Podeszłam do czytania z otwartym umysłem, ale bez wielkich nadziei. Na początku miejsce ma rekonstrukcja wydarzeń i kiedy czytałam o statkach, wpływających do portów na imponującej architektonicznie wyspie, przestraszyłam się, że to zwykła fantastyka, a liczyłam na konkretne, rzeczowe dowody. No i na szczęście się nie zawiodłam, autor w późniejszych rozdziałach zasypuje czytelnika argumentami z dziedzin geografii, geologii, archeologii, astronomii i oceanografii, odnosząc się do wielu pozycji i cytując różnych naukowców. Książka zawiera prawie 13 stron przypisów i jest to dobry znak, no ale, jako że nie posiadam dostatecznej wiedzy z wymienionych dziedzin, należy mieć na uwadze, że w sumie wiele możnaby mi wmówić i brzmiałoby to przekonująco. A to właśnie ma do siebie ta książka. Brzmi bardzo przekonująco i czyta się z zaciekawieniem, choć nagromadzenie specjalistycznej terminologii oraz nazw własnych pochodzących z przeróżnych części świata bywało czasem nużące.
Najbardziej interesującym i zaskakującym fragmentem książki zdecydowanie było przytoczenie i porównanie mitów o potopie. Jak zauważa autor, na całym świecie, w niezależnych od siebie miejscach, w kulturach, które nie powinny mieć ze sobą żadnej styczności, wciąż przewija się bardzo podobna historia o katastrofie, która rozpoczęła się upadkiem meteorytu, wywołującego pożary i trzęsienia ziemi, a zakończyła potopem. W każdej z nich pojawia się również wątek ocalałych ludzi, którzy dotarli do przodków plemion, zamieszkujących dany teren i opowiedzieli historię swojej ojczystej wyspy pochłoniętej przez ocean. Taki zbieg okoliczności działa na wyobraźnię.
Książce udało się mnie przekonać, że gdzieś na Atlantyku pod metrami mułu mogą znajdować się pozostałości po cywilizacji, która zniknęła z mapy świata przez reakcję łańcuchową katastrof naturalnych, a to w sumie najlepsze, co mogę o niej powiedzieć.