W końcu przyszła pora na ostatniego z (nie) świętej trójcy z uniwersum Arkansas. Po Dexterze i Willu nadchodzi Cade Carter, który sprawi, że niektóre serca zabiją szybciej.
On — trzydziestosiedmioletni samotny ojciec, zajmujący się nie do końca legalnymi sprawami.
Ona — osiemnastoletnia studentka potrzebująca pieniędzy, by uporać się ze swoją przeszłością.
Jest jeszcze jedna ona i jest nią Mack, córeczka Cade’a, która mimo młodego wieku, już doświadczyła traumatycznych przeżyć.
Phoenix dorabia sobie na kamerkach i właśnie tam przykuwa uwagę tajemniczego mężczyzny o pseudonimie Voyeur. Ich relacja jest specyficzna, bo nie polega tylko na sferze seksualnej, ale także emocjonalnej. Chociaż się nie znają, mężczyzna bardzo o Phoenix dba. Sęk w tym, że ów Voyeur nie jest tajemniczym nieznajomym, a kimś, kto naszą bohaterkę zna. Co więcej, ona też go zna.
Cade jest tym typem mężczyzny, który przedkłada bezpieczeństwo i samopoczucie swojej córki ponad swoje szczęście. Spośród wszystkich kobiet, to właśnie Phoenix sprawia, że krew w jego żyłach płynie szybciej i zazwyczaj spływa tam, gdzie nie powinna. W normalnych okolicznościach zacząłby działać, jednak zrządzenie losu sprawiło, że Phoenix to jedyna kobieta, którą akceptuje Mack. Dlatego punktem honoru staje się to, by dziewczyna objęła funkcję niani.
Nie raz i nie dwa uśmiałam się, czytając perspektywę Cade’a. Ta „słodka buba” miała czasami takie myśli, że Scarlett szybko by zmieniła zdanie co do tego określenia. Mężczyzna jest gotów zrobić wszystko dla swojej córki, a z czasem odkryje, że dla Phoenix też jest w stanie zrobić bardzo dużo.
Phoenix Pearce jest tą postacią, która stwarza świetne pozory. Gdybyśmy na nią spojrzeli z boku, pomyślelibyśmy, że ma wszystko. Jest ładna, mądra, młoda i ma przyszłość przed sobą. Jednocześnie dziewczyna ukrywa swój mrok i przeszłość, która wpakowała ją w kłopoty. Pho tłumi w sobie wiele rzeczy, przez co momentami po prostu chciałam ją przytulić. Bardzo cieszy mnie to, że trafiła na mężczyznę takiego jak Cade, który ją wysłucha i pomoże.
I chociaż na pierwszy rzut oka, Phoenix i Cade się różnią, znajdzie się coś, w czym są bardzo zgodni. Między nimi jest chemia i napięcie, które czytelnik czuje. Jednocześnie chcemy, żeby w końcu coś się między nimi wydarzyło, ale z drugiej strony wiemy, że to może wszystko zniszczyć. Bo o ile kibicujemy dwójce osób, nie możemy zapominać, że jedna z tych osób ma dziecko, które jest najważniejsze.
Relacja Phoenix i Mack bardzo mi się podobała. Była bardzo naturalna, bo znajdywały się momenty, kiedy Pho bywała zmieszana, bądź nie wiedziała co odpowiedzieć dziewczynce.
W tle przewijają się nam bohaterowie z „Pana Drake’a” oraz „Pana Westa”, przez co wiemy, co dzieje się u postaci, z którymi już się zżyliśmy. Co więcej, pojawią się też postacie z innej historii, co było świetnym zabiegiem.
Historię czyta się niesamowicie szybko. Dodatkowo książka jest przepięknie wydana, więc to mogło również cieszyć oko czytelnika.
„Pan Carter”, podobnie jak poprzednie dwie książki z tego uniwersum, nie są dla każdego. Sceny zbliżeń napisane są ze smakiem i wyraźnie widzimy, że dzieją się za zgodą obydwu postaci.
Skoro poznaliśmy historię każdego z trójki, to pora na małe podsumowanie. Moim ulubieńcem mimo wszystko pozostał Will i pewnie też temu najbardziej podobał mi się „Pan West”. Na drugim miejscu mamy Cade’a, a na końcu podium Dextera, z którym po prostu jakoś mi nie po drodze.