Małomiasteczkowy horror Marcina Napiórkowskiego! Stephen King spotyka Umberta Eco.
Kiedyś Jaworski był sfrustrowanym nauczycielem historii. Dziś znany jest jako Pan Wycieczka – twórca najpopularniejszego kanału o familijnych podróżach na YouTubie. Na oczach tysięcy followersów jego rodzina przemierza polską prowincję, w pogoni za lajkami gubiąc jednak coś ważnego...
Wypad w Beskidy nieoczekiwanie zmienia się w przerażającą przygodę, która każdego z członków rodziny skonfrontuje z wypartymi traumami i zmusi do przemyślenia swojego życia. Jaworscy chronią się przed burzą w domu starszego małżeństwa, a rano odkrywają, że dotarli do idyllicznego miasteczka, które dotychczas omijali podczas swoich podróży. Uśniejów pełen jest turystycznych atrakcji, życzliwych ludzi, sielankowego spokoju i tajemnic. Każdy członek rodziny znajdzie tu dokładnie to, czego szukał. Wkrótce jednak boleśnie sobie uświadamiają, że spełniają się tu nie tylko marzenia, ale też najgorsze koszmary.
Polish lecturer at the Institute of Polish Culture of (University of Warsaw). He runs the author's blog Contemporary Mythology. He publishes in Tygodnik Powszechny, Krytyka Polityczna, Więź, Znak and Gazeta Wyborcza.
Szybciutka lektura, 3 godziny i po książce. Przez 2/3 książki dostajemy okruchy, niepokojące wskazówki które powoli składają się w całość. Początkowo wieje weidrem, późnej robi się krwawo i bardziej niebezpiecznie, ale dla wyjadaczy horrorowych to kropla w morzu. Wstawki na temat historii i kultury mocno nudzą, robią niepotrzebne postoje. Zdanie "Stephen King spotyka Umberta Eco" to kłamstwo. Motyw może i podobny, ale klimatu brak. Chwalę za brak błędów, w końcu to wy. Literackie. Generalnie lekka lektura, niezobowiązująca.
Rodzinę Jaworskich poznajemy w drodze w Beskidy, gdzie zmierzają, by stworzyć kolejny film na swój familijny kanał. Czuć między nimi napięcie, rosnące niezadowolenie i wiszącą w powietrzu awanturę o coś więcej niż kolejna wycieczka, na którą nikt nie miał ochoty. Stała obecność kamery i widowni, wymuszone uśmiechy i entuzjazm pomimo narastającej frustracji mocno mieszają w rodzinnej dynamice, a do fabuły wprowadzają ciekawy wątek monetyzowania i przeliczania na kliki tego, co kiedyś żyło tylko we wspomnieniach i albumach ze zdjęciami. Co dalej? Dalej ciemna noc, ulewa, awaria samochodu w samym środku lasu, kompletna głusza… i nagle wyłaniający się znikąd domek (chciałoby się powiedzieć – na kurzej stopce) i para poczciwych staruszków, oferujących nocleg i ciepłą kolację. Tu się zatrzymam, nie chcę psuć zabawy.
Niestety, „Gościni” Napiórkowskiego nie zadziałała u mnie w charakterze horroru. Nie wiem, czy to kwestia zbyt wielu przeczytanych Kingów, Knootzów i Mastertonów (do dziś pamiętam powieść Mastertona właśnie, przez którą naprawdę bałam się wyjść z łóżka, a czytałam ją w słoneczne południe!), ale zwyczajnie napięcie i niepokój (nie wspominając o strachu) podczas lektury kompletnie mnie ominęły. I to z daleka. Uważam, że zabrakło tu smykałki, by stworzyć prawdziwe, wiarygodne poczucie zagrożenia, oraz by wyważyć elementy grozy (było ich, w mojej opinii, zbyt mało) z elementami obyczajowymi (tych jest zdecydowanie więcej). „Gościni” bardziej przemawia do mnie jako powieść obyczajowa właśnie, w którą wpisano tajemnicę oraz całkiem sporo etnologicznych i socjologicznych ciekawostek. Nie da się ukryć, że Napiórkowski zrobił wszystko, by swój swoją powieść maksymalnie ubogacić i uczynić ją czymś więcej niż typową przedstawicielką gatunku grozy (bo oprócz wspomnianych wątków historycznych i socjologicznych „Gościni” ma także niewątpliwie antykapitalistyczną pobudowę), ale z tego wszystkiego właśnie groza udała się najmniej. Trochę szkoda, bo sam pomysł na zło drzemiące w beskidzkich lasach był naprawdę udany.
"Gościni" nie jest ani thrillerem, ani horrorem, ani kryminałem. To książka familijna, młodzieżowa, współczesna przypowieść. Sprawie napisana, choć pod tezę, z posłowiem, które dorabia teorię do fabuły. Nie jest to zła książka, ale czytając miałam wrażenie, że to nie jest "na poważnie", dla dorosłych, była grzeczna, pod linijkę, z płaskimi, papierowymi bohaterami (Ktoś słusznie w komentarzach użył porównania z Netflixem. I coś w tym jest.)
ciekawy pomysł, aktualny wątek youtuberski i tajemnica, która zaciekawia i sprawia, że chce się wracać do lektury (w moim przypadku w wersji audio). 'Gościni' nie sprawdza się jako horror, klimat jest budowany drobnymi niepokojącymi elementami, których jest za mało (nie tylko po to, by się bać, po prostu za mało). autor dobrze kreśli dynamikę relacji w rodzinie podczas wakacji, na których nie chce być żadne z nich, zwłaszcza nastolatków, którzy posiadają już własne życie i czują się marionetkami w rękach ojca. gorzej wypada relacja małżeńska, jest mniej wiarygodna i niedokreślona, chociaż zakończenie trochę to ratuje.
posłowie od autora zdradza niektóre z inspiracji do tej fabuły, m.in. mity (Eco). ja dopisałabym Freuda i archetypy Junga. niestety, dzięki temu posłowiu widać, że Napiórkowski nie wyczerpał należycie tematu, który być może po prostu przerósł jego zdolności fabularne/pisarskie. chociaż po lekturze całości można dopasować te motywy do konkretnych wydarzeń i postaci, to nie wybrzmiewają one tak, jak powinny.
książka jest powiewem świeżości i jest przyjemnie aktualna - przedstawia rodzinę youtubera, nie demonizuje gier, sięga do tematu pojmowania rzeczywistości przy gwałtownym rozwoju technologii, a przy tym nienachalnie krytykuje kapitalizm i wiarygodnie opowiada o nastolatkach.
Zabawa horrorową konwencją wyszła Marcinowi Napiórkowskiemu przednio. Nie mogę zdradzić chwytów, które wykorzystał, bo zepsułabym Was całą zabawę, ale warto mieć oczy szeroko otwarte od pierwszych stron. I zwracać uwagę na szczegóły, bo to one robią tu całą robotę. „Gościni” to wiwisekcja współczesności, to spojrzenie przez lupę na relacje międzyludzkie pod wpływem presji technologii, to historia, która mrozi krew w żyłach, nawet jeśli nie straszy do nieprzytomności. Ma w sobie ten pazur, te zębiska, które chwytają nas i trzymają wpatrzonych, zatopionych w lekturze.
W połowie pomysł na 'straszaki', które tym razem okazały sie niegroźne przeterminował się. Dobrnęłam do końca, żeby dowiedzieć się dlaczego książka znalazła sie w kategorii thiller, ale nie było warto. Denerwowało mnie też usilne upchanie do historii kolejnych, współcześnie podnoszonych wątków wyszło po netflixowemu.
Książka napisana pod tezę, za czym nie przepadam. Czy była straszna? Nie. Czy była nowatorska? Nie. Czy zmieniła mój pogląd na świat? Nie. Była ok i tyle.
Zabrakło dreszczyku grozy, którego oczekuje od horrorów i posoki, która powinna się lać się hektolitrami, a dostałam zaledwie parę kropli.
Całkiem przyjemne, choć pod koniec zaczęło mnie męczyć. To posłowie czy też popularnonaukowy dodatek działa na minus, przypomina szkolne wypracowanie. Sama powieść to taka groza na wesoło, ale niech będzie.
Przede wszystkim przez pierwsze 80% książki to jak dla mnie taka młodzieżowa przygodówka, a nastroju grozy w niej tyle, co w "Wakacjach z duchami"( ktoś to trafnie określił w jakiejś recenzji). Zupełnie tego nie poczułam. Podobał mi się sam koncept, jak już się okazało, o co biega. Lekka lektura, miejscami błyskotliwe dialogi, dlatego też słuchałam do końca.
Historia zbyt płaska i bez wyrazu jak na mocno światopoglądowe postscriptum, które prezentuje przekonania autora. Ogólnie ok, ale mogło być znacznie lepiej.
Spodziewałam się klasycznej grozy, a dostałam to co w horrorach lubię najbardziej. Opisane pewne przemiany społeczne, problemy przez wątek grozy/strachu. Naprawdę ciekawe refleksje serwuje autor.
Bardzo dobry thriller. Trzyma w napięciu, trochę tu humoru, trochę niepokoju, postaci są realistycznie wykreowane, po prostu bardzo dobrze i szybko się to czyta. Jednak po posłowiu całość jeszcze bardziej zyskuje na wartości. Wszystko się logicznie układa i okazuje się, że treść ma drugie dno, które jest bardzo przekonujące. Duża polecajka ode mnie.