3,5*, ale za lokalizację podciągam do 4
Najnowsza pozycja w serii Czeskie Krymi wydawnictwa Afera to nie jest literatura czeska, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma w niej ani humoru, ani dystansu. Jest tragiczna przeszłość i smutna teraźniejszość Szumawy oraz brzydka strona ludzkich charakterów.
W zapomnianej wiosce pośrodku niczego, którą najbardziej charakteryzuje bieda, patologia, brak perspektyw i wiele skrywanych przez miejscową ludność tajemnic, dochodzi do zbrodni. W pobliskim lesie znaleziono zwłoki nastolatki. Na jej ciele nie ma żadnych obrażeń, dziewczynka zamarzła. Okoliczności zdarzenia są jednak makabryczne, bo właśnie jest Dzień Pamięci Ofiar Holokaustu, przez miejsce to pod koniec wojny przechodził marsz śmierci żydowskich więźniarek z obozów koncentracyjnych, a dziewczynka ubrana jest w pasiak z naszytą żółtą gwiazdą. Śledztwo powierzone zostaje starszemu komisarzowi, który do lokalnego komisariatu trafił za karę, po tym gdy ujawniono przekręty, których dopuścił się w jednym z dochodzeń. Chociaż pochodzi z tego regionu, karierę, dzięki protekcji swojego teścia, robił w Pradze. Zesłanie na prowincję - jego zdaniem niesprawiedliwe, uważa się za kozła ofiarnego - wpędziło go w depresję i zamieniło w zgorzkniałego, nieprzyjemnego gbura. Do tego jego żona zaczyna chorować na chorobę Parkinsona i chce przenieść się do ośrodka opieki. Komisarz uważa, że to wina rozczarowania, jakiego jej dostarczył. Nowa sprawa, którą szybko zaczynają interesować się krajowe media, ma być dla niego wielkim powrotem do gry i okazją do odzyskania dawnej renomy i pozycji. Wydaje się, że ten plan może się powieść, bo podejrzany od początku jest tylko jeden, wyrok na niego wydała nie tylko policja, ale też opinia publiczna, wystarczy tylko zgromadzić mocne dowody. Okazuje się jednak, że sprawy są dużo bardziej skomplikowane, odkopywanie dawno pogrzebanych faktów i wspomnień może przynieść informacje, które zamiast dać rozwiązanie, będą tylko ogromnym ciężarem. Przeszłość upomina się o swoje, a w miejscu gdzie śmierć zakopana pod ziemią i w ludzkich sumieniach, odkrywanie dawno zabliźnionych ran może skończyć się kolejną tragedią.
„Źródła Wełtawy” to opowieść z pogranicza. Bardzo lubię książki, których akcja umiejscowiona jest w takich regionach, bo na styku granic historia często jest najbardziej burzliwa, mroczna i zaskakująca. Tak też jest w tym przypadku. Szumawa jest pełnoprawną bohaterką kryminału, a jej losy rzeczywiście są niezwykle ciekawe. Najpierw skomplikowane relacje sąsiedzkie w okresie wojennym, kiedy sąsiedzi zaczęli być wrogami, zbrodnie nazistowskie, przymusowe przesiedlenia, Żelazna Kurtyna, działo się tam sporo. Ponieważ mało wiemy o historii Czech, w czasie lektury zastanawiałam się ile w książce Klabouchovej jest faktów i okazuje się, że całkiem sporo. Co prawda bardzo mało materiałów po polsku czy angielsku udaje się wygooglować, ale rzeczywiście: przechodził tamtędy marsz śmierci; w okolicach Frantiskova prawdopodobnie była tajna nazistowska fabryka, w której pracowali jeńcy wojenni, w związku z czym pod ziemią mogą być ukryte korytarze; był tam również region działalności przemytników, którzy przerzucali przez granicę uciekinierów z CSSR, a co za tym idzie miejsce wzmożonej aktywności służb specjalnych i komunistycznych zbrodni. Ta płaszczyzna historyczna książki podobała mi się najbardziej, sam kryminał troszkę mniej. Przede wszystkim nie ma w tej książce ani jednej postaci, którą do której udało mi się poczuć cień sympatii, a lubię mieć komu kibicować czytając kryminał. Problem mam też z motywacjami bohaterów, które ostatecznie okazują się jakieś spłycone (chociaż może tak naprawdę tacy jesteśmy?). Intryga ukierunkowana tylko na jeden wątek śledztwa w pewnym momencie wydaje się oczywista i trochę nuży, na szczęście następuje plot twist, który nadaje jej rumieńców. Zakończenie nie jest specjalnym zaskoczeniem, można było sobie poukładać klocki wcześniej.
Niemniej, choć czasami naciągana, narracja Klaubouchovej mnie wciągnęła i wzmogła moje pragnienie poznania Czech i ich historii jeszcze lepiej, więc oceniam „Źródła Wełtawy” pozytywnie.