Metafizyczna, bluźniercza powieść o tragedii wojny, która nie kończy się wraz z podpisaniem traktatów pokojowych, ale zostaje w jej ofiarach i przenosi się na kolejne pokolenia.
Malwina, dziewczynka obdarzona niezwykłą wrażliwością, śni sny-wspomnienia wojenne swojej babki, co sprawia, że równolegle funkcjonuje w dwóch rzeczywistościach – wojennej (przede wszystkim tej z Kresów i Syberii) i Polski lat 90. Rzeczywistości wzajemnie się przenikają, nakładają się na siebie. Malwina, łapaczka snów swojej ocalałej z wojennej zawieruchy babki, staje się swoistym dybukiem oddającym głos umarłym; dla niej wojna nadal trwa zarówno na froncie nocnym, jak i dziennym. Mocna, poruszająca, świetnie skonstruowana proza.
edytuję, zachwyt nie zdał próby czasu. bolesny zapis dziedziczonych traum, duży kunszt językowy i treść, której nie znajdziecie nigdzie indziej — bo tylko tu zrobiona jest dobrze. i ten atlas zmarłych!
bardzo solidny, emocjonalny debiut niewątpliwie utalentowanej pisarki, ale dla mnie trochę niewyważony, w części z lat 90 tyle jest „brzydoty”, że po dwudziestej „pierdolonej Polsce” stało się karykaturalnie, językowo i stylistycznie też mam kilka swoich ale
„Też mam swoje liczby. Jestem podzielona. Składam się z pięćdziesięciu dwóch zakątków, jeden ciemniejszy od drugiego. Nie wiem, czy jestem żywa, czy umarła, przykryjcie mnie ziemią. Miotam się między wtedy i teraz, stara dusza, niewypał z czasów wojny, dziecko relikt przeszłości. Próbuję złożyć się w całość. Bóg mnie rzucił, nie trafił do celu. Teraz trzeba pozbierać z podłogi, wstać, otrzepać, dotrzeć gdzieś, zrobić coś, marsz, marsz, Dąbrowski. Zjeżdżam w połowie życia ruchomymi schodami na peron trzeci piekła, krąg pierwszy. Patrzę na ludzi obijających się o siebie w sobotę o czwartej czterdzieści rano. Zawieruszeni na Centralnym, próbują wsiąść do właściwego wagonu. (…). Jak nazywał się pociąg z wagonami bydlęcymi relacji Wołyń-Syberia, może Dostojewski albo Tołstoj?”
Hermanowicz zamieszcza tutaj wszystko i jakimś cudem unosi ciężar historii swojej rodziny. Zesłanie, powrót do poniemieckiej pustki, dziedziczenie traum, wyrwa w młodszym pokoleniu nie do zasypania, znamię bycia dzieckiem ocalałych. Wszystko tu jest poniemieckie, poradzieckie, sypie się na ulicy Koniec dziesięć, skrzypi, rdzewieje, nie daje się naprawić. Autorka wybiera nietuzinkowy sposób podzielenia się losami swoich przodków. Na główną bohaterkę wybiera Malwinkę, dziewczynkę podziurawioną przeszłością, która nie czuje się ani żywa ani martwa. Śni nieswoje sny, te przejęła jej babka. To dzięki temu mechanizmowi możemy śledzić fabułę rozpościerającą się pomiędzy wojenną tragedię zsyłki na Syberię i Polskę lat 90-tych XX wieku.
To, jak Hermanowicz pisze, do jakich salt językowych ma talent, jak zachwyca, nie opuści nigdy czytelniczej pamięci. Niesamowitym jest fakt, że niełatwo było jej znaleźć wydawcę. Każde zdanie jest tak dopracowane, że nie sposób nie docenić morderczej pracy, jaką wykonała autorka, by nie tylko opowiedzieć tę historię, ale zrobić to w sposób równy arcydziełu. „Bloki miały barwę ludzkiego mięsa, barwę człowieka świeżo obdartego ze skóry” - pisze w pewnym momencie i takie dla mnie jest jej pisanie - rozbebeszone, obdarte ze skóry, czuć je surowym mięsem i nieokiełznaniem.
Bez wahania nazywam Martę Hermanowicz najważniejszym nowym głosem na scenie polskiej prozy.
Chcę więcej. Moje słowa kuleją wobec talentu literackiego autorki, ale uwierzcie, że jest on niezaprzeczalny i epicki.
To jedna z tych książek, po których ciężko sięgnąć po następną książkę, bo wiesz, że długo nie przeczytasz nic lepszego.
Koniecznie umieśćcie ją w swoich planach czytelniczych.
Cóż to jest za powieść! „Koniec” Marty Hermanowicz to dzieło absolutnie niezwykłe. Tyle w niej bólu, cierpienia, traumy, a jednocześnie czyta się to tak znakomicie, że nie sposób się oderwać - chociaż odrywanie się jest wskazane, by każdy rozdział przetrawić na spokojnie, z należną uwagą. Trudno uwierzyć, że to debiut autorki.
Historia rozgrywa się w trzech okresach historycznych. Malwina to kilkuletnia dziewczynka, która, dorastając w Nowej Soli na Ziemiach Odzyskanych w latach 90., co noc śni przeszłość swojej babci Lotki w odcinkach, gdy ta była jeszcze dziewczynką w latach 40. Babcia miała ciężkie życie, została bowiem zesłana ze swoją rodziną na Syberię, gdzie wszyscy pracowali ciężko w lesie, przymierali głodem i zimnem. Kilkuletnia Malwina jest prześladowana przez rówieśników, nazywana dzidzią-piernikiem i Ruską (pod wpływem stresu, czyli prawie zawsze, mówi z silnym rosyjskim akcentem). Babcina trauma tkwi w niej jak drzazga i boli, na jawie i we śnie. Kolorowe lata 90. to więc dla dziewczynki okres pełen katuszy. Mamy też czasy współczesne i dorosłą Malwinę, która wyrwała się z Nowej Soli, ale jedzie odwiedzić babcię. Przeszłość to dla niej rana, która, wciąż niezagojona, jątrzy i boli.
Sama historia jest niezwykła, mimo iż wydawać by się mogło, że opowieści o traumach wojennych powstało już sporo. Tym co zachwyciło mnie najbardziej to genialna struktura powieści i język - gęsty, wysmakowany, pełen detali, nietuzinkowych rozwiązań semantycznych i składniowych. Postrzeganie świata przez Malwinę opisane jest przepięknie. Przy takiej obfitości bólu, olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie psychologia postaci i sposób w jaki niemal każda kobieta nosi ciężar traum; zarówno Lotka jak i Malwina mają (odmienne) zaburzenia odżywiania, na świat patrzą jak przez szybę, nie znajdują wspólnego języka z innymi. Żyją w osobnych światach, a mama Malwiny - stanowiąca niejako most między dwiema kobietami - nie ma dostępu do żadnej z nich.
Rewelacyjna powieść, jedna z lepszych polskich książek, jakie czytałam w ostatnich latach.
"Wszystko przez babcię" - jak mantrę powtarza Malwina. Przez babcię deszcz w pierwszy dzień szkoły, przeprowadzka, sny o wojnie. Sny, które powinna śnić babcia, ale ona ucieka w bezsenność, więc bezpańskie sny przytrafiają się wnuczce. W nich prowadzi równoległe życie babci, a życie babci to Syberia, głód, strach, utrata. Życie wnuczki - niemal to samo. Bo ona to "niewypał z czasów wojny, dziecko relikt przeszłości, stara maleńka, dzidzia piernik". Odstaje w szkole, nie pasuje w domu. Odmieniec wszędzie. Wyjście z domu to walka o życie, a może o śmierć, bo przecież cały czas ją ściga - modląc się o uderzenie autem w drzewo czy łykając garść tabletek. "Nie wiem, ilu pasażerów na gapę mnie zasiedlało", mówi wnuczka, bo kolekcjonuje zmarłych - tych w głowie i tych wyciętych ze zdjęć, skrupulatnie zbieranych i ukrywanych. Szaleństwo? Tak. Wcale nie. Wszystko przez babcię? Wszystko przez Boga. W powieści jak refren wraca piosenka "Ostatnia niedziela", "Trędowata" w tv i "Pożegnanie jesieni" Witkacego. Wszystko zmierza do nieuchronnego końca czy zapętla się w nieskończoność? Marta Hermanowicz przejmująco pisze o dziedziczeniu traum, o strachu, który przechodzi z pokolenia na pokolenie, o zmarłych, do których dołączają kolejni i zasiedlają domy i myśli. Dawno nie czytałam czegoś tak niezwykłego, oplatającego maestrią zdań, które żonglują metaforami i grą słów. Wędrujemy przez lata i wydarzenia, przez dni i godziny, które niby niepowtarzalne, a przecież urastające do rangi mitu. Podczas lektury towarzyszyło mi wiele uczuć, ale dwa dojmujące: zachwyt i zazdrość, że ja nigdy nie będę umiała tak pisać. Wspaniała powieść.
Świetny, poruszający debiut - wszyscy jesteśmy w tej historii. Autorka przeczulona językowo na brzęczące zbitki słów, które teraz i mnie będą nawiedzać w głowie.
I bardzo dobry audiobook, w którym lektorka gra emocjami, straszy niepokojącym szeptem oraz śpiewa (!) (Anna Ryźlak - jeśli przypadkiem kiedyś Pani to przeczyta - dziękuję, wspaniała interpretacja)
Narracja jest zdecydowanie tym co niesie tę książkę do przodu wraz ze świetną lektorką audiobooka i jakkolwiek to nie zabrzmi, podobała mi się neurotyczność narratorki. I jej OCD myślowe.
Tematyka – wyczerpana i w dodatku zupełnie nie moja. Smęty i biadolenie. Przyśpiewki, schematy myślowe, powtarzane przez lata jak mantra, bezwolnie powielane.
Nigdy nie przepadałam za tego typu książkami, ale po przeczytaniu książki Traumaland, patrzę na nie jeszcze bardziej sceptycznie.
„Co tak krzyczysz, fuknęłam, nie uciekniesz, to właśnie Polska, pozbądź się nadziei.”
O przenoszeniu jadu z pokolenia na pokolenie, i daremnym, niemym buncie wobec nieuchronności losu.
Niby jest to napisane z pewnym przerysowaniem, w sposób obśmiewający duchy przeszłości i wypaczenia kulturowe. Ale efekt jest taki, że mamy kolejną książkę o Niemcach i Rosjanach i traumach narodowych. Wytykając pewne wady społeczeństwa, książka w pewnym sensie je powiela.
Dla mnie historia byłaby ciekawsza, gdyby była mniej „reportażowo-opisowa”, a bardziej „powieściowo-kreatywna” np. gdyby ci umarli, którzy bohaterce wylatywali z rękawa i różnych innych przedmiotów, rzeczywiście byli postaciami w tej książce, gdyby neuroza wynikała z czegoś innego niż Niemcy i Rosjanie, bo ten temat był opisany w lit. pol. na milion różnych sposobów. Nie czułam jakby książka była pisana z myślą o czytelniku, odniosłam wrażenie, że raczej autorka pisała ją, też żeby podzielić się swoją historią z innymi, ale jednak w dużej mierze sama dla siebie.
To się nawet dobrze czyta, tylko to zupełnie nie są moje klimaty. Opis do tej książki od wydawcy jest w punkt, więc wiedziałam czego mogę się spodziewać.
Zalanie brzydotą, smutkiem i beznadzieją całej tej „pierdolonej Polski” i wszystkich tych opisywanych tu połamanych polskich życiorysów faktycznie stawia tę prozę na krawędzi karykatury i nie dziwię się, że niektórzy czytelnicy tego nie zdzierżyli, i sama na początku myślałam, że jednak nie dam rady, że no bez przesady, że przegięcie, ale po jakimś czasie łapałam się w ciągu dnia na tym, że chcę już usiąść i kontynuować lekturę, że mi jej brak, że mnie do niej ciągnie. Wciągnęła mnie, jak bagno, jak to jezioro umarłych. Nie umiem powiedzieć, czy to rzeczywiście jest wybitna powieść, i czy przez cały ten swój ciężar nie jest jednak czasem przegięta, ale wiem na pewno, że autorka jest mistrzynią języka i przy niektórych jej pomysłach aż chciało mi się klaskać w zachwycie. Tylko że głupio klaskać w zachwycie, gdy opisywany jest taki horror. „A gu gu gu gułag” - no kurde, jednak klaszczę.
„Koniec” Marty Hermanowicz to powieść o wielopokoleniowej traumie, w której wszystkie zabiegi formalne mają „oddawać” doświadczenie wielopokoleniowej traumy. Problem w tym, że jest to oczywiste od pierwszych stron powieści, a kolejne rozdziały tylko powtarzają w gruncie rzeczy tę samą antropologiczno-psychoanalityczną tezę tymi samymi środkami. Hermanowicz skonstruowała język świetnie dopasowany do opowiadanej historii, ale ma niewiele interesujących rzeczy do powiedzenia za pomocą tego języka i tej historii.
Krótko. Dla mnie to kandydatka do powieści roku w Polsce. Fantastyczny, gęsty debiut. Momentami aż zapychający, musiałem odkładać i potem wracać. Trudna to i wymagająca literatura, a mimo to czyta się z zapartym tchem. ArtRage dowiozło po raz kolejny. Bomba.
„Do Europy tak, ale razem z naszymi umarłymi” – z tymi, o których nie opowiedziano wystarczająco wyraźnie, których dostatecznie nie opłakano, nie uczczono, którym o czasie nie postawiono pomników, po których żałoby nigdy nie domknięto. Dlatego ciągle wybija „jezioro umarłych”, ciągle zalewa rzeczywistość kolejnych pokoleń. Zdaje się, że wszystkie te niewypowiedziane historie wreszcie pozbierała i wypowiedziała Matra Hermanowicz. Dokończyła narrację o losach wszystkich naszych „dziadów”. Jej narratorki – babcia i wnuczka – niczym szamanki z „Księżniczki Bari”, niczym guślarki wymieniają się rolą medium stojącego na granicy życia i śmierci, utrzymującego nieustanny kontakt z umarłymi. Ich życia tworzą jeden cykl w czasie, który się zapętlił, rozmył, zastygł w micie.
Niełatwy to tekst. Na początku mnie irytował rejestrem trochę jak z Masłowskiej, na szczęście szybko porzuconym. Później wydawał mi się za bardzo intensywny, może nawet egzaltowany w passusach poświęconych wnuczce, Malwinie (rocznik 1982). Z czasem jednak coraz bardziej łapałam równowagę i rytm tej lektury.
Czytałam ją równolegle z „Traumalandem” M. Bilewicza, który okazał się znakomitym komentarzem do tej powieści o „traumie trzeciego pokolenia”, o koncepcjach traumy dziedziczonej i jej konsekwencjach.
Proza Hermanowicz wskazuje na to, że w XXI wieku wciąż nie została zaspokojona potrzeba mówienia i pisania o doświadczeniu wojennym, o Syberii, o łagrach, o tułaczce kobiet i dzieci ciągnących za armią Andersa, o trudnych powrotach, o braku możliwości powrotu, o niezaleczonych ranach, o ziemiach utraconych i niby-Odzyskanych… Ważne, że o tym wszystkim wreszcie mówią kobiety – długo milczące, niesłuchane, uciszane. Dopiero w trzecim/czwartym pokoleniu znajdują język, żeby wypowiedzieć niewypowiedziane i mam nadzieję, że również przestrzeń, gdzie zostaną usłyszane.
„Koniec” bez wątpienia porusza sprawy ogromnej wagi, ciężkie, przytłaczające. Jest trupią książką. Jako o takiej trudno mi pisać tutaj wyczerpująco. Anonsuję tylko temat. Natomiast chwilę chciałabym poświęcić strukturze tego tekstu, bo wydaje się bardzo godna uwagi.
To powieść z jednej strony afabularna, w której tok zdarzeń jest kreślony bardzo subtelnie, jakby celowo chowany pod liryczną powierzchnią języka. Żeby go nie stracić z oczu wśród onirycznych obrazów, trzeba sporej uważności. Z drugiej jednak strony wątków pozwala nie pogubić niesamowicie płynna, wręcz transowa narracja, kantylenowa fraza, która płynąc legato przeprowadza czytelnika pomiędzy końcami i początkami przeplatających się wątków. Spójność opowieści rozpadających się wciąż na kolejne epizody podtrzymuje rytm refrenów, powtarzających się w nieskończoność motywów, obrazów, wciąż rozbijanych i na nowo składanych frazeologizmów, cytatów, kryptocytatów z tekstów kultury tworzących tkankę polskiego – chyba nieprzekładalnego na inne języki – myślenia o świecie. Z Biblii, z tekstów liturgicznych, modlitw, dziecięcych wierszyków, wyliczanek, baśni. Wszystko to tworzy jakby nasz językowy genotyp, w którym bezwiednie zakodowały się te poukrywane w płytkich grobach, pozamiatane pod dywan traumy.
Czytając „Koniec”, ma się z tyłu głowy ogrom przeróżnych kontekstów: przywoływane raz po raz „Pożegnanie jesieni” Witkacego; całą mitologię tzw. Kresów Wschodnich, od Mickiewicza i Malczewskiego poczynając, może gdzieś na Konwickim kończąc; wszystko, co napisano o zesłaniach na Syberię, o łagrach, o wyniszczaniu głodem i pracą, od Mickiewicza poczynając, przez Herlinga-Grudzińskiego, Czapskiego, po – wreszcie kobietę – Joannę Olczak-Ronikier; wszystko, co próbuje się pisać o tzw. Ziemiach Odzyskanych, uświadamiając też pewnie o wiele za późno ich historyczną i kulturową odrębność (Tokarczuk, Bator, Rokita).
Sam tytuł „Koniec” jak dla mnie – może trochę przewrotnie – niesie jakiś rodzaj nadziei na to, że kiedyś uda nam się uporać z tym wybijającym jeziorem umarłych i zacząć żyć.
To słońce na zdjęciu nie pasuje do atmosfery tej książki. Tam ciągle, wieje, pada, pierdolona Polska. To jakby refren tej książki, a tych refrenów jest wiele. Fabuła zapętla się, powtarza, słowa się wiją i ani bohaterka ani ja nie wiedziałam o kim mowa i w jakim czasie jesteśmy. A są tu trzy plany czasowr - jest drugą wojna światowa, są lata 80-90 i jest 2018. Jest rodzina Pająków zesłanych w głąb Rosji, jest ich wnuczka urodzona w latach 80, która dziedziczy traumę po babci i śni jej życie jako sen i jest ta sama wnuczka, tylko później. Śledzimy te nasze bohaterki na Wołyniu, w Rosji, w Polsce poniemieckiej. Wszystko się miesza i kitwasi, nadmiar słów i zapętleń sprawił że nie wczułam się w te historię niestety, ale nagroda Conrada jednak jest dużym wyróżnieniem, więc może Wy się wczujecie bardziej ode mnie.
"Sto lat w samotności", ale w reżyserii Wojtka Smarzowskiego. Zamiast kolimbijskich gorących romansów, chłód i rozczarowanie wschodniej Europy. Bardzo mocne, ale te postaci faktycznie definiowane są przez traumę i tragiczne wydarzenia. Trzeba nam wiedzieć o losach zesłańców na Sybir, choć nie jest to łatwa lektura.
Co to jest za niesamowita książka. Ta forma mnie bardzo poruszyła, a Malwina/Lotka są tak intensywne, że czasami nie wiedziałam, gdzie zaczynam się ja, a gdzie one. Bardzo dużo bólu i przeżyć na tych kartkach i nie musiałam mieć żadnej wiedzy historycznej, żeby to odczuwać. A koniec? Koniec był nieuchronny.
Bardzo się ucieszyłem z zapowiedzi - temat i pomysł bardzo dobre. Takich historii potrzeba. Ale minus za przegadanie. Książka od pewnego momentu męczy i jest przewidywalna, przestaje zaskakiwać. Za długo to się ciągnie. Wszystko napisane na dwóch, trzech negatywnych emocjach - co zrozumiałe, biorąc pod uwagę temat i koncept- ale na 330 stronach nie do udźwignięcia. Wielki plus za rytm. Czuć szczerość, autentyczność, pisane z wątroby. Na pewno sięgnę po kolejne pozycje autorki, gorąco kibicuję żeby wypłynęła. Fajnie by było, gdyby ksiazka została zauważona w konkursach, zasługuje na to.