„Jeden obraz prowadzi do następnego” – tak można by w największym, zdecydowanie zbyt dużym skrócie opisać efekty poetyckiej pracy Marcina Czerkasowa. Obszerny tom „Mountain View” proponuje kalejdoskop tychże, ale już od pierwszego wiersza czuć, że coś tu nie gra. Elementy tworzące obrazy – układające się z kolei w drobne historie, absurdalne zestawienia, śmiałe dociekania czy notatki z bezosobistego dziennika – zmontowano z obiektów różnej skali, a szereg przesunięć kategorii tych obiektów, na zasadzie glitchu wpisanego w niemal każdą strofę, odrealnia ledwo co uchwycone w lekturze narracje. Nie są to obiekty przypadkowe. Odnoszą do aktualnych i możliwych realiów politycznych, tendencji społecznych, tyle komunikowalnych, co zużytych pragnień jednostek oraz kontrkulturowych estetyk. Są nie tyle krzywym zwierciadłem, co lustrem stworzonym z wielu warstw, z których część dawno uległa rozbiciu. Posługiwanie się nim, a więc i wielokrotna lektura, jest gestem skupienia, a być może i niezgody – odmowy wobec punktu spojrzenia, który kapitał i spektakl uznają za dogodny w warunkach nadciągającej katastrofy.
tyle słów, wszędzie słowa, albo raczej półsłówa, bo ze znakami nie szło żadne znaczenie. kojarzycie, jak ludzie śmieją się z Tołstoja, że co on takiego mógł mieć do powiedzenia, że napisał „Wojnę i pokój”, na które trzeba poświęcić chyba milion lat, żeby to przeczytać? to ja miałam tak samo z tym tomikiem. jednak ostatecznie dalej nie wiem. cóż, on sam nie wie, więc tym bardziej nie czuję się zobowiązana. nie jestem w stanie powiedzieć o czym to było i chociaż lubię często to uczucie, to tym razem niesie ono ze sobą rozczarowanie.
boze wreszcie moge dac czemus jedynke. bro zajebal relem na koniec - "nie rozumiem niczego, co zostalo napisane wczesniej". co to byl za pseudointelektualny belkot. rozumiem ogolna intencje autora ale pls, to byl przerost tresci nad trescia, tresci nad forma, formy nad trescia. LOSOWE SLOWA GENERATOR????????? boze jak ja nienawidze tego gowna (ps za jakis tydzien mam spotkanie z autorem na ktorym bede udawac ze mi sie podobalo😔😔😔)
Jak już pewnie wiecie, nie jestem fanką męskiej poezji współczesnej, ale nie było źle. Pare wersów zapadło mi w pamięć, reszta to rozciągnięte na 80 stronach flaki z olejem, kapitalizm i globalne ocieplenie. Za te pare wersów daje 2.5, bo żeby mnie z męskiej poezji współczesnej coś ruszyło to muszą anioły z bram niebios zstąpić
3,5 „A kiedy świat zbacza na manowce, sprawy wypadają z torów, wychodzę na dach poczytać gazety dla aligatorów.” <3 Czasami brzmiało jak bełkot, ale taki fajny. Najbardziej urzekły mnie początkowe wiersze oraz Blady Dom i Człowiek z Florydy.