Na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć książki o samorozwoju, psychologii, odnajdywaniu siebie, jakie kiedykolwiek trafiły na dłużej w me ręce.
Żadnej z nich nie skończyłam.
Aż do dziś.
Zacznę może od pokłonu w stronę niesamowitej Mai Ostaszewskiej, która całe doświadczenie wrzuciła na nowy poziom. Wydaje mi się, że jakkolwiek nazwę swoje wewnętrzne zwierzątko, już na zawsze będzie przemawiało do mnie głosem Mai i szalenie mnie to cieszy.
Zostałam bezpowrotnie odmieniona, zmotywowana i... troszkę się popłakałam. Każde jedno słowo trafiało do mnie, niczym zaprojektowane pod moją osobę, moje doświadczenie, moją historię, moje aspiracje i obawy.
Kurczę, wiem, wiem, część z Was może wywróci oczami, ale ja serio jestem inną oso... ach, nie, nie tak chcę to przedstawić. Ja, to ja, ale ja 2.0, rozumiecie? Po tej lekturze wiem, czyje głosy we mnie mówią i chcą dla mnie dobrze, a czyje powinnam raz na zawsze wyciszyć. A przynajmniej próbować, bo wiadomo: nikt nie jest idealny i to jest super.
Podczas lektury raz na jakiś czas biegałam do mojego M., zdejmowałam mu słuchawki z uszu i zaczynałam z podekscytowaniem tłumaczyć, dlaczego jest, jak jest, a jak bym chciała, by było.
Był taki jeden raz, kiedy po prostu patrzył na mnie rozbawiony i dopiero po chwili orientowałam się, że wrzeszczę szalenie po polsku. Roześmiałam się, oddałam mu słuchawki i zawołałam: You see, I am who I am, not who I should be, not what anyone wants me to be. And if you love me for who I am, that is enough.
Tylko tyle, aż tyle. Chyba go przekonałam, bo dostałam gorącego całusa.
Od tej pory przed wykonaniem każdej czynności słucham siebie, przed wypowiedzeniem jakiegoś zdania, sprawdzam, czy nie jest podyktowane czymś, co nie powinno. Staję czasem na środku pokoju, zamykam oczy i pytam siebie, co teraz. Na razie to musi wyglądać komicznie, ale jestem pewna, że z czasem będzie to dla mnie naturalne, jak oddychanie.
I nie mogę się tego doczekać.