Zmierzch lubieżnego dziada?
W 2020 roku na fali wydarzeń związanych z #metoo Paulina Młynarska proklamowała zmierzch lubieżnego dziada. Norweska powieść, która wyszła spod ręki kobiety udowadnia, że ta proklamacja była co najmniej przedwczesna, a największą przeszkodą w tym zmierzchaniu wydają się być… same kobiety. Nina Lykke uczyniła swoim protagonistą kiepsko starzejącego się mężczyznę, który przez 300 stron smęci o tym, jak to życie mu się spieprzyło. Wydaje mi się, że w założeniu miała to być powieść egzystencjalna, o facecie po przejściach, który w końcu waży się krytyczne spojrzeć na swoje życie, ale wciąż nie potrafi wyjść poza patriarchalne schematy. O mężczyźnie, który tkwi w zawieszeniu pomiędzy przeszłością, która wprawdzie nie napawa go przesadną dumą, ale jednak wspomina ją z nieukrywaną nostalgią, a przyszłością, która nieuchronnie zmusi go do wycofania się na pozycję obserwatora życia. Koniec końców tę książkę odczytuję jako próbę obrony patriarchalnej przemocy, w której próbuje się wymusić na czytelniku zrozumienie dla złego i zblazowanego swym cynizmem człowieka, który nadaje się wyłącznie na porządną terapię, ale ponieważ jest facetem, to wydaje nam się, że powinniśmy go wysłuchać. Na domiar złego tej powieści zwyczajnie brakuje dynamiki, a gdy już-już historia zaczyna nabierać rumieńców, Nina Lykke dezerteruje do zakrapianego procentami wybuchu głównego bohatera, na który jego oponenci nie potrafią znaleźć żadnej sensownej repliki, co wyszło kuriozalnie i mało wiarygodnie.
W kilku miejscach główny bohater tej powieści mawia o sobie, że jest łupiną człowieka i jest to bodaj jedyna celna autorefleksja na tych 300 stronach. Mamy do czynienia z postacią groteskową, której wciąż się wydaje, że może coś znaczyć w norweskim świecie literackim i która w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej pociąg już dawno odjechał. Jego poglądy na to, czym powinna być współczesna literatura i jakimi środkami operować są zwyczajnie archaiczne, a technika, jaką usiłuje tworzyć – mocno zwietrzała. Jest szalenie zgorzkniały z powodu przekonania o trapiących go ograniczeniach i bardzo emocjonalnie odbiera odrzucenie go przez literacki establishment. Po tym wszystkim spodziewaliście się finału granego na nutę zmierzchu obmierzłego dziada? Otóż nic bardziej mylnego. Zakończenie zwiastuje nadzieję dla takiego typa i typów jemu podobnych. Mam wrażenie, że znowu przeczytałem książkę o kolesiu próbującym usprawiedliwić własne niegodziwości i wybielić wyrządzone krzywdy, a autorka mu w tym bardzo kibicuje.