Rok 1966. Pora Karmienia przeminęła, lecz jej echa wciąż spędzają wychowankom sen z powiek. Najgorsze jednak dopiero przed nimi.
Koszmary przenikają do rzeczywistości. Plątanina kłamstw zaczyna dusić. Przyjaźń bohaterów zostaje wystawiona na próbę, gdy pozory ustępują miejsca okrutnej prawdzie.
Co zrobić, gdy poczucie bezsilności wygrywa z nadzieją? Ile kosztuje przebaczenie? I co najważniejsze...
Już nigdy nie przeczytam książki z wątkiem found family, to nie jest na moje nerwy. Tyle ile ja łez wylałam na zakończeniu to jest jakieś nieporozumienie. Nie pamiętam kiedy ostatni raz zakończenie jakiejś książki mnie tak zmiażdżyło, że to aż fizycznie boli.
Wychowankowie sierocińca Whitewood liżą niegojące się rany po poprzedniej porze karmienia, a choć mają mieć zapewnione względne bezpieczeństwo przez kolejny rok — rzeczywistość ma inne plany. Trzeci tom „Kręgu“ od pierwszej do ostatniej strony trzyma w napięciu, które co krok niebezpiecznie skacze, by zaraz wyrównać poziom. Nie ma w nim chwil na odprężenie, bo nawet gdy pojawia się humor, nawet gdy bohaterowie okazują sobie wsparcie i czułość, to groźba końca wciąż wisi nad zdaniami. Opuszczenie sierocińca wiąże się z lękiem przed dorastanie, niedopasowaniem i samotnością. Zostanie w nim jest natomiast śmiertelnie niebezpieczne. Nieważne jednak, czego chłopcy by pragnęli — powoli zbliża się ostatnia pora karmienia i nie ma przed nią ucieczki.
Silencio to jedna z najlepszych polskich osób autorskich, jedna z najlepszych osób autorskich mojego życia w ogóle. Nie ma powieści, którą mnie nie zachwyca, którą nie porusza mojego serca i nie bawi się boleśnie moimi emocjami. Seria „Krąg“ jest natomiast perłą wśród jej twórczości. Kreacja bohaterów, język, klimat czy akcja — wszystko jest na najwyższym poziomie. W trylogii tej nie ma nikogo, kogo bym nie lubiła lub kogo nie mogłabym zrozumieć. Nie ma też bohatera, który zostałby opisany płasko czy nieciekawie. Relacje pomiędzy chłopcami ciągle ewoluują, a ich charaktery stopniowo ulegają zmianom — przez trzy lata dorastają, a kolejne traumy rzutyją na ich funkcjonowanie. Doświadczają wiele i choć czasami dzieje się coś pozytywnego, to zwykle jest mrocznie i niepokojąco. Trudno komuś zaufać, gdy podejrzenia się piętrzą, a „potwory miały wiele twarzy. Niektóre z nich należały nawet do przyjaciół“. Buduje to klimat, który potęguje sceneria. Mroczny las, wypełniony wpatrzonymi w ludzi oczami. Cienie poruszające się bez racjonalnego wyjaśnienia na ścianach. Dźwięki, jakich źródło nie jest znane. Od początku pierwszego tomu do końca ostatniego robi się tylko mrocznej, choć jednocześnie zagrożenie przestaje być czymś tajemniczym, bo razem z bohaterami stawiamy mu czoła. A raczej próbujemy. Groza przechodzi w fantastyczny horror. Klimat ten i bohaterowie to ogromne atuty serii, wystarczające, by ją pokochać i polecać, ale! Przecież to Silencio! Osoba, która nie tylko rewelacyjnie kreuje swoje światy, ale też niesamowicie zgrabnie je opisuje. Która językiem nieustannie do mnie trafia.
Skoro poprzednie tomy odebrały mi słowa, zmiażdżyły serce i na trwałe wryły się w pamięć, to nie wiem, co powinnam napisać teraz. Jak wyrazić całe uznanie dla tej części, opisać jak dobrym była ona podsumowaniem historii z Whitewood. Niech za dowód uznania wystarczy, że gdy objęłam nad powieścią patronat — płakałam; gdy przeczytałam ją pierwszy raz — płakałam; i gdy jeszcze raz do niej wróciłam — znowu czułam wszystko tak samo intensywnie, więc znowu płakałam. Tak wygląda moja relacja z powieściami Silencio w ogóle, ale trylogia „Krąg“ to nawet wśród nich coś wyjątkowego.
Przychodzi taki moment, że robisz podejście do fantastyki i coś nie gra, z cieniem zażenowania odkładasz książkę na półkę i niechętnie wracasz do tej tematyki ponownie.
Jakoś zupełnie nie po drodze było mi z kupnem papierowych wydań, ale w momencie gdy pojawił się czytnik myśle sobie „aaa, dobra spróbuję”. Czy byłam sceptycznie nastawiona? Byłam. Tematyka queer, przyczyniła się do tego, że mój sceptycyzm pogłębił się bardziej. Nie obrażając nikogo! Był taki moment, że ta tematyka pojawiał się wszędzie i sprzedawała się świetnie. Dałam jej jednak szansę, zachęcona dobrymi opiniami. I wiecie co? Świetnie, że dałam jej tą szansę! Ta seria była genialna! Grono chłopców w trzech przedziałach wiekowych, zamkniętych na odludziu w sierocińcu, zmagających się z potworami wychodzącymi z pobliskiego lasu i walczących o własne życie w porę karmienia. Nie brzmi dobrze? Bo dla mnie brzmi wybitnie! Nie mogłam się oderwać, przywiązałam się do bohaterów i ich polubiłam. No może z wyjątkiem jednego, który aż do końca działał mi na nerwy, mimo, że czasem zdarzało mu się objawić jakieś ludzkie zachowania. To historia z tej kategorii, że czytasz ją i nie możesz przestać o niej myśleć ani na chwilę. A gdy kończysz czytać, masz ochotę minutę później wcisnąć sobie guzik zapominania, aby móc od nowa poznać tą historię. Jeśli myślicie sobie, że fantastyka nie jest już dla Was, warto spróbować z „kręgiem” myślę, że znów pomyślicie jak fajnie jest czytać fantasy!
3,5/5 Ocena tego tomu to przy okazji ocena całej serii, a oceniam ją jako bardzo dobrą z drobnymi kluczowymi wyjątkami. Już pod pierwszym tomem pisałam, że ta seksualizacja to gruba przesada i zabierała mi całą przyjemność z czytania, bo wydawała się nierealistyczna - co może kogoś rozbawić, że szukam realizmu w fantasy. Sam zamysł na trzy książki w zasadzie o tym samym to też dla mnie trochę ciągniecie tematu na siłę, bo spokojnie można było wyciąć z tego 1/3 zbędnej treści, a historia wcale by na tym nie utraciła. Zbędna perspektywa Byala, która zdradzała stanowczo za dużo i także psuła bawienie się w pseudo detektywa i odkrywania prawdy wraz z bohaterami.
Można więc spytać, za co tak wysoka ocena ode mnie? Za pomysł. Za odwagę wydania tego na własną rękę. Jestem w mniejszości, której ta historia nie podbiła serca. Wierzę, że można ją pokochać, niestety u mnie uderzała w sporo triggerów.
Wysoka ocena ode mnie za... finał. Bo to ten rodzaj finału, za który nienawidzę autorki i mam ochotę powiedzieć "gówno", ale jednocześnie wstaję i klaszczę, bo nie jest dobre dla każdego. Jestem potwornie zawiedziona zachowaniem Cornela, zachowaniem Diany na koniec, wyborem miejsca na dom przez Felipe oraz tylko nieco smutna drogą Tristana. Co do Byala? To akurat ciekawy ark postaci, który jak wspominałam, lepiej by mnie uderzył, gdybym nie miała jego perspektyw. Zupełnie jak Yasima. Raz na tom - okej. Ale nie więcej.
Jednak sam fakt, że po skończeniu historii po prostu płakałam, zmusza mnie do tej oceny. Bo jestem wściekła, zraniona i smutna, ale to emocje, które nie skreślają tej historii. Udowadniają, że poruszyła i zniszczyła. Gratuluję.