Rozumiem, że minęło już sporo czasu od premiery, i moja recenzja w żaden sposób nie będzie dla nikogo odkrywcza, ale mimo to chciałam napisać, że jest to jedna z najdoskonalszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, a może nawet w życiu, i na pewno najlepsza autorstwa Joanny Bator (i tak, czytałam "Ciemno, prawie noc", ale i tak wolę tę).
"Gorzko, gorzko" to historia czterech kobiet z czterech pokoleń - prababki, babki, matki i córki-narratorki. Każdą kobietę poznajemy osobno, we fragmentach, nie zawsze chronologicznie, by na koniec ze zdumieniem i poruszeniem w sercu złożyć powieściowe "puzzle" w całość.
Zachwyca mnie w tej książce praktycznie każdy wybór, jakiego dokonuje Autorka. Strony powieści pełne są najróżniejszych odwołań - do bieżącej sytuacji światowej, do realiów historycznych, ale także do popkultury i do różnych tematów, reportaży i książek, które w ostatnich latach odbiły się głośnym echem w krytyce. Jednocześnie żadne z nawiązań nie jest tutaj robione na siłę, by nachalnie eksponować niewątpliwą erudycję autorki (a takie wrażenie miałam np. przy "Tkankach miękkich" Zyty Rudzkiej) - kultura jest po prostu integralnym elementem powieści, czymś, w czym siłą rzeczy bohaterowie się obracają, nawet jeśli za bardzo ich to nie zajmuje. Przyznaję, że bardzo chętnie, gdyby było to możliwe, śledziłabym kolejne lektury, filmy i seriale "spożywane" przez Autorkę - po samym "Gorzko, gorzko" widzę, jak niesamowicie dużo musi być na takiej liście wartościowych inspiracji.
Trudno jest wymienić czy omówić wszystkie motywy, jakimi Autorka zajmuje się w swojej opowieści, ale na pewno jednym z najważniejszych jest refleksja nad powtarzaniem się historii i nieuniknionym. Kobiety z "rodu", mimo że albo nie wiedzą o swoim istnieniu, albo przez różne okoliczności po prostu się nie znają, z jednej strony nieświadomie powtarzają losy poprzednich pokoleń, a z drugiej, dziełem przypadku, wielkiej historii w tle i własnych dokonań, zdają się powoli przełamywać krąg przeszłości. Historia czasem zatacza koło, ale czasem biegnie nowymi torami, a wszelkie tłumione uczucia, chęć przeżycia czegoś większego oraz niezdolność otrzymywania i oddawania miłości zaczynają być dostrzegane, rozumiane i opiekowane.
Z opowieści wyłania się też obraz kobiet, które często pragną czegoś więcej, nawet jeśli nie zawsze są w stanie samodzielnie i racjonalnie po to sięgnąć. Kobiet, które często - bardziej niż mężczyźni - skazane są na dostosowanie się do czasów, oczekiwań społeczeństwa, sytuacji życiowej, ostracyzmu, kobiet, które nie zawsze mogą same o sobie decydować, a nawet, gdy teoretycznie mają taką swobodę, nie są w stanie podjąć własnych decyzji i "rzeczywiście" się wyemancypować. Żadna postać nie jest tutaj jednoznaczna, i widać, że każda z kobiet stara się żyć najlepiej, jak tylko umie - z różnym skutkiem. W pisaniu Autorki jest bardzo dużo tokarczukowskiej czułości dla każdej z bohaterek, ale także brak idealizacji, opisywanie i zachowań szlachetnych, i tych przerażających albo odstręczających.
Piękny jest rozmarzony język Bator, piękna jest kompozycja, piękna i okropna jest to historia. Jest to jedna z powieści, do których trzeba mieć "czystą głowę", dużo przestrzeni, ciszę, może piękny widok za oknem, spokój, i w które trzeba bardzo powoli i mozolnie się "wgryźć", zatopić w trudnym języku, skupić właściwie na każdym zdaniu. Jeśli jednak już wejdziemy w ten "tryb" czytania, to każda z przeczytanych 653 będzie jak najbardziej tego warta.
Na k0niec jeszcze jedno: wczoraj wyzłościłam się na powieść Domenica Starnone "Wyznanie", którą opisywałam jako przykład nudnej, oderwanej od rzeczywistości, pełnej zadufania w sobie narracji mężczyzny, który uważa się za pępek świata i za osobę ze wszech miar cudowną i wspaniałą mimo bycia niedojrzałym bufonem. Powieść ta reklamowana jest oczywiście jako literackie odkrycie lata, a w domyśle: jako pewna obowiązująca narracja, coś, z czego lektury powinni cieszyć się mężczyźni, kobiety i wszystkie inne osoby. Niestety - tak nie jest, i tamta narracja oraz branie doświadczeń typowo męskich jako tych "głównych" (na szczęście!) odchodzi już do lamusa jako przestarzałe, archaiczne i po prostu krzywdzące. W miejsce tamtych nudnych jak flaki z olejem dyrdymałów - mam nadzieję - wejdzie jak najwięcej powieści takich jak "Gorzko, gorzko". Powieści o kobietach, kobiecych doświadczeniach, powieściach wielowarstwowych i wielowątkowych, pokazujących wiele odcieni szarości, a nie tylko nudny i pusty wyidealizowany obraz. Powieści pełnych czułości, pisanych pięknym, starannym językiem, pełnych erudycji, ale bez żadnego napuszenia, powieści wciągających, przenoszących do innego miejsca i pozostających w sercu.
Bardzo, bardzo, bardzo polecam.