Kiedy możemy powiedzieć, że spotkaliśmy kogoś naprawdę?
Koncertina to piękny, literacki reportaż o przekraczaniu granic. Tych, które wyznaczyliśmy stalową barierą, oraz tych, które nie pozwalają nam zrozumieć innych. Andrzej Muszyński, nagradzany reporter i pisarz, udaje się na polsko-białoruską granicę. W jednym z ośrodków poznaje Sarwat, Syryjkę, która uciekła przed wojną. Gdy kobieta zaczyna opowiadać swą dramatyczną historię, zadzierzga się między nimi wieź, tym mocniejsza, że autor, doświadczony podróżnik, od lat próbuje dostać się do kraju, z którego Sarwat uciekła. Tyle że ktoś wysoko postawiony z jakiegoś powodu nie chce, by odwiedził Syrię. To przedziwne splątanie poszerza perspektywę, jaką wyznacza tradycyjna relacja przybysza i gospodarza. Dwa światy, polski i arabski, wchodzą ze sobą w konstelację – dzięki rozmowie i wzajemnemu odkrywaniu. Przyjaźń zrodzona w świecie pełnym tułaczego cierpienia stanowi wzruszający akt sprzeciwu wobec barbarzyństwa, którego ludzie dopuszczają w przygranicznym lesie – i wszędzie tam, gdzie „obcych” traktuje się jak zagrożenie.
zdecydowanie nie jest to obiektywny i rzetelny reportaż, a prywatny pamiętnik autora
tak naprawdę nie treść jest tu powodem, dla którego oceniam książkę negatywnie, a forma. jest chaotycznie; ciągłe retrospekcje, wspomnienia, wtrącenia, myśli… za dużo wszystkiego
nic nie jest tu poukładane, chronologia nie istnieje. dodatkowo ani przez moment nie czułam zainteresowania, nie potrafiłam się zaangażować, ponieważ nie zbudowano odpowiedniej więzi z przedstawianą historią
Dałam najpierw wyższą ocenę, ale była to ocena bardziej za wybór tematu i intencje niż za to, co przeczytałam. Więc zmieniłam na mniej, bo książka mnie nie zachwyciła. Spodziewałam się "literackiego reportażu o przekraczaniu granic", a dostałam literacki reportaż o tym, jak reporter chce jechać do Syrii, ale Syria nie chce dać wizy. Obiecywana historia relacji z osobą uchodźczą ciągle mi się chowała pod opowieścią o samym reporterze. Czytałam ją mega długo jak na tak krótką książkę i szczerze, wyglądałam wciąż, czy ten koniec to już.
Co to było za przeżycie!... Książka wymykająca się próbom zaszufladkowania, trochę esej, trochę reportaż, trochę pamiętnik. Nieważne zresztą, bo Muszyński idzię swoją ścieżką i zaprasza do podróży, w której obdarzy czytelnika ogromem wrażeń, zapachów, obrazów, smaków. I emocji. Wyjątkowa empatia, wrażliwość, otwarcie na innych, na inną kulturę i świat. "Koncertina" trafia prosto w serce i doskonale wpisała mi się w lektury ostatniego roku: "Dom Oriona" Fiedorczuk i "Jezus umarł w Polsce" Grynberga. Choć nie tylko o uchodźctwie tu przeczytamy.
Pierwsza lekcja, jaką się wyciąga z tej lektury pojawia się już w samym tytule. Concertina to zasieki, które najczęściej wieńczą druciane płoty stawiane na granicach bądź w trakcie zamieszek. Wymowny tytuł dla tego literackiego reportażu pióra Andrzeja Muszyńskiego.
To opowieść o przekraczaniu granic, ale przede wszystkim o spotkaniach, które dochodzą do skutku mimo przeciwności losu. Tą przeciwnością dla autora są długoletnie, ale i nieskuteczne próby dostania się do Syrii. W trakcie tych oczekiwań Muszyński postanawia wybrać się do ośrodka na granicy polsko-białoruskiej, gdzie poznaje rodzeństwo pochodzące z Syrii. Talal i Sarwat to spotkanie, które przybliża autora do trudności uchodźczego losu. Od tej pory zaczną przeplatać się ze sobą światy arabskie i polskie w opowieści snutej przez autora. Sarwat pojawia się w słowach Muszyńskiego, ale i w ilustracjach, które wypełniają wnętrze „Koncertiny”. W lipcu zaczytywałam się „Jezus umarł w Polsce” Mikołaja Grynberga, dlatego z ciekawością sięgnęłam po „Koncertinę”, która wybiera formę niemalże lirycznego reportażu, który daje tej niewielkiej książce bardziej osobisty wymiar.
„Raz jeszcze próbuję wyłożyć swoje intencje i wkupić się w łaski - w końcu nie wpuszczają tu już dziennikarzy, a na furtce wisi tabliczka z napisem: „No journalists. Refugees need peace”. Trzeba wcisnąć dzwonek, kukają przez okno, dopiero wtedy otwierają. Idziemy do środka, Michał prowadzi, jest wysoki, ma jaśniutkie włosy. W środku szkolnie, kolonijnie. Łóżka piętrowe, chyba linoleum w korytarzu, ruch. Czuć jedzenie. Kurkumy dodają, jej nie pomylę. Komputer, dzwonią telefony, pot. Dobrze, że rejwach, bo nie muszą wiele mówić, ileż można zdobywać zaufanie? Zapamiętać imiona.”
Czy na polskim rynku wydawniczym powinno pojawić się więcej książek o migracji i kryzysie na polsko-białoruskiej granicy?
“Koncertina” Andrzeja Muszyńskiego jest zupełnie odmiennym głosem w tej tematyce. Autor bowiem skupia się na człowieku i jego emocjach, ale chyba jako jedyny próbuje zrozumieć ludzi z obydwu stron barykady, jednocześnie wyzbywając się w swojej opowieści polityki i oskarżeń.
“Koncertina” to historia relacji autora z syryjskim rodzeństwem, które jesienią 2021 r. opuściło swój dom uciekając przed wojną i próbując znaleźć lepszy świat na zachodzie Europy. Książka jest zapisem drogi ku nawiązaniu przyjaźni Andrzeja z Sarwat i Talalem oraz rodziną tej dwójki. Napisana dynamicznym językiem, na który wpływ ma wielość krótkich, szczegółowych zdań.
To, co niezwykle istotne w “Koncertinie”, to narracja, która ma formę retrospekcji autora. Impresji Muszyńskiego jest tutaj zdecydowana większość, przedzielona wierszami i obrazami Sarwat. To niecodzienny dwugłos, dzięki któremu poznajemy stosunek do migracji zarówno Polaków, jak i migrantów. Niesamowite jest to, że autor skonstruował taką formę, iż właściwie zdołał pokazać jak na dłoni, skąd w Polsce bierze się paniczny lęk przed obcymi, skrzętnie wykorzystywany przez media do podkręcania nastrojów społecznych i przy tym w ogóle nie oskarżając Polaków, a wręcz ich broniąc. Drugiej stronie Muszyński może i nie oddał tak dużo miejsca, jak swojej retrospektywnej opowieści, ale w oszczędnej, niezwykle sugestywnej i emocjonalnej poezji, Sarwat też przekazuje bardzo dużo.
Taki sposób narracji w “Koncertinie” uważam za strzał w dziesiątkę. Muszyński, przekazując nam osobiste doświadczenia, w tym swojej rodziny, przekazuje, dlaczego szczególnie w starszym pokoleniu tyle lęku przed obcymi. Mało tego, na bazie własnych przygód pokazuje nam jakie emocje mogą towarzyszyć migrantom przyjeżdżającym do Polski. Z czego zacofanie, lęk przed nieznanym, brutalne zderzenie z technologią - to tylko te najważniejsze kwestie. Przy okazji demaskuje również Europę za jej ospałość i krótką pamięć o konflikcie w Syrii.
Muszyński dzięki takiej narracji upiekł zatem kilka pieczeni na jednym ogniu, ale moim zdaniem są dwa najważniejsze przesłania “Koncertiny”. Po pierwsze my jako naród nigdy nie będziemy otwartym, empatycznym społeczeństwem, jeśli będziemy tak zamknięci we własnych granicach. I po drugie: kryzys migracyjny nie musi mieć wyłącznie tego obrazu, które media serwowały nam jesienią i zimą 2021 roku. Ale tylko od nas zależy, którą narrację ostatecznie wybierzemy. “Koncertina” jest wyjątkowym głosem w tym temacie, bo ona niczego nam nie narzuca, a jedynie próbuje na spokojnie odpowiedzieć na pytania, które być może w naszych głowach pojawiały się od lat.
Dopiero, kiedy zaczęłam ją czytać, doszło do mnie, jak bardzo brakowało mi właśnie takiej - osobistej, nieoczywistej, pełnej szarpnięć i wątpliwości - opowieści o tym. O tym, czyli o czym właściwie? O kryzysie humanitarnym? O granicach? O międzykulturowych spotkaniach i rozkrokach? O przyjaźni? Trochę o tym wszystkim się tu mówi - ale bez pretensji do uniwersalności i (uff) moralnych osądów, bo zawsze w odniesieniu do własnych przeżyć.
Prozatorska część ugryziona przez Muszyńskiego jest tak, że nie mogłam się oderwać. Mimo wszystko spodziewałam się kapki patosu, za którą nie miałabym pretensji. Ważny temat - ważkie środki. Ale i tej kapki sprawnie się tu unika. Muszyński trudne tematy przeplata cytatami z przewodników Lonely Planet czy relacjami z własnych lęków i fascynacji, czasem nieomalże osuwających się w fetysz. I dzięki tym zabiegom nie sadza się na fotelu sędziego moralności.
Nie pretenduje też do pozycji kogoś, kto posiada "wiedzę". Nie ma tu przypisów, bibliografii, źródeł i ich weryfikacji, co przyjęłam z ulgą. Literackie, żywe non-fiction to coś, co lubię. Trochę na przekór panującym tendencjom i krytykom wymierzonym w Polską Szkołę Reportażu. Nie twierdzę, oczywiście, że w ten nurt bym Muszyńskiego wpisała - zwyczajnie się na tym nie znam. Ale podziwiam sposób, w jaki w Koncertinie plotą się fakty, wspomnienia, opowieści i wyobraźnia.
W jakiejś recenzji na Instagramie przeczytałam, że krytyczka wolałaby, aby to Sarwat Matuk opowiedziała swoją historię, a nie potrzebowała do tego Muszyńskiego jako kogoś, kto ją wprowadza. Raz, że tego typu opinie świadczą o jakimś niepokojącym fetyszu tego, by osoba, której przydarza się bycie uchodźczynią, musiała koniecznie opowiadać Swoją Historię, prężyć ją i gnieść przed europejską publicznością. A przecież dokładnie przeciw temu wypowiada się ta książka! I oczywiście nie są mi obce dylematy samorzecznictwa, białych zbawczyń i tak dalej - ale Muszyński jednak unika tych pułapek. Bo jego proza nie jest o Sarwat Matuk, ani Jej Historii, tylko o nim, w jego doświadczeniach i emocjach i lękach jest zakorzeniona.
A poza tym - ona mówi w tej książce swoim głosem, swoimi językami ilustracji i poezji. Mam wrażenie, że to nawet gatunki mniej podatne na gięcie się do jakichś potrzeb zewnętrznego obiegu, autonomiczne. Jeśli nawet nie miałyście Koncertiny w planach, to sięgnijcie po nią gdzieś w księgarni i otwórzcie na pierwszym wierszu. Mam nadzieję, że zmieni te plany.
Książka reklamowana jako reportaż z pogranicza polsko - białoruskiego. Dla mnie to również wspomnienia z dzieciństwa, dziennik z podróży, powieść drogi dwójki bohaterów podążających w przeciwnych kierunkach: Sarwat w stronę Europy i przez nią, a autora w stronę Syrii. Ponadto opowieśc przeplatana jest poezją i rysunkami tej kobiety. Podróż po Syrii jest jak podróż z Herodotem Kapuścińskiego. Opisy miast, miasteczek z przewodnika Lonely Planet z 2008r. to jak opis świata, który w żaden sposób nie przypomina chwili obecnej. Koncertina, słowo które jeszcze kilka lat temu było znane specjalistom, dziś urasta do rangi symbolu. Jednak przywołanie granicy polsko - niemieckiej z lat 90tych, linii podziału między Ceutą a Marokiem czy Molenbeek a resztą Brukseli pokazuje, że nie jest to tylko produkt ostatnich lat i tej części świata. Granica jest też w nas. W naszym postrzeganiu świata, ludzi, zapominaniu o tym, że nie zawsze byliśmy po tej lepszej stronie płotu. Różni nas miejsce po jego stronie. To gdzie jesteśmy, a nie jacy jesteśmy. Na poziomie planów, ambicji nie ma różnic. Jest też w tym jakiś tragizm losów i tych, którzy otumanieni są propagandą i tych, którzy pozbawieni wszystkiego decydują się na ucieczkę, otumanieni tym, że na jej końcu czekają na nich z otwartymi rękami. Nic z tego do końca nie jest prawdą, jak zwykle leży gdzieś pośrodku. “Mniej więcej w ten sposób rozwija się nici naszych żyć, bez szarpnięć. U mnie ósma tam dziewiąta. Tu żniwa, tam ramadan. Zostawiamy za sobą ślady. Kręcimy koła, ósemki. Bazgrzemy swoimi cieniami po ziemi. Wtulamy się w kołdry. Patrzymy wieczorami przez okno.” To przeplatanie się wspomnień, losów, miejsc sprawia, że w centrum tej historii staje człowiek z jego planami, marzeniami, oczekiwaniami. Człowiek wykorzeniony, traktowany jak “obcy”, jak zagrożenie. Ta uniwersalizacja pozwala dostrzec coś z podstaw humanizmu, idei miłosiernego Samarytanina, otwarcia na drugiego człowieka, okazania mu przyjaźni lub po prostu wsparcia.
Jak to sie czesto pisarzom zdarza, po napisaniu kilku uznanych ksiazek pisza oni ksiazki dla swoich fanow, a w moim przypadku to moja pierwsza ksiazka tegoz autora. I ciezko mi bylo przedrzec sie przez poczatkowy rozdzial, potem jakos zelzalo, a na szczescie byly i nawet dluzsze fragmenty ze pisze normalnie, plynnie i logicznie, a czesto bardzo wybitnie. Dochodzi sie do wniosku ze on "juz tak ma", pisze nierowno ale sie tego nie wstydzi a jesli sie podoba to nie jego problem. Ale za to jest szczerze i "od serca do serca". Ksiazka jest pod wzgledem emocjonalnym trudna, pobudzajaca albo prowokujaca wiec do myslenia, jest owocem zmagania sie ze soba, z myslami, z pokoleniami, z historia, z terazniejszoscia, z soba, z innymi przekonaniami, moze tez stad wlasnie taki styl poszarpany, jak po bitwie. Przeslanie ksiazki jest smutne i poruszajace, ale niekoniecznie pesymistyczne, zycie bowiem zawsze wygrywa. Wiersze i ilustracje Sarwat sa tajemnicze, ale bardzo ciekawe, czasem wzruszajace. Ksiazka Muszynskiego to opowiesc o przyjazni, przyjazni glebokiej, gdy ludzie rozumieja sie bez slow. Choc czyta sie Muszynskiego czesto dosc trudna, siegne po inne jego ksiazki, lubie czytelnicze wyzwanie. A poza tym, ciesze sie ze jest miejsce na indywidualnosci na polskim rynku wydawniczym.
Jedzenie na Podlasiu to jakby nigdy wcześniej nie jadł prawdziwego mięsa i sera
Ah Podlasie - romantyzowanie. Sokolka miasto pełne chryzantem i cudów hehe
Słyszę jak ich nogawki ocierają się o Jagodziska :D
Ciężko czytać te wszystkie porównania wymyślone na siłę, trzeba się zastanawiać co autor miał na myśli kiedy coś opisuje i porównuje do czegoś, straszne
Ogolnie książka nudna, na siłę. szukam ciągle w jego książkach tego czego co było w domu ojców ale niestety nie znajduję
This entire review has been hidden because of spoilers.
Mam mieszane uczucia, bo byłam przygotowana na reportaż około wojenny, a tu poetyckie opisy przeplatane historiami z życia autora. Dobrze się to czytało, chociaż bliżej temu do powieści niż reportażu.