Przejmująca powieść o rodzinie, którą porywa prąd wielkiej historii.
Mikołaj Łoziński powraca z kontynuacją bestsellerowego Stramera!
Dorosłe już dzieci Nathana i Rywki Stramerów rozdziela wojna. Wela z mężem przedostają się ze Lwowa do Warszawy, gdzie na różne sposoby próbują przetrwać. Nusek znajduje pracę w podwarszawskim Konstancinie i wsiąka w towarzystwo partyzantów, bimbrowników, antysemitów. Rudek i Rena trafiają do Stalińska na Syberii. Hesio zostaje wysokim rangą oficerem armii Berlinga. Salek działa we francuskim ruchu oporu. Córka Rudka, Róża, najmłodsza z rodziny Stramerów, ukrywa się u swojej przedwojennej opiekunki Babuni w pełnym okupacyjnych niebezpieczeństw Krakowie.
Wszyscy oni pragną choć namiastki normalności. Świat Stramerów to świat zwykłych ludzi, Żydów i Polaków, chcących przetrwać za wszelką cenę w obliczu toczącej się wokół wojny.
Mikołaj Łoziński (ur. 1980 w Warszawie) – polski pisarz i scenarzysta, laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich (2007) i nagrody Paszport „Polityki” (2012).
Świetna powieść, ale mnogość wątków pozostawiała mnie z ciągłym niedosytem. Niektórym bohaterom było poświęcone dużo więcej miejsca niż innym – i to niestety nie tym, którzy najbardziej mnie interesowali.
Plus: marzy mi się osobna powieść o dorosłej Róży!
Bardzo dobra wielowątkowa powieść o wojennych losach rodzeństwa Stramerów. Rzetelna historycznie, dobrze napisana, mocno wciągająca czytelnika w swój świat. W podzielonej na 7. części kompozycji nieproporcjonalnie dużo miejsca zajmuje część 2. skupiona na losach najmłodszej dwójki rodzeństwa. Może jest to swego rodzaju "wyrównanie" za to, że w powieści "Stramer" to tym bohaterom poświęcono najmniej uwagi, teraz - dzięki "Stramerom" - to Welę i Nuska poznajemy najlepiej. Nusek też jako jedyny bywa niezapośredniczonym narratorem dotyczących go fragmentów, co daje świetny wgląd w psychologię tej postaci. To ten ze Stramerów, który ma "najmniej masy mózgowej", jak mówią o nim starsi bracia, a mimo to jest to bohater bardzo interesujący, pełen woli przetrwania, sprytu, siły i - nawet w najgorszych chwilach - poczucia humoru. W ogóle psychologia wszystkich postaci jest znakomita. Każdy ze Stramerów jest Jakiś, a zarazem bardzo spójny i wiarygodny w swoich decyzjach, wyborach, emocjach. Szkoda, że losów pozostałych Stramerów autor nie opisał równie dokładnie, co Nuska. Powieść byłaby znacznie dłuższa, ale i tak... czytałabym. Tymczasem mam mały niedosyt. Jak Rena poznała Zygmunta? Jak Wela uratowała się z powstańczej Warszawy? Jak Salek wybrał między Lidią i Anne-Marie? Jak Hesio przekonał Ewę? Itd. Itp. Z drugiej strony autor pozwolił nam na tyle poznać bohaterów, że bez trudu można sobie te pozostawione w niedopowiedzeniu wątki wyobrazić, wszystkie te luki mieszczą się też w poetyce wojennych losów ludzi w ogóle, które pełne są pustych miejsc, urwanych historii, przemilczeń. "Stramerowie" są zresztą powieścią bardzo spójną i nawet nie czytając poprzedniej powieści o przedwojennych losach rodziny, można się w niej z łatwością odnaleźć i osadzić. Wielką wartością jest to, jak wielowymiarowo i wiarygodnie Łoziński pisze o losach Żydów, ale także Polaków w czasie II wojny i tuż po niej, pozwala je zrozumieć, nadaje im personalny, bynajmniej nie czarno-biały wymiar. Z czegoś, co dla współczesnego człowieka jest tragicznym, ale bardzo odległym ciągiem wydarzeń z podręcznikow historii, czymś abstrakcyjnym i "papierowym", wydobywa prawdę konkretnej rodziny, dramaty pojedynczych postaci, daje zbiorowej tragedii "twarze" Stramerów. To jest wielka wartość poznawcza tej powieści, ta mocno osadzona w historii mozaika losów (głównie żydowskich, ale nie tylko), która jest wiarygodna i przejmująca dla czytelnika. Poza tym jest to też po prostu opowieść o rodzinie i relacjach, bardzo uniwersalna, niemal archetypiczna. Nie ukrywam, że czekam ma trzecią powieść o Stramerach.
Kontynuacja znacznie gorsza od pierwszej części. Za dużo wątków, niektóre wrzucone na siłę. Zbyt wielu bohaterów, zlewają się w jedno. Mam nieodparte wrażenie, że ta książka została napisana na siłe aczkolwiek bawiłem się nieźle.
Bardzo ciężko mi ocenić drugą część sagi Stramerów. Większość recenzji tutaj mówi po prostu "dobre, ale nie tak dobre jak pierwsza." Moim zdaniem jest to nietrafne uproszczenie, ponieważ druga część jest po prostu inna.
Na początku byłem trochę niezadowolony, że ta książka w ogóle powstała, uważałem że kontynuacja była niepotrzebna. Na końcu zrozumiałem jednak, że Łoziński miał rację.
W pierwszej części członkowie rodziny Stramerów nie są do końca ludźmi - są swojego rodzaju herosami, magicznymi bohaterami literackimi. Pomimo swojej biedy i pospolitości są egzaltowani, bez żadnych wad.
Tutaj właśnie leży największą różnica pomiędzy pierwsza a druga częścią - w kontynuacji Stramerowie stają się ludźmi. Mają traumy, choroby alkoholowe, tyją, łysieją, są nieprzyjemni.
Myślę że było to celowe. Łoziński pokazuje jak niszcząca jest wojna, okupacja. Nie jest to oczywiście niczym nowym, ale często myślimy o tym na skali kontynentalnej, krajowej, a nie komórki rodzinnej.
Największym problemem książki jest jej struktura. W pierwszej części byliśmy z każdym z bohaterów po równo, znaliśmy ich, a co ważniejsze przywiązujemy się do nich. W drugiej części skupiamy się tak na prawdę na dwóch czy trzech Stramerach. Dopiero pod koniec, na kilku stronach dostajemy szybkie streszczenie losów reszty członków rodziny. Żal mi straconego czasu z tymi postaciami. Nie wiem czy jest to spowodowane ograniczeniem długości książki, czy decyzja kreatywna. Tak czy siak, szkoda.
Zakończenie książki też jest trudne do oceny. W pierwszej części czułem się roztrzaskany na milion kawałków. Tutaj nie ma dramatycznego finiszu, postacie żyją pospolitym życiem, a historia po prostu się kończy, bez fajerwerków. Jest więc autentycznie, ale zamykając książkę pozostaje niedosyt.
Stramerowie są inni, trudniejsi, zwyklejsi. Ta kontynuacja jest potrzebna, chociaż może nie taka jakiej bym sobie życzył.
W każdym razie dziękuję Panu Łozińskiemu za rodzinę Stramerów, pokochałem ich głęboko i dużo z nimi przeżyłem.
Rodzeństwo Stramerów wojnę przeżyło, cała szóstka. Rudek l Rena trafili do Stalińska na Syberii, Hesio w Moskwie aktywnie uczestniczy w działalności Związku Patriotów Polskich. Wszyscy troje wracają do Polski w mundurach armii Berlinga. Salek działa we francuskim ruchu oporu, a zanim po wojnie przyjeżdża do Polski, leczy gruźlicę w szwajcarskim Davos. Największy ładunek emocjonalny wywołuje śledzenie losów tych, którzy musieli przeżyć w okupowanej Polsce, Nuska, Weli i jej męża Natka oraz Róży, małej córeczki Rudka, którą troskliwie opiekuje się jej przedwojenna niania, Babunia.
Warunkiem wstępnym przetrwania jest porzucenie narodowej tożsamości, i to bynajmniej nie wyłącznie przed niemieckim okupantem. Każda interakcja z polskimi sąsiadami czy pracodawcami może nieść śmiertelne zagrożenie. Mikołaj Łoziński tej sytuacji nie analizuje, nie rozwodzi się nad nią, po prostu opisuje kolejne incydenty, rolę w nich przypadku bądź zaskakujących niespodzianek. Oczywiście liczy się też inwencja i spryt poszczególnych osób. Na przykład zdolnego elektryka Stasia, czyli przedwojennego Nuska, czy Babuni, która zawsze wyczuwała, kiedy tropienie przez jej rodzinę żydowskości w zachowaniu małej Marysi, urodzonej jako Róża, zaczyna być groźne, i szybko wycofywała się z dziewczynką do ponurej krakowskiej piwnicy, która służyła im za mieszkanie. W opisie tych wydarzeń mistrzostwo autora sięga poziomu znanego z pierwszego tomu.
Po wojnie Stramerowie funkcjonują jako beneficjenci sytuacji politycznej i to nie tylko ci, którzy komunizowali już przed 1939 rokiem. W większości nadal wierzą w słuszność narzuconej krajowi drogi. Czy udało im się odbudować więzy rodzinne? Czy nadal tworzą kulturową wspólnotę tarnowskich Żydów? Czy są przekonani, że trzy tysiące wyroków śmierci przeciwko wrogom ludu ma swoje uzasadnienie?
Choć odpowiedź na większość podobnych pytań wydaje się jasna, swoim zwyczajem autor nie wymusza na swoich bohaterach poważnego roztrząsania tych zagadnień. Odnotowuje fragmenty reakcji na doraźne zachowania partnerów, na przykład podczas przyjęcia zamykającego powieść, czy niestandardowe złe nawyki niektórych, jak choćby picie na umór Hesia i Nuska. Jest rok 1948, tuż przed partyjnym zjazdem zjednoczeniowym. A ja mam nadzieję, że nie jest to koniec serii, że autor pokusi się o uwzględnienie w swej żydowskiej sadze innych ważnych dat, roku 1956 i 1968.
„Jak kiedyś powiedział Salek w rozmowie z Hesiem: Najpierw ludzie narzekają na czasy, w których się urodzili, a potem przez resztę życia za nimi tęsknią”.
„Stramerowie” Mikołaja Łozińskiego to kontynuacja „Stramera”, w której poznajemy dalsze losy żydowskiej rodziny z malutkiego mieszkania przy ul. Goldhammera 20 w Tarnowie. Wybuch wojny rozdziela szóstkę dzieci Nathana i Rywki, którzy są zmuszeni dorosnąć znacznie szybciej niż ich rówieśnicy w czasach pokoju. „Wojna to nuda. Właściwie najlepiej pasowałaby do niej „straszna nuda”. Ale wszyscy myślą, że „straszna nuda” to po prostu wielka nuda, a wojna była i straszna, i nudna jednocześnie”. Ukrywanie swojej tożsamości, ciągła ucieczka przed śmiercią, nieustanne udawanie, życie na fałszywych papierach, niepewność jutra. Nie o takiej dorosłości marzyli. Po wojnie rodzeństwu w końcu udaje się odnaleźć i spotykają się wszyscy, tylko rodziców brakuje. „Mimo wszystko” szczęśliwi, że „mimo wszystko” przeżyli i że „mimo wszystko” mogą być razem. Każde pod innym nazwiskiem, wszyscy zmienieni przez doświadczenie niewyobrażalnego. Ile zostało w nich z dawnych Stramerów? Czytajcie „Stramerów”. To piękna powieść o strasznych czasach, pełna osobistych dramatów, nadziei i rozczarowań Rudka, Salka, Hesia, Nuska, Reny i Weli, a mimo to napisana z lekkością i odrobiną humoru. Można się zaczytać. Warto!
Pamiętam, że poprzednia część mnie zachwyciła. O tej jednak części nie będę prawdopodobnie pamiętała nic. Powieść o niczym, mimo płynnej fabuły i swobodnej formy, nad którą nie trzeba przesadnie się skupiać. Można czytać takie książki, ale po co?
Pierwsza część mnie zachwyciła, więc zapewne tym razem poprzeczkę miałam od razu ustawioną wysoko. I może właśnie przez to, czuję lekki niedosyt. Nie wszystkie wątki są wyczerpująco potraktowane, losy jednych opisane są dokładnie, a innych zupełnie pobieżnie, jakby trochę na doczepkę. Ale i tak czytało się dobrze :-)
Dałabym takie 4,5. Równie wzruszająca co pierwsza część, jednak tutaj narracja była podzielona dość nierówno (podejrzewam, że powodem były braki w źródłach, ale momentami trochę to nużyło). Czytałam ją tak długo, ponieważ bałam się o bohaterów i ich losy, musiałam być przygotowana na to, co może się stać. Ogólnie, saga o rodzinie Stramerów jest bezbłędna, polecam każdemu się z nią zapoznać.
Super mi się czytało, ale myślę, że dlatego, że zażyłam się z postaciami. Prawdą jest, że warto czytać obie części z niewielką przerwą. Drugą część czytało mi się szybciej. Coraz bardziej mnie też fascynowała historia komunizującej żydowskiej rodziny, co za świeżość!
Bardzo się ucieszyłam, że mogłam znowu odwiedzić rodzinę Sramerów po kilku latach od pierwszego tomu. Rozpoczynając czytanie poczułam się, jakbym odwiedzała dawno niewidzianych przyjaciół. Jednak czasy się zmieniły i nad Polskę nadciągnęła czarna chmura wojny. Nic już nie może być tak samo jak kiedyś. W pierwszym tomie wszyscy byli tacy młodzi i radośni a ich problemy z perspektywy drugiego tomu wydają się błahostkami. Żydowska rodzina w Tarnowa staje przed ogromnymi tarapatami.
Wojenna rzeczywistość z perspektywy osoby z żydowskim pochodzeniem to życie z wyrokiem smierci. Dlatego na każdej stronie trzymałam za nich kciuki, emocjonując się kolejnymi niebezpiecznymi wydarzeniami. Wartki styl trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość. Dziękuję za Stramerów:)
O „Stramerach” mógłbym napisać właściwie to samo, co w notatce o pierwszej części, o „Stramerze”. Myślę, że druga powieść ma te same zalety i wady, obie są tak spójne, że to aż godne podziwu. Czytałem z zainteresowaniem, cały skupiony na akcji, na losach rodzeństwa oraz dwóch dodatkowych postaci, Nutka i Róży. Ale też tak to jest napisane, gęste od zdarzeń, perypetii, w krótkich rozdziałach, w których zmieniają się narratorzy. Autor próbuje trochę różnicować ich języki, ale robi to niezbyt starannie, wykorzystując głównie charakterystyczne dla każdego z narratorów zwroty. Nie mam wątpliwości, że Mikołaj Łoziński bardzo uważnie przeczytał różnego rodzaju źródła dotyczące życie okupacyjnego, zarówno w Generalnej Guberni, jak i pod władzą radziecką. Mało jest ważnych dzieł literackich skupionych na zwykłym, codziennym w tym okresie życiu ludzi, bez wysuwania na pierwszy plan konspiracji i martyrologii, dominującego poczucia zagrożenia. To nietypowe rozłożenie akcentów niewątpliwe przykuwa uwagę w „Stramerach”. Niemniej, podobnie jak w części pierwszej, widać szwy, czuje się, że autor gęsto wtyka w różne miejsca tekstu poznane na etapie dokumentacji szczegóły, powiedzenia, słowa piosenek, charakterystyczne miejsca, fakty, tak jakby uważał, że wszystkie one są potrzebne, by uwiarygodnić opisywane realia. To, że w powieści spotykamy się na krótko z Józefem Henem i Tadeuszem Gajcym (pod używanymi wtedy imionami i nazwiskami), jest sympatycznym zabiegiem, ale sposób, w jaki Łoziński buduje ówczesny, dziś, po osiemdziesięciu latach, świat już historyczny, mnie nie przekonuje. Jasne, fikcja rządzi się swoimi prawami, rzecz w tym, że autor ewidentnie chciałby, by jego wizja życia okupacyjnego była realistyczna. Tymczasem nagromadzenie różnych szczegółów działa w sposób wręcz dwuznaczny, jest mało wiarygodne. Z drugiej strony nie zostaje mi nic innego, jak przyjąć to spojrzenie i zastanowić się, na ile jest prawdziwe. Np. mało znam historii Żydów, szczególnie mężczyzn, którzy mając nawet oryginalne lub bezbłędnie sfałszowane „aryjskie” dokumenty, żyli w okupacyjnej Warszawie prawie normalnie, pracując, wynajmując mieszkanie, prawie bez obaw poruszając się po mieście. W „Stramerach” tak funkcjonujących postaci jest całkiem sporo, w dodatku wszyscy pochodzą z Tarnowa, więc można zakładać, że nie są wyjątkami, że było ich wielokrotnie więcej. Nie mam podstaw, by nie wierzyć Łozińskiemu, ale jednak to dziwne. Jak wiadomo, pisząc obie powieści, Mikołaj Łoziński inspirował się postaciami swojego dziadka i jego rodzeństwa. Trudno powiedzieć, jak daleko sięgają podobieństwa między realnymi osobami a bohaterami książki, zakładam, że są odległe, niemniej ciekawe, że w drugiej części autor najmniej miejsca poświęcił Salkowi, czyli właśnie dziadkowi. To prawda, że on jako jedyny spędził wojnę gdzie indziej, we Francji, ale właśnie jego losy byłyby dla mnie interesujące, tym bardziej, że prawdziwy Salomon Stramer odegrał ważną rolę we francuskiej lewicowej konspiracji. Na ten temat dowiadujemy się bardzo niewiele. Pojawia się tu jednak informacja dla mnie nieznana, mianowicie, że pod koniec wojny FPK przestała wspierać ściśle przecież z nią związane grupy grup antyfaszystowskich składających się z obcokrajowców. Pisze Łoziński: „… ci z paryskiej grupy zostali bez pieniędzy, lokali i kontaktów. Stali się łatwym celem dla Niemców. Przecież po wkroczeniu aliantów nie mogło okazać się, że francuski ruch oporu składał się głównie z obcokrajowców.” Ten ostatni wniosek wydaje mi się mocnym uproszczeniem. Czytając „Stramerów”, zastanawiałem się, czy w ogóle można tę powieść zaliczyć do literatury pięknej. Czy to nie jest zwykłe czytadło, mówiące, owszem, o ważnych i ciekawych sprawach, ale bez większych ambicji artystycznych? Wiem, jest to sąd bardzo radykalny, pewnie krzywdzący, ale traktuję go jako bardzo subiektywne odczucie. Kiedy wsłuchiwałem się w brzmienie poszczególnych zdań i akapitów, nie odczuwałem prawie żadnej przyjemności. To dziwne w przypadku autora znakomitej i pięknej „Książki”. No, ale nie nudziłem się, warto było zapoznać się z tymi historiami.
W "Stramerze" Mikołaj Łoziński udowodnił, że potrafi zafundować swoim czytelnikom podróż w czasie. Autor ukazał świat, którego już nie ma, a zrobił to tak naturalnie i niewymuszenie, że nie sposób nie ulec tej magii. Dlaczego świat Stramerów zachwyca? Dlatego, że chociaż jest to saga rodzinna, daleko jej od banalnych, cukierkowych rozwiązań, a codzienność innej epoki – choć często szorstka i brutalna – staje się czytelnikom bliska i fascynująca.
Kontynuacje powieści często okazują się nieudane, a w przypadku "Stramerów" opinie czytelników są więcej niż podzielone. Najczęstszym zarzutem z jakim się spotkałam jest to, że najnowsza powieść Mikołaja Łozińskiego nie ma w sobie już tej magii i uroku, co "Stramer". Nie zauważyłam natomiast, by ktokolwiek doszedł do wniosku, że owa “utrata uroku” idealnie koresponduje z fabułą powieści. W momencie, gdy znów spotykamy rodzinę Stramerów dawnego Tarnowa już nie ma, a przez Europę przetacza się wojenna zawierucha, która doprowadza do rozproszenia członków tytułowej rodziny.
Już w "Stramerze" Mikołaj Łoziński traktował swoich bohaterów indywidualnie i pozwolił im opowiedzieć historię z własnej perspektywy. Podejrzewam, że dla wielu czytelników było to przystępne do momentu, w którym bohaterów łączyło miejsce akcji, czyli przede wszystkim Tarnów. W "Stramerach" zmiana obserwowanej postaci, oznacza nie tylko zmianę perspektywy, ale również zmianę miejsca i realiów, w których dany bohater żyje. Spotkałam się z opinią, że sposób narracji w "Stramerach" ma zbyt wiele wątków i jest nierówny, a moim zdaniem bardzo dobrze oddaje wojenny chaos.
Zanim sięgnęłam po "Stramerów", postanowiłam odświeżyć sobie pierwszy tom sagi i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że obie części pod względem językowym trzymają bardzo wysoki poziom. Chociaż w najnowszej powieści Łozińskiego całkowicie zmienia się dynamika, to obie stanowią jedną, spójną całość, a wszystkie elementy, które nadają inny rytm powieści wynikają z fabuły.
W losach Stramerów mogłoby odnaleźć się wiele rodzin rozdzielonych przez wojny i wielką historię. Mikołaj Łoziński bardzo umiejętnie ukazał, jakie skutki niesie za sobą rozluźnienie więzów rodzinnych, rozłąka i różnice doświadczeń. Choć z historii rodu Stramerów przebija się nostalgia oraz poczucie bezpowrotnej straty, autorowi udało się uniknąć górnolotnego tonu i prostych rozwiązań. "Stramerów" polecam, ale jeśli od lektury pierwszej części sagi minęło już trochę czasu, lepiej będzie wrócić do początków tej historii i przeczytać obie powieści razem, żeby uniknąć wrażenia braku ciągłości.
Nie jest to już tak zajmująca książka jak „Stramer”. Brakuje jej siły, polotu, głębi. Rozdziały są rwane i powierzchowne. Postaci przechdzą przemiany, mniej jest tego „ciepła” pierwszej części. Dobrze się czytało, ale to już nie to.
W drugim tomie śledzimy dalsze losy żydowskiej rodziny Stramerów. Autor zawiłymi ścieżkami przeprowadza nas przez II Wojnę Światową. Ponownie jak w pierwszej części podążamy za poszczególnymi członkami rodziny, niestety całość wydaje się nieco bardziej chaotyczna. Długo myliłem bohaterów, zastanawiając się kto jest kim, czy mowa o siostrze czy może żonie, któregoś z braci. Znajdziemy tu zabawne wątki, ale także te smutne czy zastanawiające. Autor umiejętnie wplata rodzinną epopeję w tryby wielkiej historii, aż żal bierze, że o własnych protoplastach wie się tak mało. Reasumując, czytało mi się nieco trudniej i z mniejszym łaknieniem, niż tom pierwszy, ale nadal to wspaniała proza.
Kontynuacja. Losy rodzeństwa Stramerów w czasie wojny. Wiele typowych losów, trochę jak kalejdoskop. Wrażliwie podbite kwestie psychologii.
Cytaty:
"Patrząc dwadzieścia minut później na dwie roześmiane dziewczyny, jedzące ciastka na ławce w kwitnącej Dolince Szwajcarskiej, nikt by nie pomyślał, że jedna jest córką człowieka, który siedzi wycieńczony w obozie pracy, a ojciec drugiej powiesił się w wychodku w Tarnowie."
"Dwa półdupki tworzą jedną dupę, ale dwa półgłówki nie tworzą jednej głowy."
Stramerowie przytłaczają ilością wątków. Jest tego trochę za dużo - brakuje mi w tej książce jakiejś spójności, wspólnej historii. Ciężko się obracać pośród ciągle zmieniających się narratorów. Mimo, że książka napisana przyjemnym językiem i same pojedyncze historie są dość ciekawe, to w momencie kiedy chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej jest zakończenie wątku.
Mam nadzieję, że powstanie jeszcze jeden tom, bo naprawdę ciężko mi jest pożegnać się z bohaterami. Rzadko kiedy czuję aż takie zżycie z fikcyjnymi postaciami — pozornie, skoro są luźno wzorowane na rodzinie autora. Niemniej jednak, znowu się powtórzę: oto jedna z najlepszych polskich powieści, absolutnie godna przeczytania, zapamiętania, a następnie kolejnego przeczytania.