Przez ostatnie kilka dni zastanawiałam się, jak napisać tę recenzję. Zacznę więc może od pobudzenia waszej wyobraźni. Wyobraźcie sobie osobę, która zrobiła sobie kolację, i zamierza teraz zjeść ją przed telewizorem. Siada i ma takie: „Chwila, nie wzięłam widelca”. Rusza po widelec, wraca, okazuje się, że zostawiła pilot w kuchni. Wraca do kuchni, bierze pilot, siada przed telewizorem, ale nie wzięła nic do picia. Wraca do kuchni. Potem do jedzenia. Gdzie ten pilot? Pewnie jest w kuchni. Chodzi tak i w końcu kolacja jest zimna, pilot wylądował w zmywarce, a telewizor za oknem. Taki vibe daje mi ta książka. Autorka wzięła wszystkie sroki za ogon, stwierdzając, że w niecałych 300 stronach stworzy arcydzieło. Wyszło wielkie, udające coś podniosłego „nic”.
Pomysł był ciekawy, ale już na samym początku autorka podjęła złą decyzję, bowiem uznała, że skupi się na Darcym. Kilka razy zastanawiałam się, czy faktycznie przeczytała kiedyś „Dumę i Uprzedzenie”, bo czytając jej wywody, miało się wrażenie, że ta kobieta nie wie, jak zachowywał się Darcy. Najgorsze w tym wszystkim było to, jak oskarżała właśnie jego, za to, co przydarzyło się Lydii. Ale może cofnę się o krok i wspomnę o tym – Rachel Feder postanawia wspomnieć nam o rozpustnikach i potworach i usilnie próbuje przekazać nam, że Darcy jest jednym z nich. Przy czym nic, ABSOLUTNIE NIC, nie wskazuje na to, że Darcy był jednym lub drugim. Z pewnością nie był rozpustnikiem. Z pewnością nie był potworem. To, co opisywała, było co najwyżej zachowaniem Wickhama z tej samej powieści. Ale być może uznała, że tytuł „Mit Wickhama” nie zadziała tak dobrze na sprzedaż.
Wróćmy do sprawy Lydii. Feder twierdzi, że Darcy ochronił Wickhama, a poza tym przecież obchodziło go tylko to, żeby Elizabeth zmieniła o nim zdanie, więc była to też manipulacja. Całkowicie zamyka oczy na to, że gdyby Wickham nie wziął ślubu z Lydią, to ją by to najbardziej zabolało. Ją i jej rodzinę. Darcy nie pomagał Wickhamowi. Pomagał rodzinie Elizabeth, a to, że żadne wyjście nie było dobre, to już nie jego wina. Moglibyśmy równie dobrze oskarżyć tu Lydię (chociaż pomimo niechęci do niej, nie sądzę, że powinniśmy ją krytykować. Mogła być młoda, mogła być głupia, ale wciąż pozostawała ofiarą). Moglibyśmy oskarżyć też naszego kochanego ojca Elizabeth i jej sióstr. Moglibyśmy oskarżyć jego żonę. Moglibyśmy w końcu oskarżyć samego Wickhama. Ale nie, lepiej oskarżyć jedyną osobę, która znalazła rozwiązanie. Ogromnie wścieka mnie spłycenie tej zapewne bolesnej decyzji Darcy’ego przez autorkę. Czy ona myśli, że Darcy, który musiał patrzeć na cierpienie swojej siostry, naprawdę chciał połączyć Lydię z taką bestią? Najwidoczniej Feder nie rozumie tego w taki sposób jak ja, ponieważ na stronie 138 możemy przeczytać żartobliwą uwagę autorki o tym, że Darcy’ego najbardziej nawiedza „myśl o tej jednej chwili, gdy jego siostra prawie uprawiała s*ks”. No tak, bo przecież to takie śmieszne, że Darcy czuje się odpowiedzialny za młodszą siostrę, którą chciał wykorzystać jego dawny przyjaciel.
Ktoś tu może powiedzieć: „ej, czegoś nie zrozumiałaś. Autorka przecież mówiła, że…” i wiecie co? Może macie rację. Może autorka odbiera Darcy’ego w inny sposób. Ale odebrałam to tak, a nie inaczej, bo autorka sama nie wie, co myśli. Jej opinia o Darcym zmienia się raz na kilka stron i to w tak drastyczny sposób, że nie mam pojęcia, co chciała przekazać, i jestem prawie pewna, że i ona go nie ma.
W jaki sposób na przykład Gaston zazębia się z archetypem Darcy’ego? Szczególnie że podobno Bestia jest jak Darcy. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro Bestia jest jak Darcy, to Gaston będzie jak Wickham. Więc czemu autorka twierdzi inaczej? I czemu wspomina o kwestii Rodrigo-Bassett-Carpenter? Naprawdę, czy autorka wiedziała wcześniej, o czym będzie pisać, czy po prostu uznała, że weźmie sobie kilka popularnych haseł, które słabo rozwinie, i wyjdzie z tego coś, co można sprzedać? Pamiętam całą dramę z Olivią, Joshuą i Sabriną i nie widzę tu nic, co mogłoby pasować do książki o Darcym. „Reakcja na drivers licence pokazuje, że niezależnie od tego, jak bardzo świadomi, też siebie, się stajemy, wirus Darcy’ego mutuje i znajduje nowe sposoby, żeby przeniknąć nam do szpiku kości”…
…
…
CO?
Idźmy dalej! Autorka pozwala sobie pogdybać, co by było, jeśli Darcy mimo tego, co zrobił dla Lydii, nie zmieniłby zdania Elizabeth. Po raz kolejny Feder insynuuje, że Darcy manipuluje swoją ukochaną i robi to wszystko, żeby ona go pokochała. Chociaż wiemy, że Darcy nie chciał się przyznać do tego, co zrobił. To nie była jego karta przetargowa. Zrobił to dla niej, ale nie dla niej jako „patrz, co dla ciebie zrobiłem. Kochaj mnie”, tylko dla niej jako „teraz twoja rodzina będzie spokojniejsza, ale nie musisz wiedzieć, że to moja sprawka. Ważne, że jesteś szczęśliwa”. Jest to według mnie ważne w książkach, ale i w życiu, żebyśmy zrozumieli, jak ważna jest intencja, z którą coś robimy. Nie można mówić, że Darcy jest potworem. Jasne, nie był idealny, ale pomiędzy ideałem, a potworem istnieje przepaść. Ale Feder woli skupiać się na skrajnościach. Jeśli Darcy zrobił coś źle, całkowicie nieświadomie, musi być potworem. I rozpustnikiem. Nie zapominajmy o tym, że jest rozpustnikiem, chociaż dosłownie nic na to nie wskazuje.
„Pamiętaj. Darcy jest życzliwy, dopóki dostaje to, czego chce. A Darcy zawsze dostaje to, czego chce”. FAŁSZ. Ale uznajmy – tak dla zgrywy – że to prawdziwe stwierdzenie. Skoro zawsze dostaje to, czego chce, to czemu mamy do niego pretensje? Przecież według autorki Darcy zawsze jest życzliwy… no ale wiemy, że nie jest. Czyli… czyli życzliwość nie jest zależna od tego, co dostaje Darcy. Bo przecież na początku Darcy miał wszystko. A i tak nie był życzliwy. Ale bywało też tak, że nie mógł mieć kogoś, kogo pragnął. A jednak nie stał się kimś na miarę Wickhama. Więc o czym autorka gada?
Odpowiedź brzmi: o wszystkim i o niczym. Sięga po kolejne tematy, zamiast skupić się na rowinięciu wcześniejszych i w taki oto sposób czytamy przez pół strony o powieści, w której ktoś zabija wiewiórkę. Konkluzja jest taka, że autorka „nie oskarża tu pana Darcy’ego o mordowanie wiewiórek”. Na tym etapie naprawdę chciałam wyrzucić tę książkę za okno, bo po co w takim razie zaczynała ten temat? Czy ona wiedziała, o czym pisze? Bo przez całą książkę ma się wrażenie, że pisze o wszystkim, a potem łaskawie próbuje połączyć to z Darcym, bo na swoje nieszczęście wpisała go do tytułu.
Mamy tu też na przykład zachwycającą myśl, żeby czytać DiU jako wariację na temat Czerwonego Kapturka. Nie, autorka nie sądzi, że Darcy jest wilkiem. Sądzi, że jest nim Wickham. Ale po co nam to w książce o Darcym? I po co nam wzmianka o tym jednym gościu, który śpiewał w Maroon 5 i zdradził żonę? Jeśli mamy rozmawiać o Darcym, rozmawiajmy o Darcym. A jeśli nie, nie próbujmy wciskać ludziom na siłę, że o to będzie chodzić w książce.
I żeby nie było – rozumiem, co mniej więcej chciała przekazać nam autorka. Chciała przekazać nam, że jak już naczytamy się tej DiU i innych historii, w których mężczyzna jest podobny do Darcy’ego, to włącza nam się taka myśl, że jeśli ktoś jest dla nas wredny, to się zmieni, bo przecież Darcy się zmienił. To jest ciekawa teoria, ale znacznie lepiej wybrzmiałaby, gdyby autorka skupiła się nie na Darcym, ale na ludziach takich jak Darcy z początku książki. Bo Darcy nie był rozpustnikiem ani potworem, ale mnóstwo ludzi, którzy wydają się Darcym przy pierwszym spotkaniu, może okazać się rozpustnikiem i/lub potworem. Ciekawie jest spojrzeć na to, jak romantyzujemy pewne zachowania. Kolejny przykład, bardzo kontrowersyjny? Gilbert! Autorka o nim nie wspomina, ale Gil zaczepia Anię, obraża ją. Bo „kto się czubi, ten się lubi”. Jednak nie powiemy, że Gilbert był wrednym, przemocowym gnojkiem. Możemy jednak powiedzieć, że niektórzy chłopcy, którzy zachowują się podobnie, mogą się stać takimi gnojkami. Robienie z Darcy’ego złoczyńcy jest tak płytkim zabiegiem, że naprawdę niszczy całą książkę, której tematyka mogłaby być ciekawa. Wystarczyło skupić się na psychologicznym aspekcie człowieka, podając przykłady z literatury, zamiast podawać przykłady z literatury, twierdząc, że wszyscy ci bohaterowie są problematyczni. Bo w tym przypadku problemem nie był Darcy. Ani Austen. Problemem są ludzie, którzy intencjonalnie manipulują i krzywdzą innych. Darcy do nich nie należy, o czym autorka książki wydaje się nie wiedzieć.
Jedyne, co mi się podobało w tej książce? Krytyka Chucka Bassa. I hate him!!!! I znów, sądzę, że ulegamy tu temu myśleniu, że potwór może stać się dobry. Ale czy to ma coś wspólnego z Darcym? Raczej nie. Wychodzi więc, że książka podobałaby mi się znacznie bardziej, gdyby tytuł nie okazał się clickbaitem.
Zatrzymajmy się jeszcze przez chwilę na tych cytatach:
„Opiera się na fantazji o zakochaniu w Byronie”. „Nie jestem w tych tematach ekspertką, ale mam absolutną, niezachwianą pewność, że chodzi tu o s*ks z Byronem”. „Dwanaście historii, które tak naprawdę są o s*ksie z Byronem”.
Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, gdy Rachel Feder wspomina o Byronie, mogłabym kupić sobie nową książkę (a może i dwie).
Na samym końcu książki mamy za to szybkie wspomnienie o Dirty Dancing, ulubiony film autorki, jest przykładem mitu anty-Darcy’ego. Równie szybko, bo w zasadzie na niecałych czterech stronach, autorka wspomina o kwestii aborcji. Faktycznie bardzo poważnie potraktowała ten temat, skoro pojawił się tak na doczepkę. To jest ten powrót po pilot, gdy jedzenie stygnie. Bo skoro trzeba było złapać wszystkie stroki za ogon, to wszystkie, a nie tylko większość. Zamiast skupić się na kilku rzeczach, można wtrącić tu Olivię Rodrigo, Maroon 5, prawa kobiet, s*ks z Byronem i mnóstwo innych rzeczy, które tworzą jeden wielki chaos. Ta książka mnie zmęczyła. A szkoda, bo na początku liczyłam, że mnie oczaruje. Bo może nie chciałam się z nią zgadzać, ale uwielbiam przyglądać się innym perspektywom i sądziłam, że czegoś mnie nauczy, coś otworzy w mojej głowie. Niestety.
Na plus: okładka. Bardzo mi się podoba. I lekki język – przekład czytało się bardzo przyjemnie, jakbym spotkała się z koleżanką na kawie. Zakładam, że oryginał też czytało się w podobnym stylu! Krytyka Chucka Bassa. I ten cytat:
„Literatura, nawet dogodnie apolityczna, jak można postrzegać zwłaszcza powieści Jane Austen, nigdy nie ma charakteru neutralnego. A odczytanie literatury nigdy nie jest neutralne – odwołując się do literatury, nie szukamy neutralności. Nie po to ona istnieje”.
Ocena: 1,5/5