„Są takie dni, kiedy czujemy, że w naszym życiu zaczyna się nowy rozdział.”
Moja opinia: Mam do tej książki bardzo mieszane uczucia. Na pewno jest to historia, która zasługuje na uwagę ze względu na to, że wydarzyła się w rzeczywistości. Jodi Ann Bickley jest zatem zarówno autorką, jak i główną bohaterką. Muszę przyznać, że pomimo współczucia i podziwu do jej osoby, nie jestem w stanie nie dostrzec gorszej strony tej pozycji. Zacznę od tego, że ta historia uderza w Czytelnika już od samego początku, co zdecydowanie działa na jej korzyść. Rozpoczyna się ona bowiem dość mocnym akcentem, jakim jest zapalenie mózgu, czyli choroba, która tak naprawdę może spotkać każdego z nas, gdyż kleszcze występują prawie wszędzie. Borelioza dotyka nawet ludzi młodych. Tyle się przecież ostatnio o tym słyszy. Jej skutki są niebezpieczne dla zdrowia i ciągną się latami, zmieniając dotychczasowe życie chorych. Nie mam pojęcia, jaki odsetek tych ludzi się poddaje, a jaki walczy o powrót do poprzedniego życia. "Milion cudownych listów" przepełniona jest emocjami i trudnymi tematami. Mamy bowiem do czynienia z wywróceniem życia codziennego, z osobistymi listami, ze śmiercią bliskich osób, z dręczeniem, problemami żywieniowymi, samotnym rodzicielstwem, z depresją.
Z jednej strony jest to zatem pozycja, która przypadła mi do gustu ze względu na wyjątkowość i prawdziwość. Z drugiej strony uważam, że było w niej kilka niepotrzebnych, wręcz irytujących wątków. Rozumiem, że autorka chciała opowiedzieć o tym, co ją ukształtowało i jakie wydarzenia miały na nią wpływ. Nie wiem jednak, czy wnosiło to coś konkretnego do tej pozycji i czy miało większy sens. Poza tym Jodi zachowywała się trochę tak, jakby odkryła coś, co wcześniej nie zostało odkryte i chciała zmienić, uratować cały świat. Niestety mnie to denerwowało i momentami po prostu nie rozumiałam jej zachowania. Ale czy powinnam? Jak ja zachowałabym się w jej sytuacji? Czy odnalazłabym w sobie siłę, aby zrobić coś dobrego nie tylko dla siebie, ale i dla innych?
Moja ocena: ★★★★★★☆☆☆☆