Złudna nadzieja
Kiedy sięgnąłem po Behemota, wciąż żywiłem nadzieję, że będzie to książka przynajmniej na poziomie Rozgwiazdy, którą naprawdę polubiłem. Pierwsze strony były obiecujące jeszcze nie wiedziałem, co mnie czeka, ale już od samego początku czułem, że to coś innego. Jednak w miarę jak fabuła się rozwijała, szybko straciłem entuzjazm. Zamiast wciągającej akcji, zostałem zalany nudny za bardzo technicznym naukowym bełkotem o biochemii, cyklu Krebsa, genotypach i mitochondriach. Tak, Watts jest biologiem morskim, ale naprawdę nie musiałem znać wszystkich szczegółów o białkach, żeby zrozumieć, co się dzieje w tej książce. Czułem się, jakbym czytał podręcznik do biologii morskiej, a nie powieść science fiction. Nawet jeśli lubię naukę, to tutaj miałem poczucie, że autor zbyt mocno skupił się na technicznych szczegółach, zapominając o płynnej narracji i zainteresowaniu czytelnika.
Tułaczka po post-apokaliptycznym świecie
Kiedy bohaterowie wychodzą na brzeg, poczułem, że w końcu zacznie się coś dziać. Ale nie. Zamiast dynamicznej akcji, zaczęła się długa i nużąca tułaczka po post-apokaliptycznym USA. Przemieszczali się z miejsca na miejsce, ale nie działo się zupełnie nic. Gdzieś tam w tle pojawiały się jakieś postacie i wątki, które niby miały coś wnosić, ale ostatecznie czułem się, jakbym po prostu wiódł życie tych postaci. Kiedy przez setki stron nie dzieje się praktycznie nic, zaczynasz się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. Zamiast napięcia, pojawiła się monotonia, która zaczęła mnie męczyć. Czułem się, jakbym czytał tę książkę tylko dlatego, że zacząłem ją od pierwszego tomu, ale nic więcej już mnie nie trzymało.
Bohaterowie
No właśnie. Bohaterowie, których tak ceniłem w poprzednich częściach, stali się kompletnie nieznośni. Zamiast ludzi złożonych i skomplikowanych, nagle pojawiły się postacie, które można by określić mianem po prostu psychopatów. Z każdym rozdziałem było coraz gorzej. Ich motywacje były niejasne, a często wyciągnięte na siłę. I to wcale nie w sensie, że były trudne do zrozumienia, a raczej w sensie, że nie miały sensu. Przypuszczam, że Watts chciał w ten sposób pokazać złożoność postaci, ale ostatecznie zamiast tego zmarnował potencjał, bo bohaterowie stali się po prostu niewiarygodni. W poprzednich tomach też byli socjolopatyczny czy psychopatyczny ale dało się ich rozumiem tutaj jużnie.
A na dodatek przemoc. Po pewnym czasie zaczęła mi się wydawać po prostu zbędna. O ile poprzednie części miały swoje brutalne momenty, to Behemot poszedł w stronę, która była po prostu szokująca dla samego szokowania. Czytałem o torturach, perwersyjnych scenach i okrucieństwie, które w zasadzie nic nie wnosiło. Zamiast zgłębiać psychikę postaci, Watts postanowił wrzucić czytelnika w najbardziej brutalny i drastyczny sposób. Czułem się, jakby autor próbował mnie przekonać, że życie po apokalipsie musi być pełne okrucieństwa i bezwzględności ale na dłuższą metę to tylko męczyło i obrzydzało.
Nie chodziło o jakieś głębokie pytania o naturę człowieka, nie chodziło o sens przemiany bohaterów. Watts wrzucił nas w świat, w którym przemoc była celem samym w sobie. Tortury, perwersje, psychopatyczne zachowania. Na początku starałem się to zrozumieć, jak próbę ukazania brutalności, ale z każdą stroną zaczynałem dostrzegać, że to już nie miało żadnego sensu. To przestawało być psychologiczną głębią, a zaczynało przypominać nudne pastwienie się nad postaciami, które nie miały już nic do powiedzenia.
Szybki strzał, brak satysfakcji
A potem nadszedł finał. Jeśli po tej całej nużącej akcji spodziewałem się jakiegoś emocjonującego zakończenia, to mogłem się tylko rozczarować. Po setkach stron „coś się dzieje, ale nic się nie dzieje” Watts serwuje mi zakończenie, które było błyskawiczne jak wybuch na tyle szybkie, że nie zdążyłem się zorientować, kiedy to się stało. Nie było żadnego oczekiwanego „wow”, żadnej kulminacji, niczego, co dałoby mi satysfakcję. Był tylko… koniec. I to bez epilogu, bez domknięcia historii. Jakby autor po prostu machnął ręką i powiedział: „No dobra, już po wszystkim”..
Chociaż Behemot nie jest książką całkowicie złą, to niestety spełniła moje najgorsze obawy. Pierwszy tom trylogii był świetny, drugi jeszcze dawał radę, ale trzeci? Po prostu zawiódł. Zbyt dużo naukowego bełkotu, za mało głębi w postaciach, zbyt monotonna akcja i kompletnie niezadowalające zakończenie. Myślałem, że Watts zakończy trylogię w wielkim stylu, ale zamiast tego zmarnował potencjał, który miał w rękach. Dla mnie to już była tylko próba przebrnięcia przez książkę, zamiast cieszenia się nią. Bez epilogu, bez satysfakcji. To koniec, którego nie chciałem.