Po pierwsze nie osądzajcie mnie, piszę teraz po sześć godzin dziennie i po wszystkim mój mózg to galareta, nie dam rady czytać nic sensownego. Po drugie, przeczytałam to for science, kolejne poświęcenie na ołtarzu rozwoju fantropologii. Po trzecie... to nie było takie... złe?
Inaczej, było okropne, cringowałam przez większość opowiadań tak, że chyba mam skręt kiszek, najgorsze były opowiadania z ludźmi, których znam i lubię, albo znam i nie lubię, a inni się nad nimi spuszczają, ale każdy ten rodzaj był zły z innego powodu. Ale też było na swój sposób te opowiadania były słodkie? W porównaniu do fanfiction, do którego przywykłam, jeśli chodzi o RPFy, były zadziwiająco słodkie i naiwne. Trzymanie się za ręce i patrzenie sobie w oczy, a nie nierekomendowane użycie zwierząt domowych (patrzę na ciebie fandomie SPN).
Co było najgorsze? Narracja drugoosobowa. Ja po prostu nie lubię, kiedy ludzie mówią mi, co mam robić. I ten początek każdego opowiadania w formie "Wyobraź sobie, że...". I potem leci pierwsze zdanie w stylu "Budzisz się przed świtem, jak zwykle" i "Masz chłopaka", i moją reakcją jest "skarbie, właśnie podałaś moją personalną definicję piekła, wypisuję się z tego opka". No i wszystko było tak heteroseksualne, że myślałam, że skonam z nudów. Okładka jest tęczowa, więc obiecywała coś innego. Queerbaiting wszędzie!
Co było najciekawsze? Uderzyła mnie różnica pomiędzy kulturą pisania ff na wattpadzie, skąd te potwory pochodzą, a cóż, regularną kulturą fanfiction z tradycjami sięgającymi od fanfiction.net przez LJ do AO3. Sama nazwa gatunku ff opartego na narracji drugosobowej była mi obca, bo kojarzę tę formę jedynie z Tumblra, gdzie taguje się jako "xreader", od określania pairingu postać x reader. Poza tym nie mogę przestać się dziwić, jakim cudem tylko najmniej reprezentatywne dla fanfiction teksty wychodzą w komercyjnym obiegu. "50 twarzy przemocy domowej" i to coś. Fanfiction to najlepsza literatura queerowa jaką czytałam, dlaczego nic z tego nie trafia do obiegu?
Co było najlepsze? Kim Kardiashian na czele selfie rewolucji mającej na celu obalenie patriarchatu. Pierwsze opowiadanie w tomie jest naprawdę, autentycznie dobre. W sumie jest jednym tekstem w tomie, który ma jakiś przekaz poza swoją wartością eskapistyczną. Porusza tak wiele problemów patriarchatu (panjaśnianie, praca emocjonalna kobiet, społeczna kontrola kobiecych ciał, żeby wymienić tylko kilka), że nadaje się jako tekst do analizy na gender studies. Byłam zachwycona.
W każdym razie, przeczytane. Mogę tylko dodać, że opowiadanie o Hiddlestonie było najdłuższe i chyba miało być czymś w stylu "slow burn". Cringowałam nieustannie. I hardo.