Familoki. Jeden z symboli Górnego Śląska, wrośnięte w jego krajobraz na równi z kopalnianymi szybami, hałdami i kominami. Poza Śląskiem kojarzone głównie z filmami Kazimierza Kutza, Lecha Majewskiego czy malarstwem Grupy Janowskiej. I ewentualnie z coraz popularniejszą zabytkową dzielnicą Katowic ― Nikiszowcem, który w 2011 roku został wpisany na polską listę pomników historii. Kamil Iwanicki, silesianista, pomysłodawca i twórca projektu Familoki, opowiada w książce o ich sięgającej końca XVIII wieku historii. O tym, skąd się wzięły robotnicze osiedla, kim byli ich mieszkańcy, jak wyglądało życie rodzinne w familokach i gdzie można je jeszcze dzisiaj zobaczyć. Odpowiada również na pytanie, dlaczego tak wiele z nich miało kolorowe okiennice, jak wyglądały typowe mieszkania w familokach i czemu obecnie wywołują one dwojakie skojarzenia. Przedstawia historię prawdziwego stalowego domu i weryfikuje legendy, jakoby ściągał pioruny. Autor oprowadza nas po przemijającym świecie śląskich (i nie tylko!) robotniczych kolonii. Świecie, który w sporej części bezpowrotnie utraciliśmy ― tym bardziej warto się weń zagłębić. A jest to iście fascynująca podróż.
Przekrojowa, przystępna, ale wcale nie po łebkach.
Znakomity prezent przewodnik dla nie-Ślązaków z sympatią spoglądających w stronę Śląska i Zagłębia, ale i dla lokalsów, takich jak ja, mieszkających w Zagłębiu, bywających na Śląsku chociażby w pracy, którzy coś tam wiedzą, ale nie do końca, a chcieliby się dowiedzieć więcej. To ta książka pobudzi do dalszych dociekań.
Nie do końca moja tematyka, ale sięgnęłam po audiobooka ze względu na wspaniałego lektora. Ostatecznie książka pozytywnie mnie zaskoczyła, dużo ciekawostek. No a audio najlepsze na świecie! 😍
2.5 rozdziały bardzo nierówne i nie rozumiem dlaczego za każdym razem jak wspominana była jakaś dzielnica/kolonia to musiała być od razu cała historia od początku założenia. Rozumiem że w części o początku industralizacji miało to sens, ale już w rozdziale o przemianie gospodarczej nie było to aż tak potrzebne, zwlaszcza że tutaj rozdziały są krótkie. mimo to dowiedziałam się z tej książki wielu ciekawych rzeczy
Nie sposób przeoczyć ich w krajobrazie miasta. Swoim specyficznym odcieniem czerwieni cieszą oko zaciekawionych turystów i żyjących w tej okolicy z dziada pradziada mieszkańców. Mimo upływu lat, nadal są architektonicznymi perłami w śląskiej koronie. Familoki, bo o nich mowa, tym razem stały się bohaterami najnowszej książki Kamila Iwanickiego pt. "Familoki. Śląskie mikrokosmosy. Opowieści o mieszkańcach ceglanych domów", w której z wielkim zaangażowaniem przedstawiono czytelnikom trudne dzieje przybytków z czerwonej cegły, poczynając od genezy ich powstania a kończąc na współczesnej funkcji familoków w przestrzeni miast Górnego Śląska.
Kamil Iwanicki, znany na Śląsku jako twórca projektów regionalnych, tym razem postanowił podzielić się z czytelnikami swoją ogromną wiedzą na temat kolonii robotniczych, powstałych przed laty dla pracowników kopalń i hut, od których roi się na mapie tego obszaru. W trakcie czytelniczego spaceru poznamy familoki znajdujące się m.in. na katowickim Nikiszowcu i Giszowcu, w słynnej dzielnicy Bytomia - Bobrek, jak również te w Lipinach czy Rudzie Śląskiej-Chebzie. Dla mnie wyjątkowo wartościowa wśród opisywanych miejsc jest nieczęsto spotykana w Zagłębiu Dąbrowskim zabudowa robotnicza - Kolonia Piaski usytuowana w mojej rodzinnej Czeladzi. I choć różni się ona od klasycznych familoków, to jej przeznaczenie pozostaje niezmienne – była domem dla wielu ciężko pracujących mieszkańców Naszego regionu.
"Familoki" w szczególnie interesujący sposób łączą aspekt historyczny ze współczesnym. Opowieści te pokazują nam rzeczy, miejsca i zdarzenia, których już nie ma, by ocalić je od zapomnienia i choć na chwilę zaprosić czytelnika do świata, w którym żyły pokolenia Ślązaków. I tak, w trakcie lektury dowiadujemy się, czym były piekarnioki czy chlewiki, jak przebiegało świniobicie, kogo mógł złapać bebok czy też dlaczego ramy okien w familokach zwykle malowano czerwoną farbą. Te pozornie błahe elementy budują fascynującą przestrzeń, zupełnie obcą współczesnym mieszkańcom śląskich blokowisk. A jeśli dodać do tego fakt, że Iwanicki umie z reporterskim zacięciem opowiadać o historii opisywanych miejsc, to nie pozostaje Nam nic innego, jak dać się porwać na ten czytelniczy spacer, który wiedzie wprost na śląskie podwórka.
Nie da się ukryć, że nawet dla mnie, mieszkanki województwa śląskiego, która wie, co to familok, zna co nieco śląskiej gwary i swego czasu mocno zachwycała się "Cholonkiem" Janoscha, wiele faktów przedstawionych w książce Iwanickiego było dotąd zupełnie nieznanych. Wraz z kolejnymi kartami książki, zgłębiałam obce mi dotąd rejony historycznych zależności niemiecko-śląskich i poznawałam sylwetki tych, którzy budowali potęgę dawnego Śląska. Wreszcie to dzięki tej publikacji miałam wyjątkową okazję spojrzeć na Śląsk oczami jego dawnych mieszkańców i właśnie ten wzruszający obraz pozostanie już na zawsze w mojej pamięci.
Jeśli zatem pochodzicie z zupełnie innego regionu lub jesteście Ślązakami, ale nie możecie się wybrać na tegoroczny, kultowy już Jarmark na Nikiszu, by na własne oczy zobaczyć, na czym polega piękno familoków, to gorąco zachęcam Was do lektury książki autorstwa Kamila Iwanickiego, bo to niebywała okazja, by poznać bliżej śląską kulturę, tradycje oraz życie codzienne dawnych i obecnych mieszkańców tego regionu.
Szczerze powiedziawszy spodziewałam się, że w książce będzie więcej historii rodzin mieszkających w familokach lub będzie się ona skupiała stricte na architekturze.
Niestety lub stety była to obszerna opowieść o Górnym Śląsku i jego historii - głównie przed I WŚ.
Ze względu na to, że spodziewałam się, że będzie ona czymś innym ocena jest niższa. Sporo się dowiedziałam, dużo nowych rzeczy, jednak po prostu nie jest to moja tematyka. Miałam też poczucie chaosu, także niestety jest to książka po prostu nie dla mnie.
bardzo miła, zwięzła lekturka z odrobiną historii, ciekawostek i omówieniem przekształcania się Familoków. Sama książka mnie zainspirowała w głowie by się kiedyś wybrać na Śląsk, więc chyba dobra robota! No i plus za nawiązanie do Janoscha, którego kocham od dziecka mimo, że z Śląskiem mam tyle wspólnego co to, że mój chłop mieszkał na Śląskiej. Kurtyna.
Wychowałam się w familoku, identyfikuję się jako Ślązaczka, i choć mam już trochę lat nadal doskonale pamiętam te beztroskie dziecięce czasy, gdzie każdy znał każdego, przypilnował sobie wzajemnie dzieciaka, coś pożyczył, przy czymś pomógł, a dzieciarnia z okolicznych placów od rana do wieczora trzymała się razem... Pamiętam te czasy, gdzie cały familok zbierał się na ławce, gdzie pito kawkę, robiło się wspólne grille czy ogniska... Pamiętam też trud, jaki rodzice wkładali w wychowanie mnie i mojego rodzeństwa, ciężką pracę Taty na tej słynnej Silesii... Odświętne niedziele i święta, choć skromne przepełnione rodzinnym ciepłem... Podeszłam do tej książki z olbrzymim poczuciem sentymentu i nadzieją, że duch familoka został oddany w tej książce. Czy został? W moim odczuciu nie do końca, ale to i tak nie zmienia faktu, że dla ludzi spoza Śląska może to być niezwykle ciekawa i intrygująca kopalnia wiedzy, punkt wyjściowy dla odkrywania Śląska i poznania jego trudnej historii oraz pięknej tradycji, legend i wierzeń... a także spojrzenia na Śląsk oczami wybitnych postaci zamieszkujących ten region, a także oczami zwykłego robotnika- mieszkańca czerwonego familoka...
Autor zabiera nas w podróż szlakiem największych kolonii robotniczych, które powstawały w czasie boomu przemysłowego zaczynającego się na przełomie XVIII i XIX wieku. Opowiada o powstawaniu największych kopalń, hut, cynkowni i innych ciężkich przemysłów, których dymiące kominy już na zawsze wpisały się w krajobraz Śląska. Opisuje ich założycieli, zwracając uwagę na to jak starli się oni przyciągnąć nowych pracowników, wtedy pojawiają się właśnie pierwsze kolonie robotnicze i słynne familoki. Chyba większość z Was słyszała o słynnym na cały świat Nikiszowcu- dzielnicy Katowic, wizytówce regionu? Oczywiście tych kolonii jest zdecydowanie więcej. Poza Śląskiem znane głównie z filmów nieżyjącego już Kazimierza Kutza, Lecha Majewskiego czy słynną grupą malarzy znanych jako Grupa Janowska. Przez sto pięćdziesiąt lat w regionie zostało zbudowanych przeszło dwieście kolonii robotniczych, autor w tej książce skupia się na niewielkim ich ułamku, ale sam zastrzega, że temat jest niewyczerpalny. Mam nadzieję, że powstanie jeszcze niejedna taka książka.
Poza ogromną dawką wiedzy stricte historycznej znajdziecie w tej książce również opisy życia codziennego. Dowiecie się, czym różniły się mieszkania dla zwykłego pracownika od tych dla wyższej administracji, dlaczego jedne okna były czerwone inne zielone a jeszcze inne białe. Dla wielu rozwiązanie tej zagadki będzie wielkim zaskoczeniem ;) Podpowiem, że było to związane z wykonywaną pracą (W moim rodzinnym domu miałam i czerwone i zielone). Dowiecie się, kim był Skarbek lub Utopek kim, lub czym jest Bebok i dlaczego coraz więcej Beboków pojawia się w całych Katowicach. Usiądziecie do wigilijnego stołu, posłuchacie legend i poznacie tradycyjne zwyczaje. Zerkniecie na świniobicie i zajrzycie do gołębnika- pasji chyba każdego grubiorza. Zrozumiecie, dlaczego Ślązaczki mają niemal obsesję na punkcie sprzątania i czystych okien.
Napisana przystępnym i (dla mnie) zrozumiałym językiem, sporo tu gwary, ale dla osób nieznających śląskiej godki na końcu znajduje się cały rozdział poświęcony tłumaczeniu. Książka pełna jest ciekawostek i anegdot i okraszona mnóstwem zdjęć, rycin i mapek- jest to olbrzymim plusem. Książkę przeczytałam jednym tchem, bez dwóch zdań chcę więcej. Dla mnie trochę za dużo powtórzeń, za mało codzienności, ale to jest tylko moje subiektywne odczucie, i ma to jednak swój urok.
Czy polecam? Zdecydowanie tak. Tak jak wspomniałam wyżej, dla ludzi spoza regionu to będzie istna kopalnia wiedzy, a zarazem swoisty przewodnik po niemal kultowych miejscach Śląska i Zagłębia, pozwalający na obudzenie w sobie ciekawości, i być może pasji w odkrywaniu naszego mimo wszystko pięknego regionu.
Jak pewnie zauważyliście, lubię od czasu do czasu sięgać po literaturę faktu. Zwłaszcza, jeżeli autor potrafi przedstawić realia w sposób przystępny i ciekawy. Tym razem miałam okazję poszerzyć swoją wiedzę na temat Śląska, a szczególnie Familoków i ich mieszkańców.
Charakterystyczne, ceglane budynki to jeden z symboli Górnego Śląska. Wraz z kopalniami tworzą wręcz nieodłączny obraz tego rejonu. Kamil Iwanicki, autor książki, jest silesianistą i twórcą projektu dotyczącego, właśnie, Familoków. Przedstawia ich historię, która sięga końca XVIII wieku. Skąd się wzięły osiedla robotnicze. Kim byli rdzenni mieszkańcy Familoków. Ponadto wplata tradycje i obyczaje charakterystyczne dla społeczności zamieszkującej te budynki. Przedstawia też ich obecną sytuację.
Przyznaję, że ta książka jest bardzo ciekawa. Sama nie wiem, w którym momencie dotarłam do ostatniej strony, bo pomimo tego, że to literatura faktu, czyta się jak intrygującą beletrystykę. Dodatkowo treść jest wzbogacona o teksty z oryginalną śląską pisownią. Mimo to nie ma problemu z ich rozczytaniem, ponieważ autor zadbał o wytłumaczenie poszczególnych fragmentów. Zdecydowanie odczarowuje to Śląsk, który do tej pory kojarzył mi się z bardzo ponurym i smutnym miejscem. Okazuje się, że to barwny, pełen tradycji i zwyczajów region. Wydaje mi się, że właśnie te zwyczaje opisane w książce są jednymi z najbardziej interesujących fragmentów. To właśnie one oddają prawdziwego śląskiego ducha i pozwalają poznać bliżej tamtejszą społeczność. Jej motywy, wierzenia, rodzinne opowieści, anegdoty.
Osobiście, bardzo zaciekawiły mnie przesądy i wierzenia. W jaki sposób tłumaczono sobie różne zjawiska? Kim jest Utopek czy bardziej znany Skarbek? Do tego tradycje związane z malowaniem okien na czerwono lub zielono. Poza tym czytając tę książkę ma się wrażenie, że przeżywa się wszystko razem z jej bohaterami. Dowiedziałam się, jak wyglądała tradycyjna wigilia Bożego Narodzenia, jak ważna była i jest Barbórka oraz dlaczego świniobicie było takim wielkim wydarzeniem lokalnej społeczności.
Z pewnością książka ta spodoba się jeszcze bardziej mieszkańcom Górnego Śląska, którzy na co dzień mają okazję poczuć tę atmosferę ceglanych bloków. Mogą porównać współczesność do przeszłości nie tylko dzięki opowieści autora, ale też zdjęciom, które wzbogacają książkę. Z pewnością dla wielu osób może być to wzruszająca podróż sentymentalna.
„Familoki. Śląskie mikrokosmosy. Opowieści o mieszkańcach ceglanych domów” Kamila Iwanickiego to jedna z ciekawszych książek, jakie miałam okazję przeczytać. Pełna ciekawostek, historii i fotografii dotyczących Górnego Śląska, a zwłaszcza Familoków. Napisana w przystępny sposób, dzięki czemu czyta się ją lekko i przyjemnie, jak powieść beletrystyczną. Zachęcam do sięgnięcia po ten tytuł zwłaszcza, jeżeli lubicie literaturę faktu lub interesujecie się Górnym Śląskiem.
Jakbym miała określić tę książkę jednym słowem to było by to słowo - swojski.
Ta książka właśnie taka była. Jako osoba, która wychowała się wśród osób, które na co dzień mówią po śląsku, wsiadając do autobusu słyszy śląski, a i nie raz, i nie dwa w zdaniu przemyci się jakiś śląski wyraz... byłam zachwycona tą książką.
Mimo, iż ta ślonsko godka cały czas gdzieś mi tam towarzyszy, to jednak realia życia na Górnym Śląsku całkowicie różnią się od tego, co znam. Miło było poczytać jak toczy się tam życie, co słychać w mieszkaniach ludzi, którzy zamieszkują m.in. Nikiszowiec.
Ale, ale! Żeby nie było - tutaj wątków jest naprawdę mnóstwo, są świetnie poruszone i mogę jeszcze dodać ciekawostkę od siebie, moją mamę również urzekła ta historia 😊
Jeśli zatem ciekawi Cię: - skąd wzięły się osiedla robotnicze - jak wygląda/ło życie dzieci na Śląsku - co to są familoki i gdzie można je spotkać - jak wyglądało życie rodzinne w tamtym regionach - i wiele, wiele więcej...
... to jest to idealna książka dla Ciebie! Polecam serdecznie 😊
Dodam jeszcze, że ten reportaż został napisany w oparciu o wiele ciekawych źródeł! (a spisane są na końcu książki, osobiście znalazłam już kilka perełek, po które z chęcią sięgnę).
This is a book I picked up with high expectations, especially since I had recently visited Silesia and seen the familok buildings in person. That experience deeply moved me—the architecture of these structures seemed almost magical, filled with history and human stories. The place felt like a film set or a space brimming with the spirits of the past. I hoped the book would capture the same sense of uniqueness. However, the content turned out to be very journalistic—simple and sometimes dry. It doesn’t aim to create an atmosphere of mystery or magic but instead focuses on the everyday lives of the people who inhabited these buildings. On one hand, I appreciated this human perspective—showing ordinary lives in the context of an industrial landscape and factories. On the other hand, the reading dispelled my romanticized view of these structures. It serves as a reminder that these buildings were constructed out of practical necessity, responding to the city’s needs and industrial growth, rather than from any poetic vision. I recommend this book to those who enjoy reportage about people—their daily struggles and joys—rather than stories focused on architecture or the history of construction. It’s not a magical tale but rather a mirror reflecting everyday life.
"Familioki. Śląskie mikrokosmosy. Opowieści o mieszkańcach ceglanych domów" to bardzo ciekawy reportaż, który opowiada o pochodzeniu tych osiedli robotniczych, o ich mieszkańcach i jak wyglądało ich życie. Wyjaśnia dlaczego miały taki charakterystyczny wygląd jak np. czerwone okiennice.
To historia, której centrum są familioki, ale dotyczy również wielu innych aspektów, co bardzo mi się podobało. Z tej książki możemy się dowiedzieć również więcej o historii Śląska, o zwyczajach tam panujących. Autor przemyca również śląskie słownictwo - to wszystko sprawia, że ten tytuł jest niezwykle ciekawy. Dowiedziałam się naprawdę wiele o tym regionie i jego mieszkańcach.
Książkę czyta się doskonale, trudno oderwać się od lektury. Jest napisana prostym i przystępnym językiem, ponadto znajdziemy tutaj wiele fotografii, które przybliżają nam Śląsk i doskonale uzupełniają opowieść autora.
Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się zastosowany przez pisarza zabieg. Niby opowiada o koloniach robotniczych i o tym jak ludziom się tam żyło, a w praktyce oczywiście to robi, ale jest to taka baza, która pozwala na historyczną i kulturalną podróż.
Familioki pewnie pojawiłyby się jako jedno z trzech pierwszych skojarzeń na pytanie o Górny Śląsk. Wrosły one w krajobraz Śląska niczym kopalnie. Jednak z tej książki wyłania się zupełnie inny obraz domów dla rodzin – porzucone, zapomniane, zburzone, gdzieniegdzie tylko rewitalizowane i przekształcane w zabytki utrwalające pamięć o kulturze, historii, obyczajach ostatnich 200 tych ziem. I w gruncie rzeczy o tym jest ta książka. Domy, które były budowane od połowy XVIII wieku dla ciągle napływających pracowników kopalń, hut, koksowni wrastały w krajobraz, wyciskały na nim piętno architektury nawiązującej - czy do lokalnych wzorców, czy też do francuskich, angielskich, amerykańskich z racji pochodzenia właścicieli danego zakładu, a co za tym idzie osiedla. Familiok jest tutaj punktem wyjścia do opowiedzenia o realiach życia, kulturze, obyczajach, tradycjach świątecznych, menu codziennym i niedzielnym. Nie brak tu również trudnych tematów związanych z postrzeganiem Górnoślązaków przez Niemców, Polaków; poszukiwaniem przez nich swojej tożsamości, jak również dążenia do jej ocalenia – czy to w czasach sprzed I wojny, czy w okresie PRL
Sięgnąłem po tą książkę po lekturze fantastycznego Kajś a i niegdysiejsza wycieczka do Nikiszowca sprawiła, że pojęcie Familoka nie jest mi całkiem obce. Dowiedzieć się więc o historii tego tworu i ludzi w nim żyjących na co dzień w dawniejszych czasach to myślę wyjątkowa okazja, z której każdy powinien skorzystać bo obecnie takich miejsc i takich można powiedzieć osiedli już nie ma. Pochodzę z pokolenia dla którego nowością była wielka płyta, od której też już obecnie się odchodzi czy słusznie nie wiem, ale jednak mieszkanie w takim budynku jak Familok to musiało być przeżycie, które niesamowicie zbliżało ludzi. Familok jest tutaj jednak pretekstem trochę za którym autor ukrywa szerszy aspekt historii Śląska z jego zwyczajami, gadką czy demonologią.
Ksiazka pokazuje w obrazowy i przystepny sposob nie tylko same familoki, ale tez zycie codzinne na Slasku oraz skomplikowana historie regionu z jego wielokulturowymi zawilosciami. Dowiedzialam sie z niej bardzo wiele, a takze uporzadkowalam przypadkowe informacje o Slasku. Ksiazka ma fajna strukture - krotkie rozdzialy opowiadaja o rozmaitych aspektach zycia, koncentrujac sie na roznych przykladach kolonii robotniczych w ten sposob niespostrzezenie malujac mape miejsc godnych uwagi. Az ma sie ochote jechac i wszystko obejrzec samemu. Jest napisana w sposob skondensowany i ciekawy, a takze relaksujacy. Bardzo polecam.
Sięgnęłam po ten reportaż, bo chciałam poznać bliżej historię Nikiszowca, którym byłam zachwycona. Książka w porządku….miała trochę powtarzalnych momentów…przez co zastanawiałam się czy nie przeskoczyłam za bardzo. Mogłaby mieć ciut więcej smaczków, histori pochodzących od mieszkańców. Jednak warto sięgnąć!
Nie jestem pewna, do kogo ta książka jest skierowana. Jako Ślązaczka niewiele nowego z niej wyniosłam, a jednocześnie ktoś spoza regionu miałby problem ze zrozumieniem niektórych pobieżnie wyjaśnionych wątków. Dodatkowo, w książce jest sporo powtórzeń i brakuje logicznego układu treści.
Opowieść bliska sercu, ze sporym info dumpem o Śląsku i elementach jego ciekawej i tak trudnej historii. Szkoda tylko, że nie wybrano jako lektora audiobooka osoby, która umiałaby mówić po śląsku. Może wtedy te wszystkie wzmianki gwarą nie brzmiałyby tak płasko.
Myślę, że to dobra pozycja dla każdego zainteresowanego rejonem - dla Ślązaków i nie. Dla mnie trochę za dużo o architekturze a trochę za mało o kulturze - bardziej w rytmie czytania niż w metoryce.