To jest z pewnością jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych książek, jakie przeczytam w tym roku. Niezwykły lament na dwa głosy - ludzki i ptasi - który rozbija serce na 100 kawałków.
Wołanie o bycie dostrzeżonym do tych, co obok i do tych, którzy trzymają w dłoniach tę maleńką rozmiarem, ale ogromną w wymowie książkę. Apel, żebyśmy zdarli etykietę, zajrzeli pod powierzchnię i zobaczyli człowieka, którym kiedyś był narrator.
Prosta historia prostego mężczyzny, który doświadcza nieszczęść także niespecjalnie wyjątkowych. Choroba, śmierć kogoś bliskiego, nieszczęśliwy wypadek, mogą spotkać każdą i każdego z nas. Bo dobrych ludzi też spotykają złe rzeczy
Bohater jest współczesnym Hiobem, tylko dla niego nikt nie przewidział nagrody pocieszenia. Wystawiony poza nawias społeczeństwa, przepychany przez kolejne placówki opiekuńcze. Ciuła swój los wbrew sobie, to kawki wydeptują jego ścieżki swoimi pazurkami.
Głupi Matt.
Autorka zrzuca jego cierpienie, żałobę, tęsknotę, rozpacz na nasze ramiona, a my dźwigamy ich ciężar, aż zaczynamy się garbić tak jak on. Odrzucony, samotny, splątany, i bezbronnie ludzki w swoim doświadczeniu, wyciska łzy.
Przy czym nie ma tu żadnego grania na emocjach, nie ma żebrania o litość, żadnego tam misery porn. Jest czysta prawda przekazana w sposób jednocześnie oszczędny i poetycki. Chyba dlatego ta książka tak dotyka. Ann Donnelly opakowała ból w prozę doskonale piękną. To zamknięte dzieło, w którym tekst i forma ważą równo, a liryczny charakter sprawia, że nie myślimy, tylko czujemy. Ogromna tu zasługa królowej Agi Zano, która po raz kolejny wycisnęła tekst do ostatniej kropli, żebyśmy mogli w nim utonąć.
Czuję, że jeszcze wiele mogłabym od tej noweli dostać, że nie mam bazy, żeby ją w pełni docenić. Chciałabym lepiej znać mitologię irlandzką, język gaelicki, móc łapać więcej kontekstów. Ale nawet bez tych narzędzi wiem, że obcuję z czymś wyjątkowym. To ten typ książki, którą po przeczytaniu ostatniego zdania chcesz zaczynać od nowa.
Nie wiem co Irlandia ma takiego, czy to klimat, czy przyroda, że wyrastają tam pisarki - sztukmistrzynie, które umieją zamykać cale światy w tak niewielu słowach. Ta nowela staje dla mnie w jednym szeregu z „Drobiazgami takimi jak te” Claire Keegan, a Ann Donnelly dołącza do grona autorek, których kolejnych dzieł będę bacznie wypatrywać na horyzoncie. I wam radzę to samo.