Marika kiedyś była półboginią. Dziś, po latach włóczęgi, jest zwykłą policjantką w cichym miasteczku na wybrzeżu Maine. Idealne miejsce, w którym dni upływają spokojnie, ludzie (i nieludzie) są życzliwi, a sprawy kryminalne – banalne. Wciąż jednak pamięta świat, po którym bogowie żyli obok ludzi.
Czy seria tajemniczych wydarzeń sprawi, że Marika będzie chciała zapomnieć o dawnym kochanku?
O rany. Bardzo chciałam polubić tę książkę. Ale im dalej, tym trudniej mi było żywić do niej ciepłe uczucia. Na papierze (ha) wszystko powinno działać - nieco "cozy" atmosfera, małe miasteczko pełne nadnaturalnych istot (z różnych kręgów kulturowych), szeroka reprezentacja, poruszające rozterki emocjonalne... Powinno mi to podpasować. Ogromnie mnie dziwi, że tak się nie stało. Pierwsze opowiadanie pod wieloma względami trzymało formę i bardzo miło się czytało. Tajemnica zaginionego płaszcza fajnie splatała się z wątkami nadnaturalnymi i przybliżaniem mieszkańców miasteczka Springfield. Niestety im dalej się zagłębiałam w książkę, tym bardziej pewne kwestie wydawały się traktowane po łebkach i chaotycznie rozpisane. Cały aspekt śledztw policyjnych kompletnie nie trzymał uwagi ani napięcia. Z kolei bardzo przejmujące (w domyśle) sercowe bolączki głównej bohaterki wywoływały u mnie jedynie coraz silniejszy eye-roll. I chociaż Autorka często skupiała się na odczuciach postaci, miałam dziwne wrażenie, że wiele z nich poznaję bardzo powierzchownie. Że ma mi na nich zależeć „bo tak”. Bo są fajne i nietypowe. Pod koniec książki miałam wręcz wrażenie, że połowa tekstu wypadła z książki albo nigdy do niego nie trafiła. Trudno powiedzieć, kto tu mógł zawinić - Autorka, która myślała, że wszystko jest oczywiste i nie trzeba czytelniczce nic przybliżać, czy może redakcja, która nie zauważyła, że tekst ma bardzo nierówne tempo fabularne i emocjonalne (zarówno w obrębie pojedynczych tekstów, jak i książki jako całości). Od kilku lat coraz ciężej pochłania mi się treści o „stróżach prawa i porządku”. Wszak ‘we live in a society’. Ale fakt, że główna bohaterka jest policjantką, nie wzbudzał u mnie jakieś wielkiej niechęci. Rozumiem, że zawód pozwala naszej heroinie wtrącać się w przeróżne sprawy, co jest skutecznym narzędziem dla Autorki. Ale w epoce MeToo (że o ACAB nie wspomnę) bardzo mnie odstręczał ton, z jakim bohaterka i inni mieszkańcy miasta odnosili się do kwestii przemocy w rodzinie. W ogóle to, jak potraktowano ten wątek w książce, mocno mnie wzięło pod włos. Potem nie mogłam już spojrzeć przychylnym okiem na nikogo - ani na Marikę, ani większość mieszkańców miasteczka. Podziwiam Autorkę za research, wszechstronny „scope” kulturowy powieści i wrażliwość w oddaniu szerokiego wachlarza reprezentacji. Ale nie wiem, czy jeszcze kiedyś odwiedzę Springfield. Chyba ostatecznie nie zagrzeję tam miejsca tak jak tytułowa Echidna.
Polubiłam bohaterów, ale nie jestem fanką braku "ciągłej" fabuły. Brakowało mi jakiegoś głównego wątku, sprawy, która miałaby swoje rozwiązanie na końcu książki. Motywy z mitologii bardzo na plus. Jeśli będzie jakaś kontynuacja losów Mariki i Jordana, to z pewnością sięgnę.
Ta książka obiecywała wszystko, co potencjalnie uwielbiam w książkach: elementy mitologiczne, wątki kryminalne, małomiasteczkowy klimat. I rzeczywiście dostarcza te elementy, ale w sposób szalenie niesatysfakcjonujący. Zacznijmy od tego, że jedno słowo opisujące tę pozycję to chaos. Autorka oprócz tego, że zdecydowała się na stworzenie zbioru opowiadań, to jeszcze postanowiła opowiadać nam fabułę przy pomocy krótkich scenek. Przeskoki między nimi były bardzo nieintuicyjne i dezorientujące, szczególnie że z książką zapoznawałam się w formie audiobooka. Samo zrozumienie prawideł fantastycznego świata, wykreowanego przez autorkę zajęło mi trochę czasu, a do tego momentu okrutnie się męczyłam i miałam parę momentów, kiedy zastanawiałam się, czy nie przerwać czytania (czego ostatecznie nie zrobiłam). Do tego zagadkom kryminalnym brakowało jakiegokolwiek dreszczyku tajemnicy i realnej stawki (może poza ostatnią historią). Były to bardzo nieangażujące sprawy, rozwiązywane w mgnieniu oka. Elementy mitologiczne nie zostały wykorzystane w pełni, a postać Mariki wielokrotnie działała mi ja nerwy, szczególnie gdy po raz wtóry powracała pamięcią do swojej miłości sprzed lat. Pod koniec przyzwyczaiłam się już do tych mankamentów i zaczęłam mocniej cieszyć się z lektury. Ostatnie rozdziały nawet mnie wzruszyły, a najmocniejszym punktem książki, który sprawia, że nie ocenie jej całkiem negatywnie jest klimat Springfield. Rzeczywiście autorka odmalowała go bardzo plastycznie i chciałabym wypić kawę w tamtejszej kawiarni wraz z niektórymi bohaterami.
Taka troche Aneta Jadowska i Magdalena Kubasiewicz w swoich książkach, ale jednak z innym humorem. Bawiłam się serio bardzo fajnie. Czekam na dalsze opowieści
2,5 ⭐ Nie jestem fanką zbiorów opowiadań. Zdecydowanie bardziej wolę kiedy książka ma jakiś główny motyw, fabułę ciągniętą od początku do końca, chyba, że bohaterowie przypadną mi do gustu. Niestety nie polubiłam zbytnio tych postaci, mieli całkiem ciekawe historie, ale nic poza tym.
Urban fantasy połączone z mitologicznymi inspiracjami, polane sosem w postaci powieści detektywistycznej z romantyczną wisienką i szczyptą humoru - takie danie serwuje nam Agnieszka Szmatoła w powieści "Echidna”. To powieść zaskakująca na wielu poziomach, pełna ciepła, a jednocześnie nieuchwytnej tęsknoty za czymś utraconym. Konstrukcja powieści oparta jest na rozwiązywanych przez sierżant Echidnas sprawach, które wpierw nas urzekają humorem, zapraszając do małego amerykańskiego miasteczka, w którym ludzie mieszkają w białych domkach tuż obok mitologicznych postaci jak syreny, selkie czy tytułowa Echidna, by z każdym kolejnym rozdziałem nabierać większej powagi. Autorce udaje się zachować równowagę między "otulaniem" a poruszaniem poważniejszych kwestii. Te początkowe, wydawałoby się banalne sprawy pozwalają nam się zagościć w Springfield i zapoznać z bohaterami, by później odkrywać kryjące się pod maską szczęśliwości sekrety. Nim się spostrzeżemy zostaniemy wciągnięci w ten pozornie idylliczny świat i nie będziemy mogli oderwać się od tej książki.
W powieści zagadki kryminalne są jedynie pretekstem by kreślić obraz relacji międzyludzkich oraz różnorodności, która wcale nie musi prowadzić do konfliktu - wręcz przeciwnie, stanowi siłę lokalnej społeczności. Dzięki temu otrzymujemy wiele ciekawych postaci drugoplanowych, które sprawiają, że opisywane miasteczko wydaje się żywe. Ogromną zaletą jest dynamika między główną bohaterką (Mariką), a jej policyjnym partnerem (Jordanem). Oboje świetnie się uzupełniają! Interesująco wypada także Soami - dawna miłość Mariki, która związana jest z pojawiającym się w powieści motywem pamięci, która niczym widmo wisi nad bohaterką: za każdym razem kiedy Marika "zrzuca skórę" traci wspomnienia. Jest to jej przekleństwo jako istoty nieśmiertelnej, cena, którą musi płacić. Marika pamięta Soamiego w swym życiu - nie pamięta jednak rozstania. Jedna z powieściowych tajemnic budowana jest właśnie wokół tego wątku. Skontrastowany jest on z niezwykle uroczą relacją przyjaciół Mariki, którym kibicuje się już od samego początku.
Na uwagę zasługuje także budowany przez Autorkę klimat za sprawą odczuć Mariki. Jako wąż odczuwa ona zmianę pór roku i te opisy nadają ton poszczególnym częściom. Wężowa natura bohaterki została niezwykle umiejętnie wpleciona w powieść, dzięki czemu wydaje się czymś naturalnym, a jednocześnie nie definiującym naszej bohaterki, której charakterystyka nie ogranicza się do bycia wężem.
Chociaż styl powieści podobał mi się, to żeby nie było przesadnego słodzenia muszę się do jednej rzeczy przyczepić: pewnych niedopowiedzeń. Czytając niektóre fragmenty miałam wrażenie, jakbym pominęła jakiś fragment czy zdanie - to co jest oczywiste dla Autorki, nie zawsze będzie dla czytelnika i nie pogardziłabym większą ilością opisów czy podsumowań, szczególnie w odniesieniu do spraw kryminalnych. Na szczęście dotyczy to tylko niektórych fragmentów i nie wpływa na przyjemność czytania - raczej zmusza nas do uważnej lektury, której nie spodziewamy się w przypadku cozy fantasy, przytulnej fantastyki.
"Echidna" to powieść ciepła, która jednocześnie nie unika smutku. Jest jak kawa jesienią - rozgrzewająca, ale ze smakiem goryczy, co wcale nie przekreśla przyjemnych doznań. Nie brak w niej humoru i pozytywnego myślenia. Ukazuje, że nawet jeśli nad jakimś miejscem zbierają się czarne chmury, to nie znaczy że już nigdy nie wyjdzie słońce - a żadna kryminalna sprawa, od błahej kradzieży bielizny po zabójstwo nie pozostanie nierozwiązana dzięki pracy zespołowej i wzajemnemu wspieraniu się. To powieść na poprawę humoru, udowadniająca, że mitologiczne inspiracje jeszcze się nie wyczerpały, szczególnie jeśli tworzy się oryginalne historie, a nie opowiada mity na nowo. Pozycja obowiązkowa dla miłośników twórczości Anety Jadowskiej czy Katarzyny Bereniki Miszczuk, a także wszystkich tych, którzy lubią fantastykę w otulającym wydaniu z nutką melancholii!
Małe, nietuzinkowe miasteczko Springfield. Z pozoru wydaje się spokojne, bez dramatycznych scen. Ma za to nietypowych mieszkańców. Tam, gdzie mitologia łączy się z magią, tam, gdzie pies może być bogiem, a na brzegu czekają niebiańsko piękne syreny, a na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo. Czy jesteś gotowy na nieziemską przygodę?
Nawet nie wiem, kiedy byłam już w połowie książki. Sama jej konstrukcja to, że jeden rozdział opowiada nam jedną nietypową historię sprawia, że przez nią płyniesz. Nie wiem do końca czy to był pełny rok, który spędziłam w miasteczku – na pewno spędziłam go w nim zdecydowanie zbyt mało. Czuć klimat amerykańskiego ubocza.
Bohaterowie są jedyni w swoim rodzaju. Wątek policyjny, gdzie służba porządkowa boryka się z coraz ciekawszymi, niebezpiecznymi wyzwaniami. Autorka zaczęła skromnie, tak aby nas urzec humorem i abyśmy wgryźli się w historię, aby przy końcówce obudzić w nas gęsią skórkę i strach w oczach.
Powracając do bohaterów Jordan jest najsłodszą istotką w całej tej historii: opiekuńczy, kochany, słodki i tak bardzo emocjonalny. Marika tytułowa Echidna kobieta-wąż: ma charakterek, to jednak przeraża ją wiele rzeczy, na szczęście jej kilkusetletnie doświadczenie przydaje się w kluczowych momentach i mam wrażenie, że to nie koniec jej przygód, a jej postać rozwija się, a jej największym przekleństwem jest zrzucanie skóry co za tym idzie - utrata wspomnień. Tajemniczy Soami – tego gościa nigdy nie polubię, ma do odegrania irytującą rolę złola, a przynajmniej tym mi pachnie. Hart – o nim tylko wspomnę, bo ma po prostu przerąbane, chciał tylko spokojnie doczekać emerytury, a wrzucili go do cyrku. Reszta to kłębowisko wszystkiego i wszystkich od magów, syren, kelpie i cudownych fae. Każdego z nich autorka w jakiś sposób nam przedstawiła i wplotła swoją nietypową historię. Pokochacie, polubicie i znajdziecie wśród nich swoje miejsce.
Jest to niesamowita historia, z przednim humorem. Nie wiesz, kiedy wsiąkniesz w tę społeczność i będziesz szukać miasteczka na mapie, pragnąc w nim zamieszkać. Odskocznia z mrożącymi krew w żyłach momentami gwarantowana! Fantastyka w cudownym wydaniu! Czekam na więcej.
Marika Echidnas jest, jak wskazuje jej nazwisko, echidną: kobietą-wężem, a raczej istotą, która może przybierać obie te formy wedle woli. Mitologiczna Echidna była matką wielu potworów – dwugłowych i trzygłowych psów, smoków, hydr i sfinksów. W powieści Agnieszki Szmatoły jest natomiast… nieśmiertelną boginką mieszkającą w niedużym amerykańskim miasteczku i pracującą jako policjantka.
Echidna jest ni to serią opowiadań, ni to powieścią złożoną z rozdziałów prezentujących luźno powiązane ze sobą epizody kręcące się wokół kolejnych spraw, które próbują rozwiązać bohaterowie, jak w proceduralu. Osią fabuły jest Marika Echidnas, jej kariera – nadająca sens temu etapowi jej bardzo, bardzo długiego życia – i tęsknota za kimś, kto odszedł. Dramatyzmu tej tęsknocie dodaje fakt, że Marika pamięta osobę, za którą tęskni, nie ma jednak w pamięci pożegnania – ani nawet pomysłu, dlaczego do niego doszło, dlaczego pewnego dnia została sama. Taka jest cena jej nieśmiertelności: zawsze gdy, co kilkadziesiąt lat, zmienia skórę, płaci za to jednym wspomnieniem. A że los nie jest łaskawy, zazwyczaj nie zapomina tego, co jadła na śniadanie, lecz coś istotnego: twarz matki, swoje siostry, partnerów. Ostatnim razem zapomniała, dlaczego odszedł Sōami. Teraz boi się, że następna zmiana skóry, do której już się zbliża, odbierze jej całą pamięć o ukochanym, który był dla niej niezwykle ważny, wokół którego jej istnienie owijało się niczym wąż.
Warstwa emocji, uczuć, rozterek, tęsknoty, poszukiwań, odzyskiwania siebie, uniezależniania się – to wielka i ważna część tej powieści oraz bardzo mocny jej aspekt. Sprzyjają temu solidnie napisane postacie na drugim i trzecim planie.
Echidna to książka Agnieszki Szmatoły, która oscyluje w przestrzeni gdzieś pomiędzy powieścią a zbiorem opowiadań. Została przepięknie wydana przez Wydawnictwo Mięta.
W rozdziałach czytelnik ma okazję zapoznać się z codziennością policjantki Mariki, która rozwiązuje kryminalne problemy w nadnaturalnej społeczności. Samej będąc jej częścią, kobieta-wąż jest w stanie prowadzić po tajemniczych ścieżkach małego, nadmorskiego miasteczka pełnego wszelkiego rodzaju stworzeń.
Każdy rozdział w gruncie rzeczy mógłby stanowić niezależne opowiadanie, choć postacie łączą je w całość. Z tego powodu trudno odnaleźć w całości długą fabułę, którą można śledzić od pierwszej do ostatniej strony. Autorka zamiast na wydarzeniach skupia się na emocjach tytułowej echidny, która zmaga się z tęsknotą oraz obawą przed utratą cennych wspomnień.
Przyznam szczerze, że przy lekturze głównie skupiałam się na wątkach kryminalnych. Emocjonalne tło wydarzeń i wewnętrzne burze Mariki nie wzbudziły we mnie wielkiego zainteresowania - miałam problem w wdrożeniu się w jej tęsknotę, jako że nie miałam żadnej więzi z obiektem tych uczuć. Za to sprawy kryminalne były ciekawe, choć bardzo proste, jak przy krótkich tekstach. Momentami jednak zabrakło mi w nich poprowadzenia krok po kroku. Odniosłam wrażenie, że autorka często sięgała po skróty, co czasami wprowadzało mnie w konfundację. Wciąż są wątki, które nie bardzo pojmuję.
Mimo kilku zwarć między mną a książka, Echidna to przyjemna pozycja. Czuć od niej smutkiem i nostalgią wylewającą się z głównej bohaterki, jednak postacie drugo- i trzecioplanowe nadają całości magiczny klimat małego miasteczka. Jeśli ktoś lubi fantastykę, która nie jest przepotężnie rozbudowana, ta pozycja może okazać się idealna.
Jak ja uwielbiam książki, które opisują różne rodzaje wierzeń i mitów - nie tylko dokumentalne ale także powieści etc.
Echidna jest jakby zbiorem różnych opowiadań, które łączą się w jedną całość a ich spoiwem jest tytułowa Echidna - policjantka Marika Echidnas.
Mamy tutaj swoisty mix kultur - mitologię celtycką, irlandzką, japońską, słowiańską... Stworzenia takie jak selkie, kelpie, ubożęta czy magowie i fae są tutaj na porządku dziennym.
Błyskawicznie się czytało, po raz pierwszy spotkałam się z twórczością autorki i muszę przyznać, że ma to coś, co przyciąga.
Swoisty kryminał, który okraszony jest magią i legendami, aurą tajemniczości i nieoczywistymi rozwiązaniami.
Tutaj każde śledztwo jest nietypowe a ich rozwikłanie zadziwiające.
Do tego dochodzi nam temat depresji, samob*jstwa, morde*stwa , zmiany płci i tęsknoty oraz miłości.
Wiele postaci i wiele wątków, jednakże po chwilowym zamieszaniu na początku później już wszystko jest ładnie ze sobą spięte i przestajemy się gubić w ich mnogości.
Świetnie wykreowana główna postać, która przekazuje nam swoje emocje, uczucia i to, co siedzi w jej głowie.
Książka byłaby naprawdę dobra, gdyby nie pewien brak spójności. Były to raczej opowiadania, a nie jedną historia, i brakowało tutaj fabuły, pewnych wydarzeń, które miałyby zmierzać do jakiegoś momentu kulminacyjnego, którego również nie było. W pewnych momentach czułam się tak, jakbym czytała Jadowską, i tak jak narzekałam na jej późniejsze książki, tak muszę jej zwrócić honor. Jadowska chociaż potrafiła napisać konkretną fabułę z konkretnymi wydarzeniami. Tutaj mieliśmy kilka spraw do rozwiązania, i każda jedna została rozwiązana szybko i bez trudu, choć autorka usilnie ten trud starała się opisać. Wydarzenia szybko szły do przodu, a ostatecznie sprawy rozwiązywały się przypadkiem bądź przez zwykłe domysły, i zdecydowanie za szybko. Dodatkowo autorka bardzo starała nam się opisać emocje głównej bohaterki, jednak właśnie starała się tak bardzo, że wyszła ona niemal mdła, a emocje płytkie i powierzchowne. Kolejną sprawą jest bagatelizowanie przemocy domowej. To sprawiło, że aż odechciało mi się czytać... Ale prawda jest taka, że w tych rzeczy wystarczyłoby zmienić jedną - dodać główny wątek fabularny. I książka od razu byłaby lepsza...
"Hart westchnął. Springfield miało być jego ostatnim posterunkiem przed emeryturą. Spokojne miasteczko, w którym nic się nie dzieje. A co dostał? Trzy morderstwa, kradzieże z włamaniem oraz klątwy, demony, selkie, kelpie, syreny, ludzie-węże...". Dzisiaj zapraszam was do Springfield - małego nadmorskiego, amerykańskiego miasteczka. Takie z gatunku "wszyscy wszystkich znają i o wszystkich wszystko wiedzą". I nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegóły. Obok zwyczajnych ludzi żyją tu sobie mitologiczne istoty. Tak, Springfield to prawdziwy kulturowy tygiel, bo swoje miejsce na ziemi znalazły tu istoty z każdej dostępnej mitologii, a główna bohaterka jest grecką pół-boginią echidną. Jeżeli lubicie kryminalne zagadki i mitologię to koniecznie musicie przeczytać ten fantastyczny debiut @agnieszka_szmatola_autorka 🐍🐍🐍 polecam gorąco. I mam szczerą nadzieję, że to nie koniec przygód Mariki Echidnas. [Współpraca reklamowa @wydawnictwo_mieta ]
Mam problem z tą książką. Po pierwsze wydawało mi się, że to debiut (co w mojej ocenie dawałoby autorce taryfę ulgową), ale okazuje się, że nie do końca. Autorka publikowała już wcześniej opowiadania, a do tego zawodowo zajmuje się książkami czyli doświadczenie w pisaniu jakieś ma. I co do samego stylu w zasadzie nie mam uwag tak fabuła pozostawia mnie z niedosytem. Gdybym miała określić "Echidnę" jednym słowem byłby to "Chaos". Niezliczone postaci, mnogość wątków, nierozwiązane sprawy (w fabule czerpiącej m.in. z kryminałów), mieszanie czasów i wątki tożsamości płciowej. Miałam poczucie jakby autorce dano jedną jedyną szansę na napisanie książki i wrzuciła do niej wszystko to, co kiedykolwiek przeszło jej przez myśl. Jak dla mnie było tego za dużo naraz.
Nawet format monster of the week potrzebuje klamry dopinającej rozbiegane rozdziały. Gdyby nie to, ocena byłaby wyższa - bo czytało się niesamowicie dobrze! 3.5/5, ale dopycham do 4 gwiazdek.
Cudowna książka gdzie można poznać bohaterkę Marikę, które jest półwęzem oraz jest policjantką. Użekły mnie Cudowne charystamtyczne postacie ale też historie miasteczka Springfirld z którymi główna bohaterka musiala się zmóc razem z swoim partnerem Jordanem. Smutny jest wątek miłości w książce ale to są plusy, ponieważ bardziej czytelnika wciąga do książki. Jeśli szukacie książki fantastyki ale połączona z ludzkim światem to jest właśnie to czego szukacie. 😍❤️