Czy Mars to naprawdę nowy początek, czy po prostu inna wersja naszego kurwidołka
Max Kidruk z książką Kolonia podjął się nie lada wyzwania stworzyć opowieść, która nie tylko wciągnie nas w futurystyczną wizję Marsa, ale także sprawi, że zaczniemy zastanawiać się, co się stanie, gdy całe ludzkość zdecyduje, że Ziemia nie jest już wystarczająco dobra. W rezultacie dostajemy książkę, która balansuje na granicy pomiędzy ambitnym science fiction a nieco złożoną, socjologiczną analizą ludzkich postaw w obliczu ekstremalnych warunków. Czy udało mu się zrealizować tę misję? Tak, ale wcale nie w sposób, w jaki bym tego oczekiwał.
Erikson Martin i Elsberg?
Od samego początku Kolonia przypomina coś, co mogło wyjść spod pióra George'a R.R. Martina, gdyby Martin wpadł na pomysł stworzenia wielkiej epopei o Marsie. Kidruk zabiera nas w podróż poprzez liczne perspektywy bohaterów, gdzie każda postać opowiada nam swoją wersję wydarzeń, ale z zastrzeżeniem, że to część większego obrazu. O ile Martin buduje swój świat przez lata (i nie, nie mamy tu na myśli czekania na następny tom przez kilka dekad), Kidruk wprowadza nas do swojego sci-fi uniwersum w bardzo „zamaszysty” sposób.
W pewnym sensie widzę też podobieństwa między stylem Maxa Kidruka a Elsbergiem Podobnie jak Elsberg, Kidruk buduje napięcie wokół technologicznych zagrożeń i globalnych kryzysów, ale z tą różnicą, że Kolonia ma głębszy, bardziej filozoficzny wymiar. bydwaj autorzy umiejętnie balansują między technologiczną precyzją a osobistymi dramatami bohaterów, choć Kidruk skupia się na ludziach uwięzionych w ekstremalnych warunkach kolonialnych, a Elsberg częściej stawia na szybkie, sensacyjne tempo.
Tworzy to więc bardzo ciekawy i unikatowy klimat powieści. Co więcej Kolonia to Malazan sci-fi w wersji light w tym sensie, że: Jeśli kiedykolwiek marzyliście o książce, która bezceremonialnie wprowadzi was do swojego świata i nie zamierza tłumaczyć żadnych zasad, to Kolonia jest książką, która nie ma zamiaru trzymać za rękę. Oczywiście, po pewnym czasie przyzwyczajamy się do zawiłości i skomplikowanych zależności między postaciami, ale początkowy chaos może przypominać trochę próbę ogarnięcia wojny domowej w jednym akapicie. Jednak weterani Malazańscy będą się cieszyć. Te braku tłumaczenia dotyczą głownie świata/postaci/fabuły elementy technologiczne są subtelnie tłumaczone.
Nie licz na szybki lot
To nie jest książka, która porywa cię już od pierwszej strony. Kolonia jest jak mój zapał czytelniczy na GR odznaczam, że zacząłem później po 2 dniach update, że mam 10% książki a za następny dzień ją kończę. Dla niecierpliwych to może być test cierpliwości, bo przez pierwsze 60–70% książki ciężko jest wyczuć, dokąd ta opowieść zmierza. o ciekawe, im dalej brniemy w tę mroczną przyszłość, tym bardziej wkraczamy w pełen chaos gdzie tempo narasta, a wydarzenia składają się w obraz, na który czekam rzez wiele, wiele stron. I wtedy wreszcie jak z nieśmiałego płomienia wybucha prawdziwa eksplozja napięcia.
Jeśli zatem oczekuje się, że w każdej chwili Mars wybuchnie, ludzie zaczną latac w próżni, a roboty zaczną robić porządek, to od razu uprzedzam musicie uzbroić się w cierpliwość. Kidruk buduje swoje napięcie w sposób mistrzowski, ale powoli i bez żadnych skrupułów.
Każdy ma coś na sumieniu (i nie tylko)
W Kolonii postacie to nie jedynie funkcje fabularne, ale… no cóż, w sumie wiele z nich to trochę funkcje fabularne, ale za to jak są to jakieś funkcje fabularne, nie są ni jakie. Kidruk sięgnął po coś, co wydaje się być najbardziej satysfakcjonującym sposobem rozwoju bohaterów czyli w pieprzył je w szarość. Nikt nie jest bez winy. Nawet ci, którzy próbują być bohaterami, mają swoje ciemne strony i tajemnice, które odbijają się w kolejnych decyzjach, które podejmują w obliczu kryzysu. Dlatego tak bardzo śmierci mi PLiG od Martina.
I tu pojawia się ogromna zaleta narracji tej książki nie musimy czekać na to, by zrozumieć postaci, bo dzięki zmianom perspektywy dostajemy szerszy obraz ich motywacji, co czasami może wywołać emocjonalne rozbicie. Nie sposób zapomnieć o brutalnej rzeczywistości, którą Mars jawi się jako gigantyczna klatka, w której każdy z bohaterów staje przed wyborem, który może zadecydować o jego przyszłości.
Warto jednak zaznaczyć, że przy całej tej różnorodności postaci wciąż brakuje takich, które byłyby w stanie naprawdę wbić się w pamięć. Kidruk nie daje nam bohaterów, którzy są charyzmatyczni w tradycyjny sposób, co może rozczarować tych, którzy szukają czegoś bardziej jednoznacznego.
Martwa strefa - Mars czy Ziemia?
Teraz dochodzimy do jednej z najważniejszych rzeczy w Kolonii jej tła. Kidruk stworzył świat, który nie jest „futurystyczny” w klasycznym sensie. To nie jest obraz Marsa, który świeci w słońcu, z bujnymi, zielonymi ogrodami, gdzie życie toczy się w najlepszym porządku. Mars jest mroczny, ciężki, pełen ludzkich błędów. Społeczna hierarchia, przemoc, izolacja, a do tego mutacje biologiczne to właśnie tam rozgrywa się większość akcji. Kidruk nie bawi się w „romantyzowanie” przyszłości. Mars w jego oczach to ciągła walka z tym, co można nazwać ludzką naturą w ekstremalnych warunkach. Kolonizacja to nie złoty bilet, a raczej tragiczna próba odnalezienia sensu w miejscu, które nie ma nic wspólnego z utopią.
A Ziemia? Ziemia, cóż… nie jest już tym, czym była. Wirusy, pandemie, a także globalna niestabilność sprawiają, że rodzaj ludzki jest skazany na porażkę przynajmniej w oczach tych, którzy muszą walczyć o przeżycie na Marsie.
W „Kolonii” Kidruk wyraźnie krytykuje amerykański sposób myślenia o przyszłości, który ma swoje korzenie w kolonialnym podejściu: „Drill, baby, drill”, czyli bezmyślne eksploatowanie zasobów bez dbałości o konsekwencje. Zamiast ratować Ziemię, ludzkość myśli o przeniesieniu się na Marsa, traktując go jak kolejną „kopalnię” surowców. Kidruk ukazuje ten sposób myślenia jako kontynuację starych błędów kolonializmu tylko teraz zamiast „podbijać” inne kraje, podbijamy planety. Mars w jego książce staje się symbolem technologicznej wyższości, która nie rozwiązuje problemów, lecz je przenosi. To nie utopia, lecz kolejna ziemska pułapka, która pokazuje, że zmiana planety to nie rozwiązanie, jeśli nie zmienimy sposobu myślenia o zasobach i przyszłości.
Odsłania on naiwność marzeń o terraformacji Marsa, pokazując, że to nie jest łatwa ani realna wizja. Zamiast romantyzować „zielony Mars” utopię, w której ludzkość zakłada raj na czerwonej planecie autor uświadamia, że terraformacja to zadanie na granicy niemożliwości. W książce widzimy, jak technologia ma swoje ograniczenia, a marzenia o przekształceniu Marsa w drugi dom stają się raczej kosztownym, niekończącym się projektem pełnym trudności. To swoisty realizm, który obnaża idealistyczne podejście do kolonizacji innych planet, zmuszając czytelnika do zastanowienia się, czy naprawdę jesteśmy gotowi na taki krok. Kidruk wprowadza do tej wizji surową prawdę. Mars nie jest gotowym rajem, a raczej nowym polem bitwy z naturą i czasem.
Bez złudzeń
W Kolonii Kidruk nie stawia pytań o to, czy ludzkość jest gotowa do zasiedlania innych planet, ale raczej o to, czy w ogóle da się uciec przed sobą samym. Mars to symbol dla całej ludzkości pokazuje, że gdziekolwiek pójdziemy, nasze problemy, konflikty i mroczne skłonności będziemy zabierać ze sobą.
Kidruk nie sugeruje tu żadnych optymistycznych zakończeń. Raczej zmusza nas do konfrontacji z tym, co może nas czekać, gdy zabraknie nam naszej matki Ziemi, a my będziemy musieli stawić czoła nowemu światu, w którym nie da się po prostu nacisnąć przycisku „restart” i zacząć od nowa.
Kolonia: zbawienie czy Kara. Podsumowanie
Kolonia to książka, która nie będzie łatwa. Ma swoje momenty chaosu, przeskoków i zawiłości. Niezbyt przystępna w początkowych częściach, rozkręca się jednak w taki sposób, że na końcu trudno się oderwać. Max Kidruk stworzył książkę, która zmusza do myślenia, wywołuje dreszcze i pozostawia z pytaniem, co się stanie, gdy przyjdzie nam naprawdę stanąć na progu kolonizacji. Bo choć Kolonia jest science fiction, to nie sposób nie poczuć, że to nasza rzeczywistość w przyszłości. Jeśli dalej będziemy wyzyskiwać ziemie.