
Niestety w skrzyni listów Szymiczkowej do Tarczyńskiego nie zachowała się - triumfalna zapewne - korespondencja z czasów po wydaniu “Śmierci na Wenecji”. Znaleziono jednak - zapewne omyłkowo zaadresowane do słynnej pisarki - listy Tarczyńskiego z fotografiami, które z pewnością poruszyłyby Szczupaczyńską. I może nawet brodatego halabardnika. Ale o tym opowiemy wam w innym czasie. Miłej lektury!
(cyt z Manna w przekładzie Staffa i oczywiście Szymiczkowej)
Kolejny kryminał i oczywiście kolejna książka, która okazała się entą częścią jakiejś serii. Ja mam po prostu talent do znajdywania takich książek.
Akcja w bardzo wczesnym XX wieku (roku 1903) mnie kupiła od razu. Na dodatek historyczne wydarzenie - powódź w Krakowie i wzmianki o papieżu, Leonie XVIII - i już mamy wspaniałą otoczkę miejsca akcji. Później jest już tylko lepiej.
To, w jaki sposób Pani Szymiczkowa operuje językiem, jest absolutnie wspaniałe! Długie zdania, trudne dla nieobeznanych z polszczyzną aż tak dobrze, co tylko dodaje tej książce dojrzałości. Czas zaprzeszły, który przecież już został niemal zapomniany przez nas w tej dzisiejszej mowie i nie używa się już go tak często również tam występuje, uświadamiając nas jeszcze bardziej, że są to czasy sięgające ponad wiek temu.
Niekiedy humorystyczne, barwne opisy, interesujący bohaterowie (z których najbliższy mi pozostanie profesor Ignacy Szczupaczyński) i sama fabuła przyciągają niemal od razu (może dlatego tę książkę przeczytałam w dwa dni). Zofia to naprawdę intrygująca osoba, bardzo dobra detektywka (może nie genialna, bo jednak do Sherlocka Holmesa jej trochę brakuje) i ja dostrzegam w niej niemały potencjał oraz mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że niegdyś może stać się taką krakowską Panną Marple. Mimo to Zofia coś wspólnego z Holmesem ma - lubi robić na zakończenie sprawy małe "show", choć to tylko wniosek po tej książce, gdyż nie widziałam profesorowej w akcji we wcześniejszych sprawach i nie wiem, jak tam się zachowuje
Jest kilka szczegółów, które zawsze mnie kupią w kryminale, zwłaszcza z tamtych czasów. Uśmiech na mojej twarzy pojawia się zawsze, kiedy ktoś, nawet w prostej i krótkiej rozmowie czy opisie, wspomni w książce mego ulubionego prywatnego detektywa-konsultanta. Oczywiście doskonale poprowadzone opisy, uświadamiające mi, który jest konkretnie rok. Długie opisy, które, choć są długie, nie są jednak wodolejstwem i naprawdę pomagają wyobrazić sobie wygląd Krakowa (albo innego miejsca!) z tak odległych już nam czasów, że niemal odeszłych w zapomnienie.
Podsumowując, z pewnością zostanę z Panią Szymiczkową i jej serią na dłużej (ze względu na Ignacego, ale... raczej tego nikomu nie powtarzać). Kto wie, może procesorowa Szczupaczyńska przypadnie mi tak do gustu jak Sherlock Holmes? Co wątpliwe nie jest, biorąc pod uwagę, że jest kobietą, na którą w dziedzinie detektywistyki zawsze w tamtych moich ulubionych czasach miejsca niestety brakowało.
Lubię te książki o profesorowej Szczupaczyńskiej, pasują mi zdecydowanie najbardziej ze wszystkich "retroykryminałów", jakie znam.
Tym razem jak zwykle mamy przewspaniale odmalowany Kraków; dla osoby z dość nikłą wiedzą historyczną cudowne jest bogactwo szczegółów codzienności. Harda, zadziorna, KRZEPKA profesorowa Szczupaczyńska pragnąca mieć jakiś fragment życia tylko dla siebie, tajemnicza zbrodnia, zwodzące na manowce detale, realistycznie odmalowane postaci.
Podoba mi się to, że niektóre fragmenty poszerzają moją wiedzę o świecie i historii (często w nieoczekiwany sposób - nigdy sama z siebie bym nie pomyślała, że kiedyś Warszawa mogła być za granicą), a w innych wręcz czuję, jak dobrze Autorzy się bawili podczas pisania. Jasne, jestem pewna, że proces twórczy, w tym pewnie długie godziny poświęcone na research, a potem cyzelowanie tekstu, w pewnym momencie stają się nużące, ale niektóre akapity mają w sobie jakiś taki "błysk", szelmowskie puszczenie oka do czytelnika, w których Autorzy szepczą "Hej, fajnie jest", a nam pozostaje tylko się z tym zgodzić.
Nie jestem fanką fragmentów, w których Szczupaczyńska monologuje samodzielnie nad możliwym przebiegiem zbrodni, raczej chyba wolę staroświecką narrację, gdzie jako czytelnicy mamy podane wcześniej wszystkie szczegóły, a reszty (aż do odkrywczego zakończenia) musimy sami się domyślać. To jednak kwestia mojej preferencij i choć wspominam o niej z kronikarskiego obowiązku, to uważam, że niekoniecznie powinna ona wpływać na ocenę kogoś innego.
Chciałoby się więcej. Czy to Szczupaczyńskiej, czy to nowych monologów Franciszki, czy tego Krakowa z początku XX wieku, czy tych barwnych postaci i stosunków społecznych. I, oczywiście, szelmowskiego puszczania oka.
Miło się czyta, niewiele dłużyzn, ciekawy pomysł z wprowadzeniem środowiska urningów, ładnie wystylizowane - krótko mówiąc trzyma dobry poziom całej serii. Jedyna uwaga to dbałość o pewne szczegóły, których przeoczenie razi tym bardziej, że przecież jedna połowa "małżeństwa pisarzy", które powołało do życia Szymiczkową, to prawdziwy wulkan przemądrzalstwa, którym zionie w mediach społecznościowych. Zatem - nie Śniatyń, tylko Śniatyn, stąd odmiana "do Śniatyna", a nie "do Śniatynia" (s. 123); oczywiście, nie "Kołymyi", tylko "Kołomyi" (s. 167). Malownicza, ale jednak absurdalna jest teza, że Wiedeń i zwłaszcza Preszburg lekarze zgromadzeni na zjeździe postrzegali jako "kraj", podczas gdy Warszawa i Białystok były dla nich "zagranicą". Przecież to epoka, w której usypano we Lwowie Kopiec Unii Lubelskiej, młodzież z Litwy i Rusi ciągnęła na nauki do zakładu wychowawczego w Chyrowie, była w całej Galicji akcja stawiania pomników Mickiewicza, a niedługo później - pomników grunwaldzkich. Warszawa może i leżała za granicą, ale dla krakowian nie była "zagranicą". Obecność Preszburga na tej liście to w ogóle absurd, bo jako Pozsony leżał na Węgrzech i w ogóle częściej zwano go "Pożoniem" niż "Preszburgiem" (s. 167). Niemniej to drobiazgi. Warto przeczytać.
Profesorowa Zofia Szczupaczyńska znowu w akcji. Cóż więcej dodać. Dwie refleksje: wątki o Franciszce i jej obowiązkach, oraz o okolicznościach odejścia Marianny spokojnie mogłyby się pojawić jako przykłady w "Służących". Oraz przykro czytać, kto odebrał medal za śledztwo.
Jednak najpiękniejsze w tej serii jest to, jak często trzeba sięgać po telefon, żeby sprawdzić coś, czym się osoba czytająca zaciekawi: kim są urningowie, jak wygląda opakowanie papierosów Hadges Nessim, czym jest szkandela, jak się prezentuje Kamienica pod Spiewającą Żabą i inne budynki architekta Talowskiego, jaki jest przepis na ciasto carmen.
Cytat: "Pod koniec roku nagrodę imienia Nobla dostała Polka, pani Skłodowska - ale tylko z grzeczności, przy mężu, jak wyjaśniali swoim żonom krakowscy profesorowie."
nasza polska panna Marple znowu ratuje dobre imię służb Krakowa.
nie jest to moja ulubiona część, zagadka wydaje mi się najmniej interesująca, ale całe tło obyczajowe i historyczne nadrabia za wszelkie braki. czytanie o ówczesnym Krakowie, zmieniającej się mentalności, wydarzeniach w tle (papieżomania!) i relacjach międzyludzkich jest fascynujące. na tyle, na ile obserwuję działalność autorów w sieci i ich przygotowania do pisania, wierzę w obraz tego świata i bardzo podoba mi się umiejętne wplatanie wydarzeń faktycznych z tworami wyobraźni. przygody profesorowej są zabawne i mogłabym czytać je bez końca, choć brakowało mi tu więcej relacji z mężem i ich rozmów, w których zawsze było sporo bystrych przemyśleń i ciepła.
cudowność. czytałam ostatnio sporo dobrych książek, lecz zarazem mam wrażenie, że dawno żadna nie dała mi tyle nieskrępowanej radości z czytania.
opisy ogarniętego powodzią krakowa i jego wszystkich absurdów wprost cudowne, nie wiedziałam, że potrzebuję w zyciu wizji profesorowej płynącej przez krakowskie ulice kadzią na ogórki kiszone.
intryga kryminalna może nie jakoś wybitnie skomplikowana, ale, prawdę powiedziawszy, czytam te książki mniej po to, by dowiedzieć się, kto zabił, a bardziej dla całej historycznej i komediowej otoczki.
Twórcy tym razem ostro popłynęli. Z fali pomysłów wybrali chyba to co najlepsze i na wierzch finalnie wypłynęło coś, co łączy najlepsze elementy tomów poprzednich z odrobiną nowoczesności (mamy w końcu Kraków na początku wieku XX) i szczyptą akcji, choć w tym ostatnim aspekcie na szczęście się nie przelewa.
To morderstwo nie jest może najciekawsze, ale i tak stanowi ulgę po rozczarowaniu z poprzedniego tomu. Dużo ważniejsze - jak zwykle - i tak jest tło i portret społeczeństwa, podejrzanie wręcz podobnego do tego sto dwadzieścia lat później. Przyjemna lektura.
ciekawe tło ale formuła chyba się wyczerpała... 3 część nadal najlepsza, późniejsze szukają siebie i często dobijają do ściany zagadka mało misterna, niepotrzebne wstawki do czytelnika, cliffhanger na początku zbędny