He Used To Be Me is follows the life of ‘Daft Matt’, from the loss of his twin brother as a child and the impact that had on him and his family, through the carefree days of early manhood, when he travelled the world and met his wife, to the shocking aftermath of a horse-riding accident that would leave him in care for another 30 years.
Anne Walsh Donnelly writes prose, poetry and plays. Originally from Carlow in the south-east of Ireland, she now lives in Mayo in the west of Ireland.
She is the author of “He Used To Be Me”, published by New Island Books in February 2024. The book tells the story of Daft Matt, as he wanders the streets of Castlebar in search of the claw marks of the cága, or jackdaws, who have spoken to him since he was a boy.
In lyrical prose, Walsh Donnelly explores the complex workings of Matt’s inner life: how he deals with the loss of his twin brother as a child, navigates the carefree days of early manhood and copes with the aftermath of the horseriding accident that would see him incarcerated in the care system for the next thirty years. Richly imagined and beautifully written, this is a story for anyone who chooses to look beyond the surface of things.
Her other books include, ‘The Woman With An Owl Tattoo,’ and the poetry collection, ‘Odd as F*ck,’ both published by Fly on the Wall press
Po raz drugi przekonuję się, że irlandzkie pisarki nie potrzebują wielkich objętościowo książek, żeby opowiedzieć przejmujące historie. Tu mamy zaledwie 100 stron, a historia Matta jest w stanie rozedrzeć serce na kawałki. Napisana oszczędnie, ale pięknie (ukłony dla tłumaczki) i przejmująco, pozwala odczuć pełnię tragizmu wydarzeń w życiu bohatera.
"Dlaczego dobrym ludziom zdarzają się złe rzeczy"? Bardzo ślicznie i finezyjnie napisana, poruszający opis powłoki człowieka. Esencją jest lapidarny, oszczędny język.
„Elementy, które nam zostały, wchodziły jeden w drugi idealnie. Tyle że z układankami jest jeden kłopot: jak ich na amen nie skleisz, to w każdej chwili mogą się rozsypać.”
Jak zaczyna brakować jednego elementu, układanka traci sens. Ukłony dla tłumaczki 4.5/5 ‼️
Zanim Matt został Głupim Mattem, był bratem bliźniakiem, mężem i ojcem. Ale brat umarł i Matt czuł, jakby stracił część siebie, część potrzebną do szczęścia, potrzebną do życia. Później małżeństwo i ojcostwo. Nie do końca takie, jak w marzeniach, ale nic nie jest jak w marzeniach. Wreszcie fatalny upadek, "...a po upadku wszystkie kawałki naszego życia się rozsypały, trochę przepadło na amen, i to był koniec, bo jak brakuje elementów, to już nie ma układanki". Matt jest elementem, układanka się zgubiła. Trzeba się wziąć w garść, bo przecież "duzi chłopcy nie płaczą". Nie płaczą, gdy umiera brat, nie płaczą, gdy umiera matka, nie płaczą, gdy...
Dlaczego dobrym ludziom zdarzają się złe rzeczy? Bo mogą.
Matt został Głupim Mattem, meblem przestawianym od szpitala do domu opieki, na swój sposób odliczającym dni i lata samotności. Pamięć zawodziła, ale to dobrze, bo utrata dawnego życia mniej bolała. Mniej? Wolne żarty. Ona wyżerała rany w sercu.
Głupi Matt nie jest tak do końca samotny. Nie opuszcza go tajemniczy głos - cága, kawki stukające pazurkami i szepczące mu w głowie słowa-ostrza, wiodące ku szczęściu lub wręcz przeciwnie.
"Człowiek, który był mną" to debiut prozatorski poetki i można to odczuć od pierwszego zdania. Cyzelowanie, lapidarność, esencja - taki jest język tego przejmująco smutnego maleństwa. Tyle finezji w opisie człowieka, którego powłoką był Głupi Matt. Pod powłoką - morze łez i fakt nie do podważenia: "jesteś za stary, by życzenia się spełniały".
To jest z pewnością jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych książek, jakie przeczytam w tym roku. Niezwykły lament na dwa głosy - ludzki i ptasi - który rozbija serce na 100 kawałków. Wołanie o bycie dostrzeżonym do tych, co obok i do tych, którzy trzymają w dłoniach tę maleńką rozmiarem, ale ogromną w wymowie książkę. Apel, żebyśmy zdarli etykietę, zajrzeli pod powierzchnię i zobaczyli człowieka, którym kiedyś był narrator. Prosta historia prostego mężczyzny, który doświadcza nieszczęść także niespecjalnie wyjątkowych. Choroba, śmierć kogoś bliskiego, nieszczęśliwy wypadek, mogą spotkać każdą i każdego z nas. Bo dobrych ludzi też spotykają złe rzeczy
Bohater jest współczesnym Hiobem, tylko dla niego nikt nie przewidział nagrody pocieszenia. Wystawiony poza nawias społeczeństwa, przepychany przez kolejne placówki opiekuńcze. Ciuła swój los wbrew sobie, to kawki wydeptują jego ścieżki swoimi pazurkami. Głupi Matt. Autorka zrzuca jego cierpienie, żałobę, tęsknotę, rozpacz na nasze ramiona, a my dźwigamy ich ciężar, aż zaczynamy się garbić tak jak on. Odrzucony, samotny, splątany, i bezbronnie ludzki w swoim doświadczeniu, wyciska łzy. Przy czym nie ma tu żadnego grania na emocjach, nie ma żebrania o litość, żadnego tam misery porn. Jest czysta prawda przekazana w sposób jednocześnie oszczędny i poetycki. Chyba dlatego ta książka tak dotyka. Ann Donnelly opakowała ból w prozę doskonale piękną. To zamknięte dzieło, w którym tekst i forma ważą równo, a liryczny charakter sprawia, że nie myślimy, tylko czujemy. Ogromna tu zasługa królowej Agi Zano, która po raz kolejny wycisnęła tekst do ostatniej kropli, żebyśmy mogli w nim utonąć.
Czuję, że jeszcze wiele mogłabym od tej noweli dostać, że nie mam bazy, żeby ją w pełni docenić. Chciałabym lepiej znać mitologię irlandzką, język gaelicki, móc łapać więcej kontekstów. Ale nawet bez tych narzędzi wiem, że obcuję z czymś wyjątkowym. To ten typ książki, którą po przeczytaniu ostatniego zdania chcesz zaczynać od nowa. Nie wiem co Irlandia ma takiego, czy to klimat, czy przyroda, że wyrastają tam pisarki - sztukmistrzynie, które umieją zamykać cale światy w tak niewielu słowach. Ta nowela staje dla mnie w jednym szeregu z „Drobiazgami takimi jak te” Claire Keegan, a Ann Donnelly dołącza do grona autorek, których kolejnych dzieł będę bacznie wypatrywać na horyzoncie. I wam radzę to samo.
Literacko absolutnie wyśmienita! Jednak trochę niestety się z nią rozminęłam, w żaden szczególny sposób na mnie nie wpłynęła ani też nie wywołała emocji czy refleksji… Przy tych krótszych książkach zdecydowanie trudniej mi się jakkolwiek zaangażować i ten tytuł również to potwierdził.
2,75/5 ⭐️ 🎧 Dobrze, że była krótka, bo ja widocznie nie przepadam za takim majakalnym bajdurzeniem. Bardzo kojarzyła mi się z Fossem. Trochę poruszająca, doceniam, ale nie dla mnie.
Powiedziałbym, że siadłem i przeczytałem za jednym posiedzeniem, ale to nie byłaby prawda, gdyż musiałem iść z psem. Płakówa od pierwszej strony, z przerwą na środek, do ostatniej. Wspaniałości.
Cudownie dziwna, niekomfortowa we wciągający sposób. Irlandzka książka, choć skupiająca się na jednostce, przekazuje ducha Irlandii. Przykre studium złamanego człowieka, ukazane niepokojąco lekko. Zabawa formą skradła moje serce <33
Było to bardzo inne od wszystkiego, co w ostatnim czasie czytałam. I wreszcie eksperymenty formalne nie przysłoniły opowieści. Dobra rzecz, pozostawiająca z pytaniem totalnym: ile liter zostało mi jeszcze w życiu?
This is not only a miniature, but also written with restraint and minimalist precision. And yet it is so steeped in sadness and a sense of injustice to a degree one rarely finds even in much longer works. Thoroughly Irish to the core. It is also excellently translated into Polish – though that's hardly surprising, as Aga Zano truly reigns supreme.