Czy wiecie, co to jest „grzecznomierz”? Świeci na czerwono i pika, kiedy nie mówisz „proszę” czy „dziękuję”. Noszą go na szyi uczestnicy konkursu grzeczności. Jednym z nich jest Strusia, bardzo grzeczna dziewczynka. Nie będzie jej jednak łatwo wygrać, bo ni stąd ni zowąd w jej życiu pojawia się wielki kudłaty pies, który wygląda jak stara szczotka sedesowa, niezbyt ładnie pachnie i nazywa się Łysol. Nowy przyjaciel wywraca jej życie do góry nogami i każe się zastanowić: czy grzeczność naprawdę zawsze się opłaca?
Grzeczne dzieci mają dzieciństwo nudne i nieszczęśliwe. Niegrzeczne mają same problemy, ale ile radości w psotach! Marcin Wicha w “Łysolu i Strusi” opowiada historię grzecznej dziewczynki, która przy pomocy włochatego (choć nieregularnie włochatego) psa przeistacza się w dziecko niezbyt grzeczne z nieujarzmioną wyobraźnią.
Jestem pewien, że dla młodych czytelniczek i czytelników będzie to świetna rozrywka, bo trzydzieści lekcji niegrzeczności z tak fantastyczną parą bohaterów bawi, śmieszy i tumani. Do tego mamy zabawne komiksy, świetne gry językowe i wszystko co w takiej książce powinno się znaleźć.
Mam jednak pewną poważniejszą refleksję. Otóż Wicha przemyca tu pewną przerażającą wizję - tytułowa Strusia zostaje wybrana do eksperymentalnego programu, w którym dzieci dostają grzecznościometr badający ich grzeczność. Za każde nieposłuszeństwo ustrojstwo odejmuje im punkty. Cholerstwo trzeba nosić nie tylko w szkole, więc spełniają się marzenia dorosłych o pełnej kontroli pociech. I to jest ten poważny temat, nad którym Wicha się zastanawia - co to znaczy być niegrzecznym, na ile potulność i przystosowanie do świata “dorosłych” jest potrzebne, co daje rozrabianie, a co siedzenie jak trusia? I choć to opowiastka dla dzieci, nie da się ukryć, że autor bardzo negatywnie widzi system szkolnictwa, którego celem jest uśrednienie dzieci w celu stworzenia pewnego modelu obywatela.
Pod powierzchnią “Lekcji niegrzeczności” skrywa się ostra krytyka systemu edukacji i pedagogiki szkolnej. I mówię to całkiem serio. Warto się jej przyjrzeć.
Po tym oczywiście jak już pokolorujecie wszystkie komiksy z Łysolem.
To chyba pierwsza książka dla dzieci z naszej kolekcji, która nie zachwyciła u nas nikogo. Córka odłożyła ją w trakcie lektury, a syn wprawdzie wysłuchał jej do końca, ale tylko dlatego, że to ja mu ją czytałam na głos.
Strusia to niezwykle grzeczna dziewczynka. Najgrzeczniejsza w szkole. Tak grzeczna, że pani dyrektor postanawia powierzyć jej grzecznomierz jako element programu promocji grzeczności. Strusia musi nosić urządzenie ze sobą, a ono dodaje punkty za grzeczne zachowania i odejmuje za przewinienia. I na pewno pomogłaby pani dyrektor w projekcie badania grzeczności gdyby nie Łysol. Łysol jest kudłaty, pojawia się nie wiadomo skąd, ma szalone pomysły i jest psem. Misją Łysola jest wprowadzenie w życie Strusi elementu niegrzeczności. Robi to tak, by Strusia nawet jego działań nie zauważyła. Łysol ma nadludzkie, a właściwie nadpsie, siły i możliwości, potrafi zmieniać swoją postać, jest bezczelny i nie stroni przed najbardziej niewiarygodnymi przygodami, na przykład przed wejściem do Internetu.
Przygody dwójki bohaterów są momentami tak abstrakcyjne i surrealistyczne, a humor Wichy tak błyskotliwy, że czułam się jakbym czytała scenariusz nigdy nienakręconych odcinków Monty Pythona. Jednak pod warstwą rozrywkową można w tej książce znaleźć poważny komentarz zarówno sposobu w jaki wychowujemy dzieci i jakie mamy wobec nich oczekiwania, rożnych sytuacji społecznych i codziennych, które są naszym udziałem, a przede wszystkim absurdów polskiego systemu edukacji, które Wicha w kilku miejscach bardzo ironicznie i trafnie puentuje. Tekst ozdobiony jest bardzo sympatycznymi rysunkami i komiksami samego autora.