Oryginalny tytuł, Thirty Four. The Key to Göring’s Last Secret, to odniesienie do długości listy. Trzydzieści cztery nazwiska zapisał Albert Günther Göring (1895-1966), kiedy w 1945 roku przygotowywał się w norymberskim więzieniu do przesłuchań przez amerykańskich śledczych. Nie wierzyli, że brat drugiej osoby Trzeciej Rzeszy, potężnego marszałka Hermanna Wilhelma Göringa, nie tylko nienawidził nazizmu, nie był członkiem NSDAP, ale ratował Żydów, dysydentów i inne zagrożone osoby oraz że sam był ścigany przez Gestapo. Dlatego spisał tę listę ludzi i rodzin przez siebie ocalonych. Są na niej osoby różnych narodowości, niektóre o znanych ówcześnie nazwiskach, jego znajomi, współpracownicy, także ludzie o pomoc dla których po prostu go proszono. Lista znacznie krótsza niż np. ta sygnowana imieniem Schindlera, ale czy kompletna? Świadkowie, którzy bronili go w kolejnym, praskim procesie, pracownicy czeskiej Škody, gdzie w czasie okupacji był jednym z dyrektorów, zgodnie opowiadali o tym, jak o nich dbał i ich ochraniał.
Pierwszy sylwetkę Alberta Göringa przybliżył telewizyjny program The Real Albert Göring wyemitowany w 1998 roku. Obejrzał go młody Australijczyk, William Hastings Burke (ur. 1983) i przez trzy lata podążał tropem listy Göringa, starając się uzupełnić i zweryfikować wiadomości, a także plotki o nim, jego rodzinie, przyjaciołach i wrogach. Książki trudno nie docenić, jako że temat jest rzeczywiście fascynujący. Jednak ma ona także wady. Przeciwko autorowi grał przede wszystkim czas. W warstwie czysto informacyjnej, kogo i jak Albert Göring ratował, komu pomagał, niewiele nowego wnosi w stosunku do reportażu telewizyjnego, który nb można obejrzeć w internecie. W większości ci sami rozmówcy, te same historie, relacjonowane zresztą głównie przez potomków. Nie za bardzo o rodzinie Göringów chcieli lub potrafili opowiadać mieszkańcy ich rodzinnych stron. O stosunkach między braćmi wiemy tyle, co sam Albert ujawnił w śledztwie: nigdy nie krył przed Hermannem swoich poglądów; tak, korzystał z jego stanowiska, prosząc go o ochronę dla siebie i pomoc dla innych.
Burke bardzo emocjonalne traktuje swego bohatera, także w okresie powojennym, kiedy po dwuletnim pobycie w areszcie nie mógł znaleźć pracy, ale o zmianie nazwiska nie myślał. Zaangażowanie autora bynajmniej nie dziwi. Także nie można mieć pretensji, że nie otrzymamy od niego lub kogokolwiek innego wyjaśnienia, co takiemu człowiekowi w duszy gra, gdy kochający i kochany brat jest współtwórcą systemu burzącego świat. Można jednak odnieść wrażenie, że pewnego rodzaju bezsilność wobec tematu rekompensuje Burke swoją własną obecnością w książce. A jest go po prostu za dużo, począwszy od różnych bytowo-logistycznych przygód w podróży, aż po pokoleniowo-obyczajowe refleksje, szczególnie w Niemczech. Niepotrzebnie.