Język to u Żulczyka wszystko. Może i jest śmiesznie, może jest zabawnie, kinowo niemal. Jak w prozie Doroty Masłowskiej – dużo przekleństw, dużo zlepków, dużo form mutujących w ustach postaci, które je tworzą. Dialogi czytają się same, ale spomiędzy słów wypływa smutek i poczucie narastającej beznadziei. Dla Jakuba Żulczyka język to narzędzie, a przekaz każdego zdania jest precyzyjny. I tnie jak ostrze. Nawet nieśmieszny żart Daria, czy jego CAPSLOKOWE wywrzaski. W tej powieści słowa są utytłane i polepione – potrzebne, by Warszawa i jej światki-półświatki stanęli nam przed oczami w całej swojej krasie.
Wreszcie – pandemia. Choroba, która jest jak odbicie schorowanego społeczeństwa, schorowanego systemu i ich ofiary – schorowanego miasta. Gorycz tamtego wspomnienia, czasu, którego nikt nie chce pamiętać, a który jest tu i teraz dla bohaterów powieści. W obliczu światowego kryzysu wszystkie kryzysy pomniejsze powinny stracić na znaczeniu. A Jakub Żulczyk paradoksalnie naświetla je, wyostrza, przybliża. Narkomania, prostytucja nieletnich, nietolerancja i homofobia, korupcja i handel narkotykami, polityka. Kłamstwa. Przemoc. Świat za woalem noir. „Dawno temu w warszawie” to jak satyra na okrucieństwo, która sama w sobie jest okrutna.
Nie jestem pewna, czy na twórczość Jakuba Żulczyka można być przygotowanym. Niby wiem, po czyją prozę sięgam, ale to zawsze jest jakiś cios, zawsze zaskoczenie, błysk prosto w oczy. Dla tych, co zapytają o kontynuację – chociaż „Dawno temu w Warszawie” nie istnieje w oderwaniu od „Ślepnąc od świateł”, to można wejść do tej rzeczywistości od tej właśnie strony, od szarego końca. A potem zobaczyć, jak to wszystko się kiedyś zaczęło. To na pewno jest już inna opowieść i Jakub Żulczyk też jest inny. Co nie znaczy, że nie satysfakcjonujący.