Zarówno zachwyca, jak i nie powinna zachwycać. Nie ukrywam, że „Imię róży” Umberto Eco to książka, która mnie fascynowała i męczyła, gdy byłam nastolatką. Wieczna ambiwalencja. Podziwiam, chcę czytać, opowiadać o tej historii młodym ludziom, by sami się przekonali, jak na nich wpływa, a jednocześnie mam przeświadczenie, graniczące z pewnością, że w szkołach, gdzie przeprowadzane są testy z samej znajomości treści, zamiast o niej dyskutować, popełnia się wielki błąd.
Chciałabym, by Umberto Eco potrafił wciągnąć młodszych czytelników w świat opowieści, ale to marzenie szaleńca. Mylenie mydła z powidłem – jakim cudem piękne wydania „Imienia róży”, liczące 760 stron, z czerwonymi brzegami, szkicami i planem biblioteki, napisane drobną czcionką, mają być czytane w spokoju i z czasem na refleksję, jeśli trzeba je wcisnąć między kilka sprawdzianów i kartkówek tygodniowo? Nie da się. Dlatego od dawna marzyłam o adaptacji w formie powieści graficznej. Moje pragnienia zostały spełnione! Przekładu i adaptacji tekstu na podstawie powieści „Imię róży” w tłumaczeniu Adama Szymanowskiego dokonał Paweł Bravo, a komiks wydała Oficyna Literacka Noir sur Blanc. W��aśnie ukazał się pierwszy z dwóch tomów autorstwa Milo Manary.
Jego treść obejmuje historię opisaną przez Eco do mniej więcej trzeciego dnia pobytu Wilhelma i Adsa w klasztorze. Adaptacja zasługuje na uznanie – na 64 stronach formatu A4 udało się oddać wątek kryminalny, historyczny i zarysować dylematy moralne. Jest zachwyt księgami, komizm, groza. Może zabrakło rozważań teologicznych, ale forma powieści graficznej, rządzi się swoimi prawami.
Ilustracje Manary doskonale oddają mimikę postaci i przekładają na język obrazu zarówno płaskorzeźby portalowe, jak i średniowieczne woluminy. Mamy tu różne rodzaje ilustracji. Te, które są współczesne - rysowane klasycznie, czernią, bielą – stanowią narrację Eco. Następnie mamy retrospekcje do wydarzeń ukazanych w powieści – to jedynie czarne kontury postaci i szkice wydarzeń. W odwzorowaniu świata przedstawionego artysta stosuje malarskie rozmycia i wyraźnie wyostrza rysy wszystkich postaci. Naprawdę otrzymaliśmy książkę o książkach, a przy tym wizualną opowieść o dojrzewaniu, odkrywaniu zmysłowości i niewygodnej historii.
Postacie Adsa i Wilhelma nie przypominają aktorów odgrywających ich role w filmie Jeana-Jacques'a Annauda, ale młodzi duchowni i Adso mają wygląd typowy bardziej dla naszych czasów. Jednak to, co mnie naprawdę zaskakuje, to fakt, że Manara pozostaje sobą. Nie powinnam oczekiwać od rysownika komiksów erotycznych subtelności w ukazywaniu kobiet, ale w kontekście podziemi średniowiecznego klasztoru widok rudowłosej piękności o smukłej sylwetce, z wygolonymi miejscami intymnymi i podkreślonymi ustami, wywołuje dysonans. Można to jednak wytłumaczyć: w końcu to pierwsze zbliżenie Adsa. Widział ją tak, jak chciał. Aby współczesny czytelnik mógł zrozumieć, jaką teofanię przeżył bohater, na ilustracji widzimy rudowłosą, wyidealizowaną piękność, charakterystyczną dla komiksów Manary.
Autor ukazuje też wszelką brutalność, jednak subtelnie – nie musimy przyglądać się zwłokom mnichów ze szczególną dokładnością. Wystarczy nam mimika postaci i kolory - za kolorowanie odpowiada córka autora, Simona Manara.
Do tego opracowanie komiksu w matowej okładce, na kredowym papierze, niemalże przypominającym papirusy, wzmacnia niepowtarzalny klimat debiutanckiego kryminału napisanego przez Eco.
Mamy zatem komiks, na który czekałam - dla mnie był wielką przyjemnością, kartkowałam go z ekscytacją – a przy tym taki, który jednak zadaje niewygodne pytania albo je prowokuje. To tak jak w „Imieniu róży” - wspieramy bohaterów, jesteśmy ciekawi historii i czujemy odrazę wobec obłudy świata. Jest w tym zatem i groza i erotyka i wielka tajemnica, a to wszystko przecież jest opowieścią o książkach.
Bardzo dziękuję za współpracę i możliwość przeczytania komiksu Oficynie Literackiej Noir sur blanc.