Spotkaliście się kiedyś z taką książką, która była tak piękna, że jej nigdy nie zapomnieliście? „Latarnia uśpionych miłości” właśnie taką dla mnie jest. Ta książka w dziwny sposób złamała mi serce, ale jednocześnie też je ukoiła, a przede wszystkim dużo mi uświadomiła i otworzyła oczy.
Czy jest coś lepszego w książkach, niż to, kiedy pojawia się w nich perspektywa więcej niż jednej postaci? Nie sądzę. Poznanie punktu widzenia drugiego bohatera na daną sytuację, poznanie jego emocji i myśli, to coś niesamowitego. „Latarnia uśpionych miłości” ma aż cztery perspektywy, co nie jest niczym szczególnym, bo już się spotykałam z takim zabiegiem w książkach, ale jest coś, co tę książkę wyróżnia spośród innych. Jedna perspektywa wcale nie należy do… osoby. Dziwne, prawda? Ta książka zawiera perspektywę morza, co jednocześnie jest dziwne, ale też niesamowite i intrygujące. Przyznam szczerze, że rozdziały z punktu widzenia morza są chyba moimi ulubionymi, bo najwięcej mi uświadomiły. Morze gra znaczącą rolę w historii bohaterów, jest świadkiem pierwszych wielkich miłości, pierwszych pocałunków i złamanych serc. Morze obserwuje ludzi, czuje ich emocje, kiedy w nim przebywają, jest obserwatorem, który widzi, jak ludzie komplikują najprostsze sprawy.
Chociaż głównymi bohaterami książki są Enol i Alba, to książka opowiada nam jeszcze jedną historię miłosną, która jest równie piękna, co bolesna. Oprócz perspektywy morza, Enola i Alby mamy też perspektywę dziadka bohaterki. Pelayo, który przeżył już siedemdziesiąt wiosen, choruje i zaczyna tracić pamięć. Jego rozdziały są pisane w trzecioosobowej narracji. Pokazują, jak ważne są wspomnienia i ich pielęgnowanie. Uświadamiają, jak okrutna potrafi być choroba Alzheimera, jaką niemoc czuje człowiek, który usilnie stara się nie zapomnieć o czymś, co wydaje mu się niezwykle ważne.
A teraz wróćmy do Alby i Enola. Ta dwójka zna się od dzieciństwa, kiedyś każde lato spędzali razem. Oni, Nacho i Alonso. Czwórka dzieciaków, których hormony buzowały i którzy spędzali więcej czasu na plaży, niż to prawdopodobnie normalne. Problem w tym, że pięć lat wcześniej Alba złamała Enolowi serce. A może to Enol jej je złamał. Myślę, że najlepszym określeniem będzie powiedzenie, że złamali je sobie wzajemnie. Od tego czasu Alba nie odwiedzała tego urokliwego miejsca z latarnią, jakim jest Varela de Mar. Sytuacja się zmienia, kiedy dziewczyna jedzie zaopiekować się dziadkiem, gdzie unikanie Enola nawet nie wchodzi w grę, bo chłopak i jego rodzina pomagają starszemu mężczyźnie.
Relacja ich jest pełna żalu, niewypowiedzianych słów, smutku, tęsknoty i miliona wspomnień. Kiedy ta dwójka ponownie do siebie dociera, jest tak, jakby ten jeden dzień sprzed pięciu lat nigdy nie miał miejsca. Lubię ich relację, jest taka prawdziwa, komfortowa i podobna do morza, raz spokojna, raz burzliwa i nieprzewidywalna. Uwielbienie i miłość, jakimi Enol darzy Albę, sprawiały, że moje serce się roztapiało z uwielbienia do tego bohatera.
Ta dwójka wydaje się być zupełnie różna. Ona jest pozbawiona hamulców i kontroli, żywa, szczera do bólu, za wszelką cenę dąży do celu, czasami szorstka i nigdy nie owija w bawełnę. On z kolei jest raczej tajemniczy, milczący, inteligentny, bardziej ostrożny, utalentowany i kreatywny. A jednak pasują do siebie idealnie i razem tworzą coś niesamowitego, intymnego, pełnego uczuć.
Ta książka opowiada o tym, że nie zawsze pierwsza miłość jest tą ostatnią, co jest totalnie okej. Pokazuje jednak również, że niektórych pierwsza miłość jest tą, która okazuje się tą na zawsze dopiero po jakimś czasie. Z pewnością przedstawia, że o pierwszej miłości nigdy się nie zapomina, że uczucia, które nam przy niej towarzyszą, potrafią być niebezpieczne, upajające i cholernie intensywne. „Latarnia uśpionych miłości” uświadomiła mi też, aby nie rozkładać przeszłości na czynniki pierwsze i aby cieszyć się teraźniejszością, przeżywać ją. Aby zdobywać nowe doświadczenia, wspomnienia, poznawać ludzi nawet jeśli mają nas rozczarować, bo w końcu wszystko, czego doświadczamy, jest lekcją. Że błędy młodości nie mają takiego znaczenia w obliczu całego życia, które mamy do przeżycia. Aby nie zamartwiać się nad czymś dłużej, niż jest to potrzebne, bo czy w obliczu śmierci to okaże się istotne? Nie sądzę. Z pewnością jest to książka, której nigdy nie zapomnę i będę ją polecała absolutnie każdemu ❤️🩹