Parodia kryminału Inspektor Wołeczek i żar Czungpalarmy opowiada o śledztwie kontrowersyjnego Analityka Praktyk Wątpliwych w tajemniczej stolicy egzotycznego zbytku i globalnej konspiracji, rządzącej się prawami ograniczonymi jedynie potencjałem języka i wyobraźni. Fantasmagoryczna Czungpalarma nasycona jest nonsensownym poczuciem humoru i postaciami równie groteskowymi, co groźnymi. Choć prym wiedzie Malaniama, mącicielka wyglądająca jak milion dolarów w świecie, w którym płaci się centami, w śledztwo zamieszany jest też podrzędny łobuz ze Szlajanek Rubaszny Romek, przywódczyni ciemiężonych studentów-robotników Hesia Mejerowna czy profesor Wezyr, kapitalistyczny tyran wyzyskiwacz. Równie ważne są szczury szalejące z ontoaktywnymi krokietami pod marmurowym obliczem olimpijskich bożków i stojąca na straży tradycji i porządku, wiecznie szczerząca się Bezpieka.
Czy jesteście gotowi na lekturę, która wywróci do góry nogami Wasze dotychczasowe doświadczenia literackie?
Czy jest to powieść kampowa, to nie jestem pewien, bo sytuuje się dla mnie gdzieś na rozmytej granicy kamp - kicz i pewnie krytycy lepiej to wywiodą i uzasadnią (być może zresztą niektórzy przypiszą ją tu, a znowu inni tam). Natomiast dla mnie jest to ciekawy materiał na sztukę teatralną. Z całym przerysowaniem, postmodernistycznym igraniem z odbiorcą i fabułą jakby tworzoną ad hoc przez narratora-bohatera. Reasumując, niezłe fikołki tutaj zostały czytelnikom zaprezentowane. Jest coś w mechanice akcji, co przypomina mi mocno twórczość Macieja Wojtyszki (np. Bromba i inni), tylko w wydaniu dla dorosłych. Postmoderna w takim wydaniu nieco mnie razi i o ile powieść przynosi fajną rozrywkę intertekstualnymi odniesieniami, mnogością możliwych interpretacji i po prostu przyjemnością obcowania z tak zręczną językową żonglerką, jest to jednocześnie jej słabość. Poza uczuciem przyjemnej lektury: tu puszczenie oka, tam pastisz, a znowu tam, to ręczna krytyka zjawiska x (czy może jednak y?), nie zostawiła we mnie nic więcej i szybko o niej zapomnę. Pozostanie tylko mgliste wrażenie, że miło się czytało
Oniryczny sen o historii detektywistycznej. Gdzieś tam jest jakiś rdzeń opowieści. Są czasem całkiem trafne spostrzeżenia oraz wywołujące uśmieszek nawiązania kulturowe. Jednak całość zalana jest obficie sosem bezsensu, absurdu, opisów nie wiadomo do końca czego i dlaczego. Ostatecznie czyta się nawet przyjemnie, tylko nic z tego nie wynika, bo nie sposób wyekstrahować sensu całości. Co być może nawet było celem autora.