Ci, który znają porady Blake’a Snydera na temat pisania, słyszeli pewnie o zabiegu fabularnym „uratuj kotka”. Polega on na tym, że jeśli opowiadamy o postaci, która jest niezbyt sympatyczna lub wątpliwa moralnie, ale opiera się na niej cała opowieść i chcemy, żeby czytelnik jej kibicował, musimy wcześnie w toku historii dać jej okazję do zrobienia malutkiej rzeczy świadczącej, że ma w sobie jakąś iskierkę empatii i przyzwoitości. Uratowanie rzeczonego kotka, zatrzymanie dziecka wbiegającego za piłką na ulicę, zignorowanie wygłodniałego bezdomnego, który podwędza precla ze straganu, oddanie portfela, który komuś wypadł… Możliwości są wielkie.
Dlaczego o tym mówię? Ponieważ gdyby bohaterka „Jej wysokości kurtyzany” uratowała przynajmniej jednego kotka, oceniłabym całą powieść z pewnością wyżej. Dawno jednak nie miałam do czynienia z tak antypatyczną bohaterką. Motywuje ją tylko chęć zdobycia fortuny i udowodnienia swojej wartości tym, którzy nie traktują jej tak, jak by chciała. Dla innych ludzi ma wyłącznie pogardę i brak współczucia – chyba że są to akurat uwielbiający ją i spełniający jej oczekiwania mężczyźni.
Doceniam, że Autorka nie wybiela swojej bohaterki – wszystko wskazuje, że była wysoce niesympatyczną, interesowną osobą – ale przy tym odebrała jej wszystkie ludzkie rysy. Czytając powieść, a zwłaszcza powieść biograficzną, chciałabym móc zrozumieć postać, o której czytam lub przynajmniej znaleźć w niej coś interesującego, a tutaj nie dostałam takiej szansy. Również jej słynny czar i intelekt, które niewątpliwie posiadała, nie są szczególnie pokazane w książce. Słyszymy, że jest oczytana, obyta i zainteresowana sztuką, ale jest to podane wyłącznie w narracji, przez co trochę trudno czytelnikowi w to uwierzyć.
Siłą rzeczy przy lekturze nasuwały mi się skojarzenia z „Ogrodem Afrodyty”, bo losy Zofii Potockiej są całkiem podobne do historii życia Teresy Lachmann. W tamtej książce autorce udało się jednak przedstawić swoją bohaterkę, także bezwzględną i moralnie bardzo szarą, w sposób, który pozwalał uwierzyć, że mogła uwieść pół Europy. Tutaj tego bardzo mi zabrakło.
Nie pomogło też wielokrotne przedstawianie relacji i uczuć w ekspozycji – zdaję sobie sprawę, że przy takiej ilości materiału biograficznego nie da się pokazać czytelnikowi wszystkiego, ale gdy brakowało tego w kluczowych momentach, pozostawiało mnie to tylko bardziej obojętną na losy postaci.
Wielkimi plusami książki, które trzymały mnie przy lekturze, są z pewnością lekki, barwny styl i odmalowane z dbałością o szczegóły tło historyczne. Zwłaszcza to drugie jest wielką zaletą książki – możemy poznać życie codzienne paryskiego półświatka, obserwować przemiany polityczne i społeczne, a na koniec dowiedzieć się czegoś na temat wojny francusko-pruskiej. Doceniam też w pełni trud badawczy, który musiał towarzyszyć tworzeniu tej książki. Niektóre epizody są tak oryginalne (jak starcie z cesarzową Eugenią w operze czy wizyta Napoleona III), że podejrzewam, że zostały wzięte prosto z życia.
Powieść powinna zadowolić miłośników Paryża XIX wieku, jeśli jednak chodzi o samą główną bohaterkę, to z przykrością muszę powiedzieć, że jej życie nie składa się tutaj dla mnie w szczególnie poruszającą czy inspirującą opowieść. A szkoda, bo wydaje mi się, że był taki potencjał.