W ŻYCIU, DO KTÓREGO PRZECISKAJĄ SIĘ SNY, PRZYJACIELE MUSZĄ TRZYMAĆ SIĘ RAZEM. NA DOBRE I NA ZŁE, AŻ DO KOŃCA ŚWIATA.
Najzabawniejsza i najsmutniejsza powieść Aleksandry Zielińskiej. Pełna magicznego realizmu opowieść o rozpadających się rodzinnych więzach, potrzebie bliskości i pocieszeniu, które nie zawsze znajdujemy od razu.
Kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej, gałganiarze zawsze razem. Czworo przyjaciół z dzieciństwa, a jedno za drugim skoczyłoby w ogień. Po nagłej śmierci Filipa reszta zaczyna rozumieć, że psoty się skończyły i po trzydziestce trzeba będzie dorosnąć po raz drugi. Coś się urywa, coś się zaczyna, ale może jeśli mocno zacisnąć powieki, to rzeczywistość przestanie być taka straszna?
Spotkanie w rocznicę śmierci Filipa będzie dla gałganiarzy pobudką z dziwnego snu, z którego wpadną w kolejny, jeszcze dziwniejszy. Do Ziemi zbliża się kometa, w jeziorach pływają meduzy, dzikie zwierzęta wchodzą do miast, a po biegnących pod ziemią nitkach grzybni rozchodzi się podskórne drżenie.
Dla wielu będzie to powieść o przyjaźni (i nie dziwię się, bo relacja między bohaterami jest w "Grzybni" opisana pięknie i prawdziwie), dla mnie jednak to było o odchodzeniu, śmierci i godzeniu się ze śmiertelnością wszystkiego i wszystkich. I zapłakałam nad tą książką i nad nami wszystkimi, o jak zapłakałam!
Najmocniejszą stroną tej powieści, poza właśnie niebywale rzetelnym opisem chaosu, dekonstrukcji i rozpadu po śmierci najbliższej osoby, są dla mnie postaci, które Zielińska napisała naprawdę dobrze. Dostajemy piątkę bohaterów z krwi i kości – każdy z własną osobowością, historią, przeszłością, prawdą. I to wszystko na nieco ponad trzystu stronach, więc, uwaga i niespodzianka, jednak się da!
Rzadko kiedy zachwycam się polską literaturą, ale teraz czuję, że pozachwycać się jak najbardziej można i jest czym.
„Grzybnia” to bardzo nieoczywista i ciężka do opisania powieść. Bo niby nic się tu nie dzieje, a dzieje się wszystko. Niby nic tu nie jest napisane wprost, ale wszystko jest niebywałe uniwersalne. W rocznicę nagłej śmierci Filipa, trójka jego przyjaciół ponownie się spotyka, choć tym razem w towarzystwie jego żony. „Galganiarze zawsze razem”, a właściwie „znowu razem”, ale na jak długo? Książek o przyjazni jest niewiele (pozdrowienia dla Maćka Marcisza!), a książek o przyjaźni, którą dotknęła żałoba jeszcze mniej. Autorka prowokuje do zatrzymania się, a nawet zadumy. Z jednej strony czytamy historię bohaterów, których drogi się rozchodzą, nie tylko przez dotknięcie jednego z nich śmiercią, żałoba dotyczy tu też utraty tych, którzy wciąż żyją. Z drugiej wracamy do naszych osobistych doświadczeń i refleksji nad nimi. Będziecie więc często tę książkę odkładać, by uciekać myślami do własnych wspomnień i we własne przemyślenia. A te które lubią, będą się świetnie bawić interpretacyjnie bo to interpretacyjny plac zabaw. „Grzybnia” to trochę baśń dla dorosłych, a szczególnie dla milenialsów, ale bez podanego na tacy oczywistego morału, bo dla każdego ta puenta będzie inna. Powieść stoi nieuchwytnym onirycznym klimatem, który hipnotyzuje i wciąga. Zielińska dorzuca trochę realizmu magicznego, szczyptę humoru i sporą dawkę melancholii. W dodatku robi to warsztatowo świetnie, pięknie jest to napisane i skonstruowane. Dlaczego ja wcześniej nie czytałam jej książek? Będę nadrabiać!
4.5! Niezwykle intrygująca książka. Historia opowiada o stracie i żałobie, ale z perspektywy różnych osób, co moim zdaniem jest naprawdę na plus. Czułam w tej książce emocje i prawdziwych ludzi. Rzadko spotykam się z tak dobrze wykreowanymi bohaterami, a co najlepsze niespotykanymi w książkach. Dodatkowo tłem książki jest natura, co w idealny sposób przeplata się z historią i tworzy idealną całość.
"Żywi ludzie jedzą martwe grzyby, żywe grzyby jedzą martwych ludzi"
Czy to zdanie nie najtrafniej oddaje nieskończony cykl natury? Czy strata nie jest naturalną częścią życia? Dlaczego więc tak trudno nam ją zaakceptować? Pogodzić się z jej nieuchronnością?
W „Grzybni” Aleksandra Zielińska pięknym, niemal poetyckim językiem podejmuje próbę wprowadzenia czytelnika w labirynt trudnych ludzkich emocji wynikających z dojmującej straty. Próbę przeprowadzoną z empatią, niesamowitą wrażliwością i wnikliwością, w której na powierzchnię wyłania się ból, pustka, samotność i tęsknota. Innym razem bezsilność i frustracja prowadząca do desperackich, choć nic nieznaczących aktów buntu.
Kiedyś „gałganiarze zawsze razem”. Teraz, po nagłej śmierci jednego z nich, nie potrafią połączyć się w żałobie, dać sobie wzajemnie wsparcia. Spotkanie w rocznicę śmierci Filipa uwiera, każde z nich wolałoby być gdzieś indziej odczuwając dotkliwie ciężar nieobecności przyjaciela. Zagłębiamy się w historię Zuzanny, Zdenki, Kostii i Kalibana odnajdując tak odmienne przechodzenie żałoby, zagubienie i zmagania z traumą straty i bolesnymi wspomnieniami.
Wstrząs, jakim jest śmierć przyjaciela skłania ich do refleksji nad swoją codziennością, pułapką dorosłości, w której ugrzęźli, zadawania pytań o sens życia i poszukiwaniu tego, co stanowi o prawdziwej jego wartości, a każdy z nas znajdzie w tych rozważaniach cień własnych wątpliwości i emocji.
Autorka budując narrację nieoczywistą, osnutą mgłą tajemniczości i niejednoznaczności, wzbogaconą realizmem magicznym daje pole czytelnikowi do własnych interpretacji, do poszukiwania skrytych pod metaforami znaczeń, których znajdziemy tu, jak grzybów po deszczu. Niespodziewany w tak naznaczonej smutkiem powieści humor sytuacyjny ukazuje kunszt Autorki w łączeniu pozornie nieprzystających do siebie elementów, które w niewprawnych rękach mogłyby stworzyć efekt groteski. Tu wyłania się subtelne i wnikliwe zarazem studium psychologiczne traktujące o ważnych i poruszających tematach, które wcześniej czy później będą udziałem każdego z nas.
Książka, która wymaga skupienia, daje trud i satysfakcję.
Współczesna historia kilku przyjaciół a w tle smutek, radość, samotność, nieumiejętność bycia razem, próba ucieczki przed nieuniknionym ale oczywistym momentem w życiu każdego z nas.
Rozważania o życiu we fragmentach i niedopowiedzeniach, z zakończeniem zaskakującym i spodziewanym.
Słowa, kompletność i wiarygodność. Indywidualizm formy przedstawienia tego co międzyludzkie i trudne do zrozumienia.
W końcu to ciekawa propozycja dobrze spędzonego czasu, gdy za oknem deszcz i szarość.
Dobra lektura, która czasem i wzruszy w zależności od tego co w środku siedzi i uwiera.
Nic tylko czytać i dać się ponieść lekturze. Brawa za styl, operowanie językiem, umiejętne wplatanie smaczków i mądrość płynącą z lektury.
Wiecie… ma to mocny vibe takiej wprawki, którą ktoś by napisał w ramach jakiegoś zadania na twórczym pisaniu. I szczerze, to myśle że podczas omawiania zajęć by się każdemu podobała. Do czasu aż by przekroczyła 500 słów. Bo później to sie tylko dłuży i człowiek ma wrażenie że „no ok, czaje czacze, do brzegu” ale ten brzeg jest daleko daleko, a woda powoli nabiera gęstości i im jesteś dalej w tekście (bo tu sie nawet za bardzo o historii mówić nie da), to tym wolniej ten brzeg się przybliża i już powoli zaczynasz tracić nadzieję, że w ogóle jesteś w stanie tam dotrzeć.
Grzybnia zaraża unikalnością. Tu śmierć nieustannie kołysze do snu, a dorosłość śpiewa przeszywającą kołysankę. Powieść Aleksandry Zielińskiej okazuje się niecodzienną zachętą do zdefiniowania pojęcia żałoby – tęsknoty za umarłymi i tęsknoty za żywymi. Skażona silną potrzebą dojrzałej interpretacji – tajemnicza, wymagająca i niejednoznaczna, w scenach zmyślnie udziwniona i zabawna, w przekazie natomiast zaskakująco uniwersalna. Ta historia zdaje się być osadzona w przepaści ludzkiego życia, w najbardziej bolesnych szczelinach melancholii, w słowach beznadziei, w wyniszczającej duchocie wybrakowanej codzienności.
mam mieszane uczucia, tochę nie wiem co o niej powiedzieć i nie będę się starała żeby moja wypowiedź trzymała się ładu i składu, to po prostu moje przemyślenia, nie daje jej też oceny gwiazdkowej literacko, obiektywnie jest absolutnie wybitna i myślę że jej części mogłam po prostu nie zrozumieć bardzo, ale to bardzo niepokojąca, chwilami nawet obrzydliwa i wzbudzająca we mnie mnóstwo emocji myślę, że zrobiła wszystko co miała zrobić i wyszło jej to fantastycznie ostatecznie bardzo ja doceniam, była warta przeczytania (i trochę przemęczenia - bo bardzo mi się dłużyła)
„(…) przed końcem świata rodzi się więcej królików”.
Gałganiarze – zawsze razem, przyjaciele od dzieciństwa, kumple z boiska, a gdy zabrakło jednego z nich, nagle jakby obcy sobie ludzie. I Zuzanna, z rozwianym włosem, trochę szalona, którą z Gałganiarzami łączyła cienka nić. Tej nici już nie ma. Mimo to spotykają się w rocznicę śmierci przyjaciela, chodź zdaje się, że żadne z nich nie chce tego tak naprawdę. Dają się namówić, przyjeżdżają, zirytowani i niezręczni. Stary dom, świadek ich dzieciństwa, dziwnie puchnie, skarży się stukaniem. Coś się psuje, coś porasta grzybem.
To jest powieść o żałobie, o tym, jak każdy przechodzi ją inaczej, jak każdy sam próbuje dojść do ładu ze stratą i światem, światem już niepełnym, nadpsutym i mniejszym. Jest o traumach z dzieciństwa i nagłej samotności. Nie wszystko jest powiedziane wprost, część rozwiązania historii musi na siebie wziąć czytelnik, dopowiedzieć niedopowiedziane.
Historia ociera się o mitologię, legendy, magię. Trochę Szekspira, trochę Wyspiańskiego i Mickiewicza - magicznie. I wszystko to wspaniale się ze sobą łączy, mieszając świat rzeczywisty z nierzeczywistym. Widzimy zwierzęta wchodzące do miast, melancholijne meduzy, których nie powinno być w jeziorze, perseidy – dzieci zbliżającej się zbyt blisko komety.
Dla mnie ta książka była magiczna od samego początku, od pierwszego wersu. Autorka zapoznaje nas z Gałganiarzami i stopniowo wplątuje w ich dusze, traumy, nadzieje. Było mi ich żal, wszystkich chciałabym obdzielić ciepłem i szepnąć, że będzie dobrze. Nawet jeśli nie będzie.
Zielińska potrafi posługiwać się słowem, ma nad nim władzę absolutną. Urzekła mnie konstrukcją zdań, umiejętnością snucia opowieści, łączeniem magii z brutalnym codziennym życiem. Książka jest piękna i mądra. I moim zdaniem, wbrew opisowi na okładce, nie jest zabawna. Dla mnie jest przepełniona smutkiem, czasem bezradnością. Różnice w odbiorze pewnie wynikają z pozostawienia przez Autorkę przestrzeni na własną interpretację – bagaż naszych doświadczeń, naszych własnych smutków i strachów uzupełnia tę historię w pustych miejscach.
Grzybnia jest moją pierwszą książką Autorki, na pewno nie ostatnią. To bardzo dobra, pięknie napisana opowieść. Dziękuję Wydawnictwu Agora za tę magię. [współpraca]
Zacznę od tego, że wszystkie poprzednie książki Aleksandry Zielińskiej czytałam w zachwycie wielkim, uznając je za doskonałe historie napisane pięknym językiem, dotykające moich emocji tak, jak lubię. "Grzybnię" kupiłam więc od razu, ale jakiś impuls ciągle mi ją odsuwał w czytelniczym czasie. Wreszcie się zabrałam za lekturę i po skończeniu myślę sobie, że to będzie chyba moje rozczarowanie roku. Nie odnalazłam się zupełnie w tej opowieści o żałobie, o stracie, o przyjaźni, która trzyma się na cienkich nitkach, o samotności i o niezrozumieniu. Niby tematy bardzo "moje", ale tu nic się dla mnie nie zgrało. Nie potrafiłam wczuć się w to, co dzieje się z bohaterami, realizm magiczny w tym wydaniu mnie zmęczył, ta grzybnia, która niszczy i buduje równocześnie - no nie, to nie jest moje. I jeszcze królik jak lis z "Antychrysta" von Triera na dokładkę - nie znoszę tego filmu. Pozostaje mi czekać na kolejną powieść Autorki...
O matko, ale to mi się podobało! Po pierwsze, nieco żałuję, że słuchałam, a nie czytałam, chyba jeszcze lepiej weszłabymi z papieru, jeszcze więcej splotów bym wyłapała, ale nic straconego, może kiedyś jeszcze wrócę. A jak już w temacie audiobooków to lektorka zdecydowanie na minus, jakoś dziwnie się chwilami obchodziła z tym tekstem, co mnie trochę wybijało z rytmu. Po samej książce zdecydowanie nie spodziewałam się, że może być tym, czym jest, no bo jednak jak coś się nazywa Grzybnia to dla mnie automatycznie wydaje się to leciutkie i zabawne. A tu bywało ciężko i smutno. Chociaż zabawnie też. Ludzkie historie splecione ze sobą, dużo strat, trochę zysków. Niby dziwaczne, a jednocześnie przyziemne i piękne.
Jak zaczęłam słuchać to przywiodła mi na myśl takie totalnie odklejone dziwaczne audiobooki pana o nazwisku Borowik, imię na A, ale nie pamiętam, takie przedziwne retelingi baśni. Ale szybko się to wrażenie zatarło, na szczęście XD
Mam mieszane odczucia Momentami trochę zbyt bardzo się ciągnęła a z drugiej strony jedna z ciekawszych książek jakie czytałam jeżeli chodzi o kompozycje i pomysł (Kocham grzyby)
Wahałam się pomiędzy 3 i 4 gwiazdki ale ze względu na swoją wyjątkowość na te 4 zasłużyła
Rozczarowałam się. Genialny pomysł z nawiązaniami do grzybów, tematyka książki też wydawała się moja - żałoba, rozpad człowieka. Ale nie wiem, o czym to było i co autorka chciała przekazać.
czytało mi się z jednej strony bardzo szybko a z drugiej myślałam, że już nigdy nie skończę tej książki. Bardzo ciężko jest mi ocenić tę książkę, ponieważ chyba do końca nie mogę pogodzić sie z tym zakończeniem. W tej historii każdemu bohaterowi udało się zrozumieć siebie ale czy udało im sie zrozumiec siebie na wzajem? dlatego ciężko, ciężko. 3,5 chyba dam tak
Mam trochę mieszane uczucia. z jednej strony podobała mi się opowiedziana historia w nieszablonowy sposób, jednak momentami miałam wrażenie, że tych aluzji i powtórzeń jest za dużo.
„Grzybnia” to uosobienie współczesnej polskiej prozy. Niby zwykłej jednak pięknej w tej prostocie. Onirycznej, niespiesznej, z nutą poetyckości ale i dobitnie prawdziwej. I choć ta powieść nie wstrząsa, to momentami jest bardzo niewygodna.
Lubię sięgać po polską prozę. Poszukiwać w niej własnych emocji i wspomnień. Móc rozprawiać ze słowem pisanym o tym co człowieka spotyka i jak to na niego wpływa. Mam ogromny sentyment do twórczości polskich pisarzy, do ich zdolności ujmowania w słowach rodzimych emocji, bolączek i utrapień.
I taką prozą uraczyła mnie „Grzybnia”
Aleksandra Zielińska zabiera czytelnika w podróż do nas samych, do naszych lęków i ułomności.
Opowiada historię współczesnych trzydziestolatków. Ustatkowanych, dobrze zarabiających, z perspektywami. Jednak pod wierzchnią warstwą kryje pustka. Obezwładniająca samotność, która zasiedziała się w człowieku i utrudnia nawiązanie szczerych relacji. Przez to rozdarci balansują gdzieś między własnymi korzeniami a brakiem punktu zaczepienia. Niezdecydowani, zagubieni, stęsknieni za drugim człowiekiem. Ważą sentymenty i wspomnienia, powinności i pragnienia.
Historię o przemijaniu, samotności i tęsknocie przeplata baśń o grzybach. Notatki o naukowym zabarwieniu metaforycznie uzupełniają przyziemną historię. Dodając tą odrobiną realizmu magicznego pole do interpretacyjnego popisu. Wyłuskania ukrytych znaczeń i niejednoznaczności.
Powieść jest piękna, nieoczywista, do rozpatrywania na kilku poziomach. Zabrakło mi w niej jednak tajemnicy, którą obiecuje mi okładka książki. Kryje się jedynie w życiorysach bohaterów, a ja skończywszy lekturę odkryłam, że brakuje mi tej tajemnicy literackiej, schowanej gdzieś na drugim i trzecim planie, będącej dopełnieniem całości.
„Żywi ludzie jedzą martwe grzyby, żywe grzyby jedzą martwych ludzi”
To kilkukrotnie powtarzane w powieści Aleksandry Zielińskiej zdanie jest jednym z moich ulubionych. Idealnie ją opisuje.
Nie ukrywam, ucieszyłem się, gdy wydawnictwo zaproponowało mi napisanie blurba na nową powieść Zielińskiej.
Po pierwsze ucieszyłem się, bo jest to pisarka, której drodze twórczej kibicuję i uważam, że jest to osoba, której twórczy potencjał doskonale się rozwija, autorka ucząca się na błędach, z książki na książkę tworząca dzieła lepsze, bardziej wciągające, z ciekawszą psychologią postaci. Po prostu dojrzalsze. I tak też - jak się okazało po lekturze - jest w „Grzybni”.
Oczywiście drugim powodem mojej radości z propozycji działu promocji była kwestia finansowa, bo jestem miłośnikiem płaconych na czas rachunków, zobowiązań spłacanych najlepiej przed terminem. Tak więc wiele moich potrzeb spełniło się dzięki „Grzybni”, do której Was zachęcam, bo to jest powieść warta czytelniczej uwagi.
A napisałem Zielińskiej tak:
Bohaterowie nowej powieści Aleksandry Zielińskiej, „Grzybnia” jeszcze wznoszą toast hasłem „gałganiarze zawsze razem”, choć wiedzą, że ich drogi się rozchodzą. Czytelnicy odkryją w tej książce niezwykle udaną powieść obyczajową o rozpadzie więzów łączących grupę znajomych. To powieść o nas tak bardzo współczesnych - o lęku przed śmiercią, nieumiejętności bycia razem, samotności. Czy dająca nadzieję? To już trzeba odkryć samemu.
Zielińska zastanawia się nad tym, co ludzi dzisiaj łączy. Czy między nami jest matnia, czy grzybnia? Efekt tych rozważań to dzieło dojrzałe i wciągające, a jego autorka potwierdza swój status jednego z najciekawszych głosów w polskiej literaturze.
Prze-urokliwa. I nie - albo raczej nie tylko - w słodko-wróżkowym sensie, ale więcej tam raczej takich uroków, które zabraniają robić czegoś o północy, "bo inaczej...". Bardzo satysfakcjonujące to jest językowo i stylistycznie, syte od (pop)kulturowych nawiązań, (krypto)cytatów i (eko)metafor - ale wymieszanych w dobrej proporcji, bez nadmiernego popisywania się, przesady. No choćby cytat o tym, czy myszy patrząc na nietoperze uznają je za swoje anioły to z dziką przyjemnością tam odnalazłam (szkoda, że nie da się wkleić mama do recenzji).
A pod tym wszystkim czai się nie tylko opowieść o świecie, ale także - a może przede wszystkim - o relacjach. Na przykład tych sankcjonowanych wspólnie spędzonym dzieciństwem, ale o rozłażących się w dorosłości szwach. O żałobie i o - skutecznym lub nie, ale zawsze trudnym - poszukiwaniu pocieszenia.