Postępowe dobrodziejki czy strażniczki patriarchatu?
Szkoła w Nałęczowie, działająca w pierwszej połowie XX wieku, wpisuje się w ostatni rozdział historii polskiego ziemiaństwa. W prowadzonej przez ziemianki placówce nauczano kobiety z różnych klas – choć w założeniu przede wszystkim chłopki – fachowego prowadzenia gospodarstwa.
Marta Strzelecka rozmawia z rodzinami nauczycielek pracujących niegdyś w nałęczowskiej szkole oraz z dziećmi i krewnymi absolwentek, zgłębia archiwa, międzywojenną prasę, prace naukowe i zastanawia się, jak układały się relacje między ziemiankami i chłopkami i jakie znaczenie miały starania pań z dworów, by zbliżyć do siebie włościanki.
Ziemianki opisują, jak rozwijał się system edukacji kobiet w Polsce, jak zmieniało się postrzeganie roli pani domu, osoby wolnej i samodzielnej, oraz jak w ówczesnej rzeczywistości kobiety wspierały się wzajemnie. I jak dużo my, w kolejnych pokoleniach, możemy mieć wspólnego z tamtymi córkami, żonami, partnerkami czy kobietami wybierającymi życie bez mężczyzn.
Opowieść o dawnych podziałach klasowych i wyboistej drodze do emancypacji.
Trójka przede wszystkim za poruszenie nadal świeżego tematu szkół gospodarczych oraz mnóstwo świetnych zdjęć. W przeciwnym wypadku byłoby niżej. Czemu? Słabe oceny tej pozycji pokazują jak ważna i nadal niedoceniana jest rola porządnej redakcji. Zgadzam się z teoriami innych komentujących, że ,,Ziemianki" wypuszczono na szybko, chcąc dodatkowo zmonetyzować sukces ,, Chłopek". Niestety, nie tędy droga. Ta książka to chaos, opisy szkoły w Nałęczowie mieszają się z tematem antysemityzmu, wywłaszczenia czy emancypaji w sposób wyzbyty jakiejkolwiek struktury. Owszem, bywają reportaże pozornie jej pozbawione, gdzie jednak wątki czy rozdziały łączą się ze sobą płynnie, niejednokrotnie zaskakując odkrytym sensem. ,,Ziemianki" takie nie są, a już ostatni rozdział to chaotyczny zlepek informacji, sprawiający wrażenie, jakby autorce kazano na ostatnią chwilę jeszcze coś wrzucić. Myślę, że ta książka z powodzeniem mogłaby być dłuższym artykułem. Z samą historią nałęczowskiej szkoły czy zakładów w Leszczkowie zdecydowanie warto się zapoznać.
Bardzo chaotyczna i pozbawiona płynności. Rzucone informacje wymagają od czytelnika poukładania ich w głowie, bo inaczej nie da się wyrobić. Zdjęcia były cudowne i jeśli ktoś nie chce czytać to zdecydowanie polecam przejrzeć fotografie. Sama historia ziemianek była interesująca.
Niestety, bardzo mnie rozczarowała. Ostatnio staram się czytać coraz więcej reportaży, szczególnie z naszego polskiego podwórka i zestawiając te książki z "Ziemiankami", czuję dużą przepaść. Przede wszystkim książce w moim odczuciu brakowało struktury i uporządkowania. Miałam wrażenie, że każdy rozdział był o wszystkim i o niczym jednocześnie. Autorka przeskakuje z tematu na temat, z postaci na postać, przez co tworzy się chaos, a my z żadną bohaterką nie możemy się w pełni zżyć, bo wszystko podane jest w formie suchych faktów. Książka staje się przez to nużąca i myślę, że gdyby nie audiobook, szybko bym ją porzuciła. Uważam że temat ma naprawdę duży potencjał, ale wymaga większego zgłębienia i jakiejś koncepcji, która lepiej uporządkowałaby te (często przypadkowe) historie.
Tak, w ostatnim czasie Polskę ogarnęła ludomania. Do tego zainteresowania społecznością wiejską i życiem na wsi przyczyniła się niedawno wydana książka Joanny Kuciel- Frydryszak "Chłopki. Opowieść o naszych babkach" - wydawnictwo Marginesy (opinię o książce znajdziecie na moim bookstagramie) oraz ekranizacja wyjątkowego obrazu "Chłopi" zainspirowanego powieścią noblisty Władysława Reymonta oraz pozytywistycznym malarstwem polskim. Jednak korzeniami bliżej mi do Ziemiaństwa😉, dlatego nie mogłam przejść z obojętnością obok książki Marty Strzeleckiej "Ziemianki - co panie z dworów łączyło z chłopkami" wydanej przez Marginesy.
W swoim reportażu autorka skupia się na okresie z początków XX w. Jej bohaterkami są kobiety wywodzące się z ziemiaństwa, a cała historia toczy się głównie wokół Szkoły Ziemianek w Nałęczowie, która działała w latach 1910 - 1936 i była jedną z pierwszych takich placówek przed II wojną światową. Wspomina również szkoły na Lubelszczyźnie i w Królestwie Polskim. To czas, w którym kobiet zaczynają zaznaczać swoją pozycję w społeczeństwie. Rozwijają się ruchy emancypacyjne, upowszechnia się edukacja dla kobiet, upowszechnia się prasa i literatura tworzona przez kobiety i dla kobiet. Po I wojnie kobiety wywalczyły sobie prawa polityczne, otrzymały prawo do edukacji i pracy. Patriarchat wciąż ograniczał w znacznym stopniu działania pań, ale szkoły, takie jak w Nałęczowie łączyły dwie klasy społeczne kobiet- ziemianki i chłopki. Autorka w swojej książce skupia się na średniozamożnych środowiskach ziemiańskich, działaczkach społecznych, nauczycielkach. Edukacja w szkole wyższej wciąż była przywilejem. Ziemianki, aby się kształcić musiały uzyskać zgodę ojców lub mężów, a także poparcie środowisk kościelnych. Z początkiem XX w. powstało Zjednoczone Koło Ziemianek, którego celem między innymi była działalność dobroczynna i edukacja chłopek. Koła Ziemianek realizowały na wsiach pozytywistyczny program pracy u postaw (ochronki dla dzieci, szkoły początkowe, pogadanki i kursy związane z higieną, odżywianiem, opieką nad dziećmi i pracami związanymi z prowadzeniem domu). Kultura ziemiańska to patriotyzm, praca, dbałość o rodzinę i majątek, praca społeczną, dobroczynna i troska o włościan.
Ziemianki to nie tylko historia o funkcjonowaniu szkół dla kobiet i brataniu się klas społecznych. Mamy tu też obrazowe tło historyczne, kulturowe i społeczne. Ciekawe kobiece portrety (Maria Kleniewska, Zofia z Kochanowskich Zemburzyńska, Karolina Żurkowska). Smaczki modowe (futrzane okrycia i mufki z futra, płaszcze i suknie z Domu Mody Bogusława Hersego, kapelusze od Zofi Pampel). A także wynalazek na skalę współczesnego Thermomixa - aparat Johanna Carla Wecka do pasteryzacji. Jest trochę o literaturze i czasopismach wydawanych przez kobiety i dla kobiet. Te smaczki czytało mi się najfajniej. Ale ta książka to przede wszystkim historia kobiet. Mnie osobiście podobała się ta opowieść, napisania zwięźle i interesująco na tyle, że znowu nabrałam ochoty na pogrzebanie nie tylko w rodzinnych historiach. Ubolewam nad tym, że II wojna kompletnie rozwaliła świat, by poskładać go na zupełnie nowych zasadach, świat ziemiański przestał istnieć. Książkę wzbogacają zdjęcia i ilustracje, co bardzo sobie cenię w tego typu publikacjach. Ja ze swojej strony polecam tę pozycję.
Książka całościowo jest bardziej warta uwagi, ale sam sposób zredagowania, chaos i luźna struktura dużo jej odbierają. Obraz wieloaspektowości życia XX wiecznych ziemianek, ich emancypacji, szkół gospodarczych i feminizmu jest do podkreślenia, ale mam wrażenie, że trochę autorka kręci się w kółko. Zdjęcia robią swoje, ale poza tym wszystkim- redakcyjna klapa.
Widzę te surowe oceny i obiektywnie się zgadzam. Książka jest chaotyczna, kręci się wokół szkoły dla młodych ziemianek w Nałęczowie i bardziej by się sprawdziła jako krótka seria artykułów. Wypada blado w porównaniu z "Chłopkami"... Ale daję 3, bo to nie jest aż tak zła książka. Dzięki niej dowiedziałam się trochę o życiu w okolicach ukochanego Kazimierza Dolnego, że podziwiany kilkukrotnie przeze mnie dworek w Janowcu przywędrował tam z okolicy. Poznałam historię ludzi, którzy w nim mieszkali. Dodatkowo, uważam, że należy doceniać każdy wysiłek podjęty w celu popularyzacji polskiej herstorii.
Po lekturze "Chlopek" Joanny Kuciel Frydryszak, czuję ogromny niedosyt tematami ludowymi, głód wiedzy, więc z niecierpliwością czekałam na ten reportaż i niestety srogo się zawiodłam.
Strasznie mnie ta pozycja wynudziła, jest napisana bez wyrazu, pobieżnie, chaotycznie. Traktuje niby o szkole ziemianek w Nałęczowie, ale przy okazji dotyka tyle innych tematow: historie dworów, wekowanie, pozycję kobiet, że żadnego nie zgłębia do końca. Mam wrażenie, że materiały zebrane o szkole ziemianek w Nałęczowie były niewystarczające, stąd " czepianie sie" tylu innych zagadnień.
Książka ma duży potencjał, autorka dotarła do różnych materiałów, w tym dzienników i wspomnień byłych uczennic i nauczycielek szkoły ziemianek w Nałęczowie lub ich potomków. Dowiadujemy się z nich szczegółów życia ziemianek z przełomu XIX i XX wieku, ich typowych zajęć, przedmiotów, które używały. Poznajemy też kulisy niektórych popularnych dóbr jak maszyna Wecka od której pochodzi wekowanie czy tkaniny z Leszczkowa popularne w tym okresie w całej Polsce. Autorka przedstawia też życiorysy kilkunastu kobiet, które w różny sposób zapisały się w życiu swoich lokalnych społeczności. Niestety cała ta wiedza jest zaprezentowana w tak chaotyczny i nieprzemyślany sposób, że kolejne fakty i osoby zupełnie się ze sobą zlewają. Całość okraszona jest komentarzami o ziemiankach wykorzystujących włościanki i uzależniających je od siebie ku chwale narodu na przemian z pochwałami o kobietach uniezależniających się właśnie dzięki umiejętnościom zdobytym w ziemiańskich szkołach. Zupełnie zbędne było też odmienianie patriarchatu przez wszystkie przypadki - jeśli autorka czuła potrzebę opisania sytuacji społecznej tego okresu, mogła poświęcić temu jeden rozdział, zamiast pozwalać sobie na komentarze typu "(...) szansy na uwolnienie się od życia w świecie patriarchalnym (...) ziemianki nie zdobyły". Nie żeby taki był ich cel. Chybione jest też używanie słowa feministka do kobiet aktywnie działających w nurtach emancypacyjnych. Opisywanie działań kobiet sprzed ponad stu lat współczesnymi kategoriami działało mi w tej książce mocno na nerwy i sprawiało wrażenie, że autorka nie poświęciła badaniom aż tyle czasu, ile powinna. Książkę wydano w tej samej serii Marginesów co "Chłopki" Kuciel-Frydryszak, sugerując podobną jakość. Bardzo mylące.
Oj słabe, liczyłam na super uzupełnienie książek o kobietach z epoki (chłopki, akuszerki, służące). Miałam nadzieję na ten styl i ciekawe przedstawienie tematu, a tu nuda, choć temat wydawał się ciekawy.
Po znakomitych "Służacych", dobrych (choć nie tak odkrywczych, jak często się mówi) "Chłopkach" przyszedł czas na "Ziemianki". I ja wiem, że niedosyt, że nieco pompatyczny feminizm, że bałagan w redakcji - widzę to i zgadzam się. Jednak jest w tej książce pewna świeżość, przywracanie pamięci po kobietach i ich roli w dynamicznie zmieniającej się pozaborowej Polsce. I wierzę, że jeśli autorka pójdzie za ciosem, to stworzy jeszcze niejedno obszerniejsze, dokładniejsze opracowanie. Bo odnoszę wrażenie, że ma dobry warsztat, którego ktoś nie umiał zagospodarować. I dzięki któremu kolejne zapomniane bohaterki zostaną przywrócone naszej pamięci.
Nudna jak flaki z olejem. Nic ciekawego, nie mogłam dosłownie się na niej skupić bo nic się nie działo. Nie dowiedziałam się niczego ciekawego o ziemiankach, mam wręcz wrażenie że więcej tak było o Nałęczowie niż o samym temacie. Naprawdę słaba niewarta czytania pozycja. Zrobiona na fali popularności chłopek. Sama również sięgnęłam po nią z uwagi na chłopki, myślałam że będzie to podobne a zawiodłam się okrutnie. Nic przyjemnego, zdecydowanie jedna z najgorszych pozycji w tym roku. Autorka zanudza datami, szczegółami ale nie przechodzi do ogółu. Bardziej daje mi to klimat raportu niżeli pracy popularno-naukowej. Może komuś się to podoba, mi zdecydowanie nie.
Nie ma nawet podejścia do "Chłopek". Słuchałam audiobooka i miałam wrażenie, że w każdym rozdziale były poruszane podobne kwestie, mówione to samo, ale innymi słowami, z lekko inną historią, a żadnej nie zapamiętałam. Chaotyczne. Całą zawartość książki można skrócić do zdania "Ziemianki uczyły w szkołach, były przewspaniałe dla chłopek i dbały o swój patriotyzm". Cóż. Naciągane 2/5.
Straszne rozczarowanie. Bardzo chaotyczna, wątki są wrzucane losowo przez co łatwo zapomnieć co było napisane stronę wcześniej. Mam wrażenie, że książka była pisana na szybko żeby podpiąć się pod sukces "Chłopek".
Takie 3,5 bo mimo chaosu w przekazie to wciąż doceniam wyszukiwanie informacji, prawdziwe historie postaci, które faktycznie tam żyły w XIX i XX wieku. Kilka razy miałam wrażenie jakbym czytała to samo znowu, ale ma to związek z tym, że mimo przedstawienia nowej postaci to tutaj schemat i życie wyglądało podobnie.