Nie wiem, czy to już zmęczenie wizytami na czeskim zamku, czy po prostu już nie jest tak śmiesznie jak było wcześniej, ale wyjątkowo szósta część opowieści o losach Kostków jakoś do mnie nie przemówiła. Tym razem ot tak po prostu jednym okiem wpadło, a drugim wypadło, i szczerze powiem nie wiem czy mam ochotę na drugą część "Arystokratka pod ostrzałem miłości” Evzena Bocka. W pierwszej rozterki Marii, ostatniej arystokratki, jakieś takie były pozbawione polotu i mimo nawiązań do brytyjskiego dworu nie bawiłam się dobrze. Albo mi się humor stępił i na starość tetryczeję, albo ta część nie była śmieszna, mimo że wydawca zapewniał, że jak zawsze do tej pory będziemy boki zrywać w trakcie czytania. Ja tam sobie nic nie zerwałam.
Co więcej, było mi zupełnie obojętnie czy Maria zwiąże się z Maksem, co to jak ona sama wie jak to jest być biednym jak mysz kościelna, czy też wybierze Marka, holenderskiego multimiliardera, co to może jej zapewnić dostatek. Stukałam się pół książki w głowę myśląc: „Dziewczyno masz dziewiętnaście lat, bierz tego który cię bardziej kręci, w końcu nie idziesz jeszcze przed ołtarz!”
I faktycznie jedyne odrobinę humorystyczne momenty to były te, które odnosiły się do kręcenia dokumentu o rodzinie Kostków z Zamku Kostka przez holenderską ekipę filmową, tu zwłaszcza postacie drugoplanowe wspięły się na wyżyny.
Czy sięgnę po vol. 2 – pewnie tak, chociaż nie wiem czy tak aż szybko. Boję się, że kolejny zawód z tą serią sprawi, że już nigdy po nią nie sięgnę, a do tej pory nie był tak źle. Odczekam zatem chwilę i albo Bocek wyjdzie z tej potyczki z tarczą, albo na tarczy. Poczekamy, zobaczymy.