Environ un quart d'heure plus tard, je reçois un MMS du sergent Qu, j'agrandis l'image. C'est la note que Mimi a laissée. "Prévenez la police. Ce n'est lié à personne. C'est mon affaire." Une jeune fille s'est suicidée en laissant une note sibylline. Un journaliste débutant propose d'aller enquêter, espérant en tirer un article à sensation. Sa cheffe lui donne cinq jours. Dans ce récit Lu Min brosse un tableau tout en finesse de la société urbaine en Chine aujourd'hui.
Julian Tuwim powiedział: "Żyj tak, aby twoim znajomym zrobiło się nudno, kiedy umrzesz". W tym zdaniu pobrzmiewa bardziej lub mniej uświadomiona potrzeba bycia zauważonym. Przeświadczenie, że dla kogoś się liczymy, jesteśmy ważni, nie zostaniemy zapomniani. Myślałam o tym, czytając prostą i smutną nowelę chińskiej autorki.
Mimi umarła. Sama podjęła tę decyzję, odeszła cicho, zostawiając po sobie... No właśnie - co? Dziennikarz i niespełniony na razie pisarz próbuje odkryć motyw, który popchnął Mimi w objęcia śmierci. Rozmowy z rozwiedzionymi rodzicami dziewczyny, jej chłopakiem, przyjaciółką, paroma innymi osobami, które powinny (teoretycznie) sporo o niej wiedzieć, nie prowadzą do żadnego konkretnego wniosku. Z rozmów wyłaniają się fragmenty, które trudno ułożyć w całość. Każdy coś o niej wie, ale jest to wiedza szczątkowa, ulotna, często wykluczająca się. Dostajemy echo dziewczyny, cień jedynie, a nie osobę, która jeszcze chwilę wcześniej żyła, miała plany, kochała. Wydaje się, że tylko dziennikarzowi zależy na odkryciu prawdy, na poznaniu prawdziwej Mimi. Tyle że ile w tym ludzkiej ciekawości i współczucia, a ile konieczności napisania artykułu, a może i książki? Wszak każda nowa wiadomość jest przez niego ubierana w piękne słowa, niemal doskonale pasujące do kolejnego rozdziału powieści...
Smutno tu. Podczas lektury i po niej zostaje przekonanie, że samotność jest wpisana w naturę ludzką. Przenosimy prawdziwe życie do świata wirtualnego wierząc, że to równorzędny zamiennik. Chyba nie.
„Być może się wydarzyło” to jedna z tych książek, które niby są krótkie i spokojne, ale zostają w głowie na długo.
Historia zaczyna się od samobójstwa młodej dziewczyny, Mimi. Dziennikarz dostaje kilka dni, żeby napisać o niej artykuł i odkryć, dlaczego to zrobiła. I początkowo wydaje się, że będzie to coś w rodzaju śledztwa. Tylko że im dalej w historię, tym bardziej widać, że tutaj nie chodzi o rozwiązanie zagadki.
To bardzie opowieść o samotności, o ludziach, którzy żyją obok siebie, rozmawiają ze sobą przez telefony i komunikatory, ale tak naprawdę w ogóle się nie znają. Strasznie mnie uderzyło to, jak wszyscy wokół Mimi byli zajęci sobą. Niby miała bliskich, znajomych, chłopaka, a jednocześnie była kompletnie sama. Najbardziej poruszające jest to, że autorka nie moralizuje. Nie oskarża technologii ani internetu wprost. Pokazuje raczej subtelny proces rozpadu więzi, rozmowy prowadzone przez komunikatory zastępują spojrzenia, emocje zamieniają się w emotikony.
Chińska codzienność przedstawiona w powieści okazuje się zaskakująco uniwersalna. Ten ciągły pęd, presja sukcesu, życia pod social media i udawanie, że wszystko jest w porządku. Mam wrażenie, że spokojnie mogłaby opowiadać o każdym z nas. O tym, jak łatwo dziś zatracić prawdziwe relacje i jak często człowiek znika po cichu, nawet gdy codziennie jest otoczony ludźmi.
Autorka nie daje prostych odpowiedzi. Nie ma tutaj jednego konkretnego powodu tragedii. Raczej pokazuje, że czasem człowieka niszczą małe rzeczy, obojętność, brak czułości, przemilczenia, poczucie bycia nieważnym.
To nie jest książka pełna akcji ani emocjonalnych wybuchów. Wszystko jest tu bardzo ciche, trochę melancholijne i momentami wręcz przygnębiające. Ale właśnie dlatego działa tak mocno. Po skończeniu miałam w głowie dziwne uczucie pustki i refleksję, jak bardzo współczesny świat potrafi być samotny mimo ciągłego bycia online...
Eteryczna. Cicha w wyrazie. Głęboko poruszająca. Jak chwila zawieszenia między jednym, a drugim oddechem.
Zanurzona w codzienności, która nie krzyczy, lecz powoli ukazuje swoje pęknięcia: drobne, niemal niedostrzegalne, a jednak - zdecydowanie znaczące.
Przesiąknięta refleksją, która nie daje gotowych odpowiedzi. Zostawiającą ślad - subtelny, uporczywy - gdzieś pomiędzy tym, co odczuwalne, a tym, co wciąż nie do końca nazwane.
„Być może się wydarzyło” to opowieść wymykająca się oczywistym ramom. Rozpoczyna się jak próba uchwycenia jednej historii - tragedii młodej kobiety. Pomimo to, szybko odsłania przed Czytelnikiem coś znacznie bardziej złożonego: wielowarstwowy portret rzeczywistości, w której najważniejsze pozostaje niewidoczne na pierwszy rzut oka.
To książka, która prowadzi przez stany - zawieszenia, niedopowiedzenia, ciche pęknięcia w ludzkiej egzystencji. Narracja płynie spokojnie, niemal bezgłośnie, z każdą stroną, prezentując coraz więcej: emocji ukrytych pod powierzchnią, relacji pozbawionych głębi, obecności, które okazują się jedynie złudzeniem.
Dla polskiego czytelnika to także niezwykła możliwość spojrzenia na współczesną, chińską codzienność - dynamiczną, pulsującą, a jednocześnie przejmująco pustą w swym nadmiarze. To świat zawrotnego tempa życia, w którym czas zdaje się nieustannie przyspieszać. Obszar relacji przeniesionych do przestrzeni ekranów. Rozmów prowadzonych bez spojrzeń. Emocji wyrażanych za pomocą znaków. Bliskości, która istnieje bardziej wirtualnie niż naprawdę.
Lu Min, z ponadprzeciętną subtelnością, ukazuje także presję - tę cichą, lecz wszechobecną. Presję pracy, oczekiwań, sukcesu mierzonego wysokością zarobków i tempem kariery. To rzeczywistość wielkich pieniędzy i szybkich awansów, ale też nieustannej niepewności, kruchości pozycji i poczucia, że wszystko może wymknąć się z rąk w jednej chwili.
A pośród tego wszystkiego - samotność. Najbardziej dotkliwa właśnie tam, gdzie pozornie nie ma dla niej miejsca. Wśród ludzi. W tłumie. W otoczeniu znajomych, współpracowników, kontaktów zapisanych w telefonie. Samotność cicha, niemal niewidzialna, a przede wszystkim - wszechogarniająca.
„Być może się wydarzyło” to opowieść pełna kontrastów - między bliskością a oddaleniem, między sukcesem a pustką, między nadzieją a poczuciem utraty. To historia o marzeniach, które nie zawsze znajdują spełnienie. O szansach, które wymykają się niezauważone. O życiu, które toczy się dalej - nawet wtedy, gdy coś w jego wnętrzu, nieodwracalnie pęka.
Ta książka nie daje ukojenia. Nie oferuje prostych odpowiedzi. Pozostawia Czytelnika z ciszą - gęstą od myśli, trudną do zagłuszenia. I być może właśnie dlatego jest tak potrzebna…
Jeśli szukacie literatury, która zmusza do zatrzymania i spojrzenia głębiej - pozwólcie sobie na tę lekturę. To historia, która nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Ona zostaje. W refleksji. W niepokoju. W pamięci.
🌆📱 Być może się wydarzyło autorstwa Lu Min to powieść niezwykle subtelna, a jednocześnie poruszająca do głębi. Już od pierwszych stron autorka wciąga czytelnika w pulsujący rytm wielkiego miasta, gdzie tłum ludzi nie oznacza bliskości, a cisza potrafi być głośniejsza niż krzyk. Historia rozpoczyna się od tragedii młodej kobiety, lecz zamiast prostych odpowiedzi otrzymujemy opowieść pełną niedopowiedzeń, refleksji i emocji ukrytych między słowami. To książka, która nie narzuca interpretacji, lecz zmusza do zatrzymania się i wsłuchania w jej cichy ton. ㅤ 🌆📱 Fabuła rozwija się wokół dziennikarza, który podejmuje się napisania artykułu o śmierci Mimi, mając na to zaledwie kilka dni. Z pozoru jest to klasyczne śledztwo, jednak w rzeczywistości szybko okazuje się, że nie chodzi tu o znalezienie jednej prawdy. Lu Min prowadzi narrację w sposób fragmentaryczny, ukazując różne perspektywy i wspomnienia, które nie zawsze do siebie pasują. Każde spotkanie bohatera z kolejnymi osobami przypomina raczej próbę uchwycenia ulotnego wrażenia niż odkrycie faktu. ㅤ 🌆📱 Najbardziej intrygującym elementem powieści jest postać samej Mimi, która mimo że stanowi centrum wydarzeń, pozostaje nieuchwytna. Im więcej informacji otrzymujemy, tym bardziej rozmyty staje się jej obraz. Lu Min celowo unika jednoznaczności, pokazując, jak bardzo nasze postrzeganie drugiego człowieka zależy od perspektywy i własnych doświadczeń. Mimi staje się symbolem wszystkich tych, których życie toczy się obok nas, a których nigdy naprawdę nie poznajemy.
🌆📱 Ogromną rolę odgrywa tutaj również tło społeczne i kulturowe. Autorka kreśli obraz świata zdominowanego przez technologię i media, gdzie relacje często ograniczają się do powierzchownych interakcji. W tym cyfrowym zgiełku łatwo zgubić prawdziwe emocje, a jeszcze łatwiej przeoczyć czyjś ból. Lu Min w niezwykle wyważony sposób pokazuje presję, jaka ciąży na współczesnym człowieku, szczególnie na młodym pokoleniu, które funkcjonuje pod nieustanną obserwacją. ㅤ 🌆📱 Styl pisarski autorki zasługuje na szczególne wyróżnienie. Narracja jest spokojna, niemal mistyczna w swojej narracji, pełna metafor i obrazów, które pozostają w pamięci na długo po zakończeniu lektury. Lu Min nie spieszy się z opowieścią, pozwala jej płynąć własnym rytmem, dzięki czemu czytelnik ma czas, by zanurzyć się w refleksji. To literatura, która bardziej szepcze niż krzyczy, ale właśnie przez to trafia znacznie głębiej. ㅤ 🌆📱 Być może się wydarzyło to książka wymagająca uważności i otwartości, ale jednocześnie niezwykle wartościowa. Lu Min nie daje gotowych odpowiedzi, pozostawiając czytelnika z pytaniami, które długo nie pozwalają o sobie zapomnieć. To opowieść o samotności, niezrozumieniu i potrzebie prawdziwego kontaktu, która rezonuje z realiami współczesnego świata. Trudno przejść obok niej obojętnie, bo jej siła tkwi właśnie w tym, co niewypowiedziane.
Różne są rodzaje samotności. Jest najbardziej powszechna samotność opuszczenia, izolacji, dosłownie bycia samemu. Ale jest też samotność, która nazwę sobie "samotnością przytłoczenia" wielością ludzkich istnień dokoła. Kiedy ludzi jest tak wielu, że zalewają jak ożywione tsunami, co wywołuje lęk przed byciem stłamszonym, pożartym przez masę. Lęk przed kontaktem z zimną obcością, obojętnością tłumu. Takie uczucia wywoływała we mnie ta chińska powieść. Najludniejsze państwo świata przeniosło interakcje społeczne w dużej mierze do Internetu, co zintensyfikowało wśród najwrażliwszych jednostek stany przygnębienia i alienacji. O takim współczesnym świecie z presją wywoływaną przez media społecznościowe, konieczność sprostania wielu nierealistycznym internetowym standardom, pogonią za chwilową sławą, tanią popularnością i monetyzowaniem wszystkiego, w tym intymnych, dramatycznych przeżyć mówi ten krótki utwór.
Dziennikarz trafia na temat tajemniczego samobójstwa pewnej dziewczyny. Dostrzega w nim "klikbajtowy" potencjał i w ciągu pięciu dni próbuje odkryć przyczynę jej śmierci i napisać artykuł, który zrobi kilka milionów odsłon. Spotyka się z matką, ojcem, chłopakiem samobójczyni, ochroniarzem, który pierwszy znalazł jej ciało. Prowadzi długie internetowe rozmowy z jej współlokatorką i rzekomą przyjaciółką. Z każdym dniem jest coraz bardziej sfrustrowany, bo czas mu się kończy, a nie dociera do niczego spektakularnego, co miałoby szansę stać się viralem...
To nie jest kryminał, więc nie rozwiązanie "zagadki" jest tu kluczowe. Taki punkt wyjścia daje pisarce możliwość ukazania szerokiego spektrum współczesnego chińskiego społeczeństwa, jego bolączek i udręk.
Trudne, nierozwiązane problemy w relacjach, przemilczenia, duszenie wielu rzeczy w sobie. Chłód, brak czułości, zainteresowania i zaangażowania, nieumiejętność zbliżenia z innymi, fasadowość i dbanie o piękne pozory. Znudzenie i niezrozumienie. Jednocześnie mocno rozwinięty egocentryzm, skupienie na sobie, podkręcone poprzez lansowanie się w mediach społecznościowych. Jak nieco żenujący znak czasu (właściwie większość osób, z którymi rozmawia dziennikarz pytając o dziewczynę, stara się przekierować jego uwagę na siebie, opowiada o sobie). Lustro, w którym może się przejrzeć dzisiejszy człowiek.
Szybko staje się widoczne, że dziennikarz zaczyna mieć do tej sprawy szczególny stosunek. Coś poza odczuwanym przez niego wewnętrznym przymusem opublikowania masowo szerowanego artykułu. Pewien rodzaj obsesji. Tak jakby w jakimś stopniu utożsamił się z nieżyjącą. On również jest samotny, odłączony, pozbawiony więzi z rodziną.
Codzienność, która wyłania się z tej powieści jest tak dołująca, zatrważająca, nieprzyjazna, podbijająca lęki i fobie, że wydaje się sama w sobie móc stanowić przyczynę samobójstwa. Dziennikarz szuka kontrowersji i hardkoru, mięsa i krwi. Przesłanie tej historii jest jednak takie, że to same w sobie zwykłe prozaiczne nagromadzone wydarzenia mogą być wystarczająco śmiercionośne.
Mała powieść bogata w rozliczne sensy. Melancholijnie smutna historia o przytłoczeniu współczesnym życiem.
Dziękuję wydawnictwu Znak Literanova za egzemplarz recenzencki.
W świecie, który pulsuje światłem ekranów jak neonowe serce nocnej metropolii, książka „Być może się wydarzyło” Lu Min brzmi jak cichy dźwięk dzwonka zawieszonego na wietrze — ledwo słyszalny, a jednak niemożliwy do zignorowania.
To nie jest opowieść, która krzyczy. Ona szepcze.
Historia Mimi zaczyna się od końca — od gestu ostatecznego, który w zachodniej narracji domagałby się wyjaśnienia, przyczyny, winy. Jednak Lu Min nie prowadzi nas ścieżką prostych odpowiedzi. Zamiast tego rozkłada przed nami mozaikę spojrzeń, fragmentów, półprawd. Jak w klasycznej estetyce wschodu — sens nie tkwi w centrum, lecz w przestrzeni pomiędzy.
Dziennikarz, który dostaje pięć dni na rozwikłanie tajemnicy śmierci Mimi, przypomina bardziej pielgrzyma niż śledczego. Każda rozmowa jest jak zatrzymanie się przy kamieniu na górskiej ścieżce — pozornie nieistotnym, a jednak koniecznym, by iść dalej. Spotyka ludzi, którzy znali Mimi… albo tylko wydawało im się, że ją znali. Ich słowa są jak odbicia w wodzie — poruszone, niepewne, nigdy w pełni prawdziwe.
Najbardziej przejmujące jest to, że sama Mimi pozostaje nieuchwytna. Jej obecność przypomina cień za papierową ścianą — widoczny, lecz nie do uchwycenia. Im więcej o niej słyszymy, tym mniej ją rozumiemy. I może właśnie w tym tkwi sedno tej historii.
Lu Min tworzy opowieść o samotności, która nie jest brakiem ludzi, lecz brakiem prawdziwego spotkania. W świecie, gdzie relacje przypominają szybkie dotknięcia ekranów, bliskość staje się iluzją, a emocje — filtrowanym obrazem. Bohaterowie funkcjonują obok siebie, nie ze sobą. Mówią, ale nie słuchają. Patrzą, ale nie widzą.
Narracja zwalnia wraz z upływem stron, jak oddech w medytacji. Z pozornego śledztwa wyłania się coś znacznie głębszego — refleksja nad współczesnym istnieniem. Nad presją, która nie ma twarzy, ale przygniata jak ciężkie, wilgotne powietrze przed burzą. Nad pokoleniem, które nauczyło się żyć „na pokaz”, zapominając, jak być naprawdę.
Zakończenie nie przynosi ukojenia. Nie zamyka drzwi. Raczej uchyla je lekko, pozostawiając nas w półcieniu niedopowiedzenia. W duchu azjatyckiej filozofii — odpowiedź nie jest dana, bo być może nigdy nie była najważniejsza.
Bo czy można naprawdę zrozumieć czyjś ból?
„Być może się wydarzyło” nie jest książką, którą się kończy. To książka, która zostaje — jak echo kroków na pustej ulicy, jak pytanie, które nie chce ucichnąć.
I być może właśnie dlatego jest tak potrzebna!
Dziękuję za zaufanie i egzemplarz do recenzji od wydawnictwa @znak_literanova @wydawnictwoznakpl (współpraca reklamowa) 🩷.
[Współpraca z wydawnictwem Znak Literanova] Czy książka, żeby poruszać, musi mieć słuszne rozmiary? Czy głębię można poczuć nawet w krótkiej historii?
Lu Min udowadnia, że siła tkwi w prostocie. Przedstawiona historia jest niepozorna i zmierza w nieco innym kierunku, niż czytelnik początkowo może się spodziewać.
Młoda Chinka popełnia samobójstwo w mieszkaniu swojego ojca. Dziennikarz dostaje pięć dni na napisanie poruszającego artykułu, który ma szansę stać się najważniejszym tekstem w jego życiu. Można powiedzieć, że od tego zależy jego kariera.
Mężczyzna rozpoczyna śledztwo. Jego celem jest dotarcie do motywów Mimi. Każdego dnia rozmawia z kolejnymi bliskimi jej osobami, mając nadzieję na rozwiązanie tej sprawy.
Jednocześnie otrzymujemy obraz zagubionej młodej kobiety oraz samotnego młodego mężczyzny, pochłoniętego wspinaniem się po szczeblach kariery.
Dużą rolę odgrywa tutaj pewna aplikacja, niezwykle popularna w Chinach. Wiele rozmów, które mogłyby odbyć się twarzą w twarz, toczy się online, dając jedynie złudne poczucie wspólnoty.
W książce ukazane zostają uniwersalne prawdy — samotność skrywana pod pozorem internetowych relacji, presja zawodowa, by być najlepszym, oraz potrzeba zauważenia przez drugiego człowieka.
Zabierając się za lekturę, byłam przekonana, że historia będzie miała na celu odkrycie motywu Mimi, że będzie swoistym kryminałem. Okazuje się jednak, że to przede wszystkim opowieść o dziennikarzu. To również krzyk o pomoc całego pokolenia wychowywanego w świecie ekranów.
To historia o samotności w tłumie, o depresji i o tym, jak mało znacząca bywa jednostka. Jak łatwo ukryć swoje problemy pośród innych i jak łatwo powoli znikać, niezauważenie.
Co ciekawe, książka jest nowelą — formą literacką, po którą dziś sięga się rzadziej. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam coś napisanego właśnie w tej formie.
Autorka pisze prostym językiem — zwięźle, lecz jednocześnie angażująco. Postacie, choć nie poznajemy ich dogłębnie, stają się nam bliskie.
Autorka to jedna z poczytniejszych chińskich pisarek, a "Być może się wydarzyło" jest pierwszą jej książką przetłumaczoną na język polski. Mam nadzieję, że nie ostatnią.
Początkowo byłam trochę zawiedziona zakończeniem. Jest ono w pewnym sensie otwarte i nie odpowiada na wszystkie nurtujące pytania. Kiedy jednak odetchnęłam chwilę po lekturze, dostrzegłam w nim refleksyjność, niedopowiedzenie i przestrzeń do własnych interpretacji.
To jedna z tych niepozornych książek, które po skończeniu zostają w głowie na długo. Czy znacie historie, które mimo niewielkiej objętości uderzyły Was najmocniej?
? Zastanawialiście się ile czasu poświęcacie na słuchanie drugiej osoby, a ile na pozostałe czynności? Ja mocno zaczęłam się zastanawiać po lekturze #byćmożesięwydarzyło , czy nie zatracamy się obecnie w technologii, tym co ulotne, a zapominamy o tym co istotne. Otwieracie tą opowieść i już pierwszy akapit zatrzymuje oddech. Wstrząsa. Szokuje. Przyciąga jak rana, od której nie da się odwrócić wzroku.
Młoda dziewczyna odbiera sobie życie. Zostawia po sobie kartkę A4. Kilka zdań. Kilka skreślonych słów. „Odchodzę. Nikt nie zawinił”.
I nagle wszyscy próbują zrozumieć. Dlaczego? Czy to rozpad rodziny? Ale przecież to było dawno. Czy pieniądze? Ale rodzice pomagali. Czy samotność? Ale przecież miała ludzi wokół. Czy miłość? A może tylko relacja, która nigdy nie stała się bliskością?
Pięć dni.
Tyle czasu dostajemy, by wejść w jej świat. W jej ciszę. W jej pęknięcia. W miejsca, których nikt wcześniej nie chciał zauważyć.
Lu Min pisze o współczesnych Chinach, ale tak naprawdę pisze o nas wszystkich. O świecie, który biegnie. Bez tchu. Bez zatrzymania. Bez pytania: „Jak naprawdę się masz?”.
Ludzie są obok siebie, ale nie razem. Bliscy tylko z nazwy. Mentalnie odlegli jak planety. Jest praca. Technologia. Ambicja. Nauka. Plany. Szybkie spotkania. Cele. Kolejne powiadomienia. Klik.
A godzina rozmowy z drugim człowiekiem zaczyna wydawać się luksusem. Albo stratą czasu.
To książka o samotności w tłumie. O egoizmie, który czasem nie wygląda jak okrucieństwo, tylko jak zajętość. O wyobcowaniu. O emocjonalnym głodzie. O świecie, w którym wszystko musimy „ogarnąć”, ale coraz mniej umiemy poczuć.
Lu Min nie tworzy dystopii. Nie straszy przyszłością. Ona pokazuje teraźniejszość. Tę, w której chorych się mija. Samotnych się nie zauważa. Zagubionych się nie słyszy. A śmierć też zdarza się w pośpiechu.
„Być może się wydarzyło” to krótka książka, ale zostaje długo. Jak uderzenie. Jak pytanie. Jak wyrzut sumienia.
Bo po lekturze trudno nie zapytać: Dokąd właściwie pędzimy? Po co? I ilu ludzi gubimy po drodze?
Gorąco polecam. To jedna z tych książek, które nie krzyczą. One po prostu kładą dłoń na ramieniu i mówią: ZATRZYMAJ SIĘ!
czasem nie da się objąć słów, gdy ktoś odchodzi za wcześnie czasem życie zostaje bez snów, gdy coś kłuje boleśnie zanim czas rozpadnie się znów i ciszę przywlecze zanim świat obok przebiegnie najważniejsze słowa odepchnie
coś tu pękło pokruszyło się coś w gruzach legło jak rozmowa w połowie oddechu przerwana jak niepamięć w cieniu duszy schowana tyle pytań bez odpowiedzi tyle twarzy bez pamięci to życie obok siebie mijanie się w potrzebie
nikt jej nie usłyszał nikt jeszcze wczoraj tu była jeszcze przecież nie odchodzi się ot tak, bez powodu nie zamyka na wieczność oczu może to niezatrzymane spojrzenia słowa niewypowiedziane może to myśli niedokończenia łzy niewypłakane
odrobinę dłużej niech trwa spojrzenie na drugiego człowieka być może nie będzie już później zostanie tylko udręka
To nie czas na odchodzenie. Jeszcze nie czas. Przecież to młodość. Wszystko przed. Tyle dni. Piękne sny. Mogły być. Mogły w niej żyć. A teraz tylko życie przerwane. Z własnej woli. Gdy ktoś odchodzi, nic wokół nie zastyga. Czas dalej płynie. Odmierza komuś godziny. Czeka na momenty. Po niej zostawił tylko ciszę. Tylko kilka słów na kartce. Tyle po niej zostało. I cisza otoczona pytaniami. Dlaczego odeszła? Co ją popchnęło do tego, że zabrała sobie to, co miała najcenniejsze?
W pośpiechu oddechy łapane. Presja. Zagubienie w pędzie życia. Omijanie siebie. Niedotykanie chwil, a zaledwie muskanie. Ulotność dostrzegania. Chińskie realia. Ale śmiem twierdzić, że to już cały świat. Jak zaraza rozpanoszyła się ta smutna rzeczowość. Wszystko, co najważniejsze przemyka obok. Nieuchronnie znika. Człowiek stoi pośród tłumów, a nikt go nie zauważa. Woła, a nikt go nie słyszy. I ta samotność. Nieskończona powierniczka zamkniętej duszy.
Wypełniły mnie słowa tej książki czymś, co można dostrzec dopiero wtedy, gdy spojrzy się głębiej. To nie emocje podane na tacy. To emocje ukryte pod spodem. Warto się wysilić i na nie spojrzeć. Nie każde słowa potrzebują intensywności. Niektóre potrzebują spokoju. Polecam.
Q: Czytaliście lub macie w planach literaturę azjatycką?
To moje drugie (bądź trzecie) podejście do literatury azjatyckiej. Za pierwszym razem było średnio udane, ale tym razem już od początku coś mnie wciągnęło. To ciekawe połączenie prozy, nowelki i trochę kryminału, osadzone w Chinach. Historia opowiada o samotności, presji pod filtrami i pokoleniu żyjącym w świecie ekranów. O ludziach, którzy w tym całym zgiełku próbują znaleźć bliskość. O ludziach, którzy krzyczą o pomoc w ciszy i zamykają się w popularnej tam aplikacji WeChat.
Ten temat mocno do mnie trafia. Jeszcze niedawno potrafiłam przescrollować cały dzień, a teraz coraz bardziej staram się żyć spokojniej i bardziej „tu i teraz”.
Poznajemy Mimi, a właściwie historię wokół niej. Po jej samobójstwie dziennikarz dostaje pięć dni na napisanie artykułu, który może zmienić jego życie. Rozmawia z jej rodzicami, ochroniarzem z osiedla, na którym mieszkała, i jej przyjaciółką. Próbuje zrozumieć, co doprowadziło ją do tej decyzji.
Książka jest krótka, ma niespełna 200 stron, więc jest idealna na wieczór albo weekend. Podeszłam do niej bez większych oczekiwań, bo rzadko sięgam po takie klimaty, ale naprawdę mi się spodobała. To pierwsza książka tej autorki wydana po polsku i mimo że styl momentami był dla mnie niezrozumiały, to bardzo mi podszedł.
Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić, to zakończenie. Zostawiło mnie z wieloma pytaniami, niewyjaśnionymi tajemnicami i poczuciem takiego niedomknięcia.
Ta książka nie będzie dla każdego, ale myślę, że znajdzie swoich odbiorców. A jeśli lubisz azjatyckie historie z nutą kryminału, osadzone w erze mediów społecznościowych, to warto po nią sięgnąć.
To jedna z tych książek, które nie opowiadają historii wprost, tylko raczej prowadzą czytelnika przez emocje i niedopowiedzenia. Już od pierwszych stron czuć spokojny, lekko niepokojący klimat. Autorka nie spieszy się z opowieścią i bardziej interesuje ją to, co bohaterowie czują i pamiętają, niż sama akcja. W centrum fabuły jest pewne wydarzenie z przeszłości, które nigdy nie zostaje jasno wyjaśnione. Do jego odtworzenia próbuje podejść dziennikarz, który zaczyna zbierać różne relacje i wersje tej samej historii. Każda z nich brzmi inaczej. Jedni coś dopowiadają, inni pomijają, jeszcze inni widzą wszystko zupełnie inaczej. Ten wątek dziennikarski jest bardzo ciekawy, bo daje wrażenie, że jesteśmy blisko prawdy, a jednocześnie ona cały czas się wymyka. Zamiast jednego rozwiązania dostajemy kilka możliwych wersji i żadnej pewności. Im dalej w książkę, tym bardziej widać, że nie chodzi tylko o samo wydarzenie, ale o ludzi i ich samotność. Bohaterowie żyją obok siebie, ale trudno im się naprawdę porozumieć. I tu pojawia się ciekawy motyw współczesności. W tle przewija się internet i to, jak wpływa na relacje. Z jednej strony daje kontakt, z drugiej pogłębia dystans. Ludzie są ciągle połączeni, a jednak coraz bardziej samotni. Autorka pokazuje to bez moralizowania, raczej przez drobne sytuacje i zachowania postaci. Dużą część tej książki tworzy nastroój. Jest w niej coś cichego i melancholijnego. Wszystko wydaje się trochę rozmyte, jak wspomnienie, które nie chce się ułożyć w całość. Relacje między bohaterami są pełne napięcia, ale podane bardzo subtelnie, bez wielkich dramatów. Styl jest prosty i oszczędny. Dużo rzeczy jest tylko zasugerowanych, więc trzeba czytać uważnie. Dzięki temu książka zostawia sporo miejsca na własne przemyślenia. „Być może się wydarzyło” zdecydowanie warto sprawdzić jeśli chcesz poczytać o samotności we współczesnym świecie.
Książka zaczyna się naprawdę intrygująco. Gdy Mimi popełnia samobójstwo, dziennikarz postanawia dowiedzieć się, co mogło ją do tego doprowadzić i czy rzeczywiście był to wyłącznie jej wybór. Motywacja jest podwójna chce poznać prawdę, ale też stworzyć artykuł, który przyciągnie miliony czytelników. Dostaje na to 5 dni i cały czas czujemy ten przelatujący czas i zmagania by się czegoś dowiedzieć. Im bardziej zagłębia się w życie dziewczyny, tym bardziej zaskakuje go obojętność ludzi, którzy byli jej najbliżej. Ojciec, który nigdy nie potrafił znaleźć z nią wspólnego języka. Matka, która nie powiedziała nikomu o jej śmierci. Współlokatorka aktywna w social mediach, ale milcząca w obliczu tragedii. Chłopak, który po wszystkim usuwa zdjęcia, jakby próbował wymazać jej obecność. To wszystko buduje atmosferę tajemnicy i sprawia, że czytelnik zaczyna szukać drugiego dna. Brzmi jak historia z dużym potencjałem i właśnie takie miałam odczucia na początku. Czytając, można odnieść wrażenie, że za śmiercią Mimi kryje się coś więcej niż samotność. Pojawia się też ciekawy wątek współlokatora dziennikarza, który pokazuje, jak łatwo ukrywać depresję i jak niezauważalnie może ona dotknąć każdego. Szkoda tylko, że ten temat nie został mocniej rozwinięty. Mam poczucie, że książka się skończyła, a zabrakło tu jakiegoś podsumowania, refleksyjnej myśli o cybernetycznym świecie, który zabiera prawdziwe relacje. O tym, że można mieć wszystko z perspektywy innych, a jednocześnie czując się całkowicie samotnym. Historia zostawia czytelnika z pustką i niekoniecznie w tym dobrym, refleksyjnym znaczeniu. Moim zdaniem to książka z potencjałem, wciągała czytelnika i ciekawiła, ale niestety tego potencjału nie wykorzystała, zostawiła czytelnika z pustką, a trochę szkoda. Ocena 5/10
Powieść, z elementami kryminału,, która zaczyna się jak klasyczne śledztwo, a szybko okazuje się czymś więcej.
Towarzyszymy dziennikarzowi próbującemu napisać artykuł o tragedii młodej kobiety. Rozmawia z jej bliskimi, krąży po miejscach, które coś po sobie zostawiły, i próbuje zrozumieć, co właściwie mogło się wydarzyć.
Fabuła jest zwięzła, tempo szybkie, zdania krótkie, a bohaterowie pojawiają się tylko na tyle, na ile są potrzebni, by popchnąć historię dalej. Rozbudowany portret psychologiczny dostałam tylko w kontekście głównego bohatera, i przyznam, że zabrakło mi szerszego kontekstu innych postaci. Jednocześnie wiem, że nie obyłoby się to bez wpływu na wydźwięk całokształtu.
W tle wybrzmiewa mroczniejsze, bardzo współczesne spojrzenie na to, z czym mierzą się młodzi ludzie w Chinach: presja, codzienność, media, poczucie przytłoczenia. Bardzo podoba mi się pomysł, by na końcu oddać głos tłumaczce.
Ma w sobie coś niepokojącego, dusznego, ale nie przytłacza nadmiernie podczas lektury. Są tu refleksje, (choć nie tak liczne jak się spodziewałam w tym gatunku) które zostają w głowie.
Zaskoczyła mnie formą, bo to literatura piękna, ale w innym wydaniu niż to, do którego przyzwyczaili mnie polscy autorzy. Bardzo szybko się ją czyta, a jednocześnie atmosfera niepokoju trzyma do ostatniej strony.
Kolejne krótkie sceny są czasem przewrotne, czasem czułe, innym razem tworzące duszny klimat.
Jest zwarta, nieoczywista, niosąca więcej znaków zapytania niż odpowiedzi i zostawiająca z poczuciem, że pod prostą fabułą kryje się coś znacznie głębszego o świecie, w którym dominują presja i samotność.
„Być może się wydarzyło” od Lu Min (Wydawnictwo Znak Literanova)
Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.
Młoda kobieta o imieniu Mimi popełnia samobójstwo. Dziennikarz ma pięć dni, by napisać o tym najważniejszy artykuł w swojej karierze, co prowadzi go do śledztwa w świecie cyfrowym i poszukiwania autentycznych relacji oraz emocji wśród nowoczesnej, anonimowej rzeczywistości.
Nie czytałem zbyt wielu książek literatury chińskiej - tylko pojedyncze pozycje - ale ta okazała się dla mnie z nich wszystkich najważniejsza i najlepsza. Już od pierwszej zapowiedzi byłem ciekawy „Być może się wydarzyło”, więc gdy tylko dostałem propozycję współpracy od wydawnictwa, nie czekałem ani chwili i od razu się zgłosiłem. Polski debiut Min okazał się lekturą, o którą nikt nie pytał, a każdy potrzebował - tworząc przy tym smutny obraz współczesnego społeczeństwa. Domyślam się, że podobne zjawiska są także w Polsce, choć może jeszcze nie na tak dużą skalę.
„Być może się wydarzyło” opowiada o samotności wśród tłumu - o uczuciu, gdy żyjesz w centrum miasta, gdzie codziennie przewijają się setki ludzi, ale wszyscy są ci bardziej obcy niż ktokolwiek inny. Powieść pochłonąłem w jeden dzień, rozmyślając o naturze społeczeństwa, o tym, dokąd to wszystko zmierza i jak z tym walczyć. Byłem w Chinach i dobrze czułem się wśród tłumu - gdzie się nie obejrzałem, było naprawdę wielu ludzi, ale jednocześnie zachowana była prywatność. Nie wiem, jak czułbym się, mieszkając tam całe życie - to wykracza już poza granice mojej wyobraźni. Niemniej poruszane w książce problemy są mi bliskie nie tylko lokalnie, ale i w szerszym azjatyckim kontekście, w którym wirtualnie żyję na co dzień.
Lu Min swoim polskim debiutem zrobiła na mnie ogromne wrażenie - szczególnie sceną z krzesłem. Scena rozmowy ze starszym panem zostawiła ślad w mojej psychice. Było to krzesło, na które przychodzili ludzie, by chociaż przez chwilę nie być sami - żeby po prostu z kimś pobyć. Ten starszy pan jako jeden z niewielu w książce naprawdę obserwował ludzi wokół, nie traktując ich jak duchy. Wzruszyła mnie ta scena. Dodatkowej głębi nadało dla mnie otwarte zakończenie - sprawiło, że świat książki nadal istnieje, nawet gdy czytelnik go nie śledzi. Obudziło to we mnie potrzebę rozmowy z innymi i omówienia zakończenia oraz związanych z nim refleksji.
„Być może się wydarzyło” to świetny start przygody z literaturą chińską. Książka jest raczej skierowana do dojrzalszych czytelników, ponieważ wymaga większej meta-analizy i czytania między wierszami. Niemniej styl jest prosty i przystępny. Ja spędziłem z nią bardzo dobry czas - a historia (zwłaszcza scena z krzesłem) zostanie ze mną na bardzo długo. Właśnie dla takich momentów warto czytać książki.
Być może się wydarzyło Autorka: Lu Min Wydawnictwo: Znak Literanova *współpraca recenzencka* Q: Czy samotność to plaga naszych czasów? Samotny dziennikarz zajmuje się sprawdza samobójstwa młodej dziewczyny Mimi. Zaczyna swoje śledztwo aby dowiedzieć się dlaczego to zrobiła. Dostaje na napisanie artykułu pięć dni. Czy uda mu się poznać prawdę? ~~ Jest to krótka, ale ciekawa książka. Ukazuje problemy nie tylko chińskiego społeczeństwa ale myślę, że wszędzie mamy takie problemy, gdzie młodzi ludzie odbierają sobie życie . Pozornie mając wszystko, możemy nie mieć nic. Samotność, mimo życia z przyjaciółmi, słabe relacje z rodziną, niespełniona miłość. Wiele może być sytuacji, które łamią nas i doprowadzają do skrajności. Jezeli lubicie nieco głębsze rozmyślenia po przeczytaniu książki, które pozostawia niedopowiedzenia i miejsce na własną interpretację to może to być pozycja dla was. Dla mnie to mocne 9/10.
Literatura azjatycka jest dla mnie naprawdę wyjątkowa i każde spotkanie z nią wiąże się z wieloma emocjami. W dynamicznej chińskiej metropolii, która nigdy nie śpi, a samotność nieustannie krąży pośród tłumu, młoda kobieta Mimi odbiera sobie życie. Pewien dziennikarz dostaje pięć dni na napisanie najważniejszego artykułu w swojej karierze. Śmierć dziewczyny staje się początkiem śledztwa, które prowadzi go do samego środka cyfrowego świata, w którym ludzie desperacko próbują odnaleźć prawdziwe relacje i emocje.
To naprawdę niewielka książka, jednak skrywa w sobie zaskakująco dużo treści. Całość utrzymana jest w bardzo reporterskim klimacie, co idealnie współgra z fabułą. Główny bohater, młody dziennikarz, próbuje zrozumieć, dlaczego Mimi zdecydowała się odebrać sobie życie. Odnajduje osoby z jej otoczenia i zadaje im pytania, próbując odtworzyć obraz dziewczyny oraz wydarzeń, które doprowadziły do tragedii.
Najbardziej uderzyła mnie wszechobecna obojętność bohaterów. Bliscy Mimi sprawiają wrażenie, jakby jej śmierć nie wywołała w nich większych emocji. Nikt nie próbuje naprawdę zrozumieć, co doprowadziło ją do tak desperackiego kroku. Każdy opisuje ją inaczej, co świetnie pokazuje, jak bardzo różnimy się w oczach innych ludzi i jak często zakładamy maski, by ukryć swoje prawdziwe emocje.
Miałam wrażenie, że niemal każda postać skupiona jest wyłącznie na sobie, a sama tragedia schodzi na dalszy plan. Dziennikarz stara się uporządkować wszystkie informacje i stworzyć prawdziwy obraz Mimi, jednak okazuje się to niezwykle trudnym zadaniem. Śledzenie jego pracy było bardzo angażujące, szczególnie że autorka świetnie buduje napięcie i unika przesadnego dramatyzmu. Zamiast tego stawia na niedopowiedzenia, które zmuszają czytelnika do refleksji i własnej interpretacji wydarzeń.
To naprawdę wyjątkowa i niecodzienna historia. Pozostawia po sobie wiele pytań dotyczących życia, samotności i śmierci. Ogromnie mnie poruszyła i mimo swojej niewielkiej objętości okazała się książką wartą każdej minuty spędzonej z lekturą.
4.5 ⭐️ Quand la curiosité paie ! Après avoir lu la 4e, je m’attendais à une espèce de polar. Finalement, on tire plutôt sur l’enquête journalistique. Le protagoniste a 5 jours pour rédiger son article sur le su!c!de de Mimi. Le compte à rebours commence et au fur et à mesure de ses rencontres, c’est toute la société contemporaine chinoise qui est dépeinte. En parallèle, le récit soulève des questions tels que le sens que l’on donne à sa vie, ce qu’on pense savoir de nos proches. Et j’ai trouvé intéressant cette question sous-jacente : doit-on nécessairement justifier le su!c!de de quelqu’un ? N’est-ce finalement pas quelque chose de très personnel ? Comme a dit Mimi : « C’est mon affaire. » Bref ! Une bonne découverte !
Krótka książka chińskiej autorki, choć do przeczytania w jeden wieczór, pozostaje w pamięci na dłużej. Opowiada o samotności i świecie, w którym granica między rzeczywistością a wirtualnością coraz bardziej się zaciera.
Główny bohater, dziennikarz, prowadzi śledztwo w sprawie zaginięcia Mimi. Poznaje ją poprzez rozmowy z jej bliskimi, kierowany nie tylko chęcią odkrycia prawdy, ale i zawodową ambicją.